http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Duży Format >  Artykuły

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Duży Format

Krach w Polsce, lud w sławojce

Włodzimierz Kalicki
2009-03-17, ostatnia aktualizacja 2009-03-13 19:09

Ulica biedoty w Królewskiej Hucie. Lata 30.
Ulica biedoty w Królewskiej Hucie. Lata 30.
Fot. ADM/NAC

Kryzys. Kobiety trują się esencją octową. Samobójcy skaczą z mostów. Bezrobocie sięga nawet i 50 procent. A rząd? Podnosi cła i nakazuje chłopom budować sanitariaty. Rozmowa z prof. Jerzym Tomaszewskim

Wojsko rozdaje goracą herbatę w czasie szczególnie ostrej zimy. Warszawa, 1935 r.
Fot. ADM/NAC
Wojsko rozdaje goracą herbatę w czasie szczególnie ostrej zimy. Warszawa, 1935...
Kuchnia dla bezrobotnych w Katowicach. Lata 30.
Fot. ADM/NAC
Kuchnia dla bezrobotnych w Katowicach. Lata 30.
Dlaczego kryzys zawsze zjawia się nieoczekiwanie?

- Bo za każdym razem inna jest jego natura i inne zjawiska go zapowiadają. Trudno rozpoznać te symptomy. Zapowiedzi krachu pojawiają się z reguły bardzo wcześnie, tylko nikt nie potrafi ich właściwie zinterpretować. Wielki kryzys międzywojenny formalnie wybuchł w Polsce pod koniec 1929 roku. Tymczasem już rok wcześniej pojawiły się zaburzenia, które były zwiastunem ciężkich czasów.

W branży odzieżowej handel lwią część obrotów uzyskiwał wtedy na Gwiazdkę i na Wielkanoc. Tymczasem w Polsce sprzedaż tekstyliów na wsi w okolicach końca 1928 roku zupełnie się załamała. Nikt się tym nie przejął, tłumaczono to silnymi śniegami i mrozami, które ograniczyły ruchliwość drobnych hurtowników i detalistów. A trzeba pamiętać, że w województwach wschodnich znaczna część drobnych handlarzy odzieżą wędrowała od wsi do wsi pieszo.

Odbicia sprzedaży oczekiwano na Wielkanoc 1929 roku, ale wieś nadal nie kupowała. I znów nikt się nie przejął, bo zima trzymała dłużej, na drogach leżał śnieg, łapał mróz. Znów wytłumaczono sobie, że kupcy towaru nie dowieźli, a klienci zniechęcili się fatalną pogodą. Ale potem przyszło lato, handlarze przemierzali wioski, a gospodarze nadal nie kupowali. Parę miesięcy później kryzys uderzył z całą siłą.

Co oznaczała ta niechęć chłopów do kupowania nowej odzieży?

- Gospodarze wyczuli, że ze wsi znika gotówka, że coraz trudniej o pieniądz. I przestali go wydawać. To był wyraźny sygnał, że w gospodarce dzieje się źle. Ale nikt tego tak nie postrzegał. W innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, na przykład w Czechosłowacji, kryzys na dobrą sprawę też zaczął się rok wcześniej, niż wówczas sądzono. I też nikt tamtejszych symptomów załamania nie rozpoznał.

Przewidywanie kryzysu jest trudną sztuką także dlatego, że w gospodarce nieustannie pojawiają się drobne fluktuacje, mikrozałamania, korekty koniunktury. Rynek sam je likwiduje, znikają bez śladu. Odróżnienie takich lokalnych korekt od początków krachu jest tym trudniejsze, że kryzys w znacznej mierze jest zjawiskiem psychologicznym. Kryzys to stan umysłów - ludzie boją się, więc zaczynają zachowywać się, jakby zaraz miało nadejść najgorsze - i także dzięki temu najgorsze nadchodzi. Trafne przewidywanie terminu kryzysu i jego rozmiarów wymaga zatem także umiejętności prognozowania przyszłych zachowań zbiorowości.

Jest coś, co się w kryzysach nie zmienia: ludzka bieda, głód, upokorzenie, rozpacz.

- Obywatele Rzeczypospolitej doświadczyli tego na ogromną skalę w czasie wielkiego kryzysu lat 30. Najdotkliwsze było wówczas bezrobocie. Wedle oficjalnych danych w najgorszym okresie kryzysu sięgnęło ono 700 tys. zdolnych do pracy. Na wschodzie kraju bezrobocie przekraczało 50 proc.

Przy tym oficjalne dane były poważnie zaniżone. Rejestrowano tylko poszukujących pracy, otrzymujących zasiłki. Tymczasem każda rejestracja jest niedokładna, m.in. dlatego, że bezrobotny, który przez dłuższy czas nie znajduje pracy, w pewnym momencie rezygnuje z rejestrowania się.

Ale nie tylko rezygnacja z rejestrowania się bezrobotnych prowadziła do urzędowego zaniżania rzeczywistej stopy bezrobocia.

W 1932 roku u starosty łańcuckiego odbyła się narada w sprawach bezrobocia. Byli na niej przedstawiciele największych pracodawców, przede wszystkim z dóbr Potockich. Wicestarosta zagaił ją tak: "U nas w powiecie problemu bezrobocia nie ma, ponieważ nie ma przemysłu, natomiast bardzo wielu rzemieślników w ogóle nie ma zarobku".

Tu był pies pogrzebany: rzemieślnik formalnie nie był bezrobotny, bo sam się zatrudniał, a że od miesięcy w ogóle nie pracował, bo nie było żadnych zamówień, to już w statystyce pokazywane nie było.

Tymczasem w przedwojennej Polsce z rzemiosła utrzymywały się, czy raczej usiłowały się utrzymać, licząc z rodzinami rzemieślników - setki tysięcy osób.

W istocie więc sytuacja była o wiele gorsza, niż pokazywały oficjalne statystyki.

Na fotografiach z lat 30. widziałem mężczyzn spacerujących po ulicach Warszawy z przyczepionymi do pleców marynarki kartkami: "Przyjmę każdą pracę".

- Praca była wielkim dobrem, nawet praca opłacana podle, poniżej minimalnych kosztów utrzymania zatrudnionego. Każdy grosz pomagał przetrwać.

W kogo wielki kryzys uderzył najsilniej?

- Prócz bezrobotnych i rzemieślników najbardziej poszkodowani byli robotnicy. Ich płace zależały od faktycznie przepracowanego czasu, a liczba zamówień dla przemysłu, a tym samym czas pracy zakładów przemysłowych, spadała. Robotników niezbyt wtedy chroniły negocjacje i umowy płacowe związków zawodowych z przemysłowcami, gdyż w czasie kryzysu siła przetargowa związków słabła.

Poszkodowani byli też przedsiębiorcy, i ci drobni, i wielcy. Firmy odcięte od kredytu, ze zmniejszającym się portfelem zamówień, tonęły w długach, plajtowały. Ich właściciele i udziałowcy tracili nieraz dorobek całego życia.

Źródło: Duży Format

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne