Ulubiony cytat filmowy na początek? - To może ten z
"Czasu Apokalipsy": "Szefowie połączonych sztabów chcieli, aby został generałem, ale on wolał zostać sobą".
To o panu? - Nie. To o wszystkich tych, dla których własna tożsamość, indywidualizm i niezależność jednostki są bardziej znaczące niż kariera i zaszczyty.
W pana filmach biada tym, którzy stracili honor albo sprzeniewierzyli się przyzwoitości. W życiu też pan jest takim szeryfem? - Każdy psychoterapeuta by powiedział, że dlatego robię takie filmy, bo sam taki nie jestem, ale coś jest na rzeczy, gdy mi ktoś podpadnie, to wybaczam, ale nigdy nie zapominam.
Podobno ze swoimi obecnymi scenariuszami czeka pan, aż się zmieni koniunktura polityczna. - Raczej pogoda polityczna. To, co miałem na myśli, jest nieco złożone, ale spróbujmy Nie czekałem na zmianę rządów z PiS na PO ani tym bardziej powyższych na LSD czy jakoś tak.
Czekam bardziej na zmianę mentalności obywateli tego kraju, co pewnie bez zmiany pokoleniowej jest raczej niemożliwe.
Dopóki większość jest za karą śmierci, kastracją i przeciw obcemu kapitałowi tu, ale za tym, żeby samemu po obcy kapitał wyjeżdżać tam, dopóki mniejszość wybrana do rządzenia traktuje to jako przywilej, a nie obowiązek, dopóty pojęcie dumy narodowej będzie dominowało nad pojęciem prawdy o narodzie, a przecież chodzi o to, żeby być dumnym z prawdy. Przy założeniu oczywiście, że uważamy prawdę za bardziej wartościową od kłamstwa.
Teraz nie można u nas mówić o sprawach politycznie niepoprawnych? - Ależ znaczna część narodu to robi, obrzucając afrykańskich piłkarzy bananami, wzywając do przymusowej kastracji, myląc pedofilów z pederastami, zabraniając kobietom aborcji, bucząc na obchodach Powstania na powstańców. A czy można robić o tym filmy, to jest inna sprawa. Można, ale mało kto próbuje, bo po co? Pieniądze na realizację dostać ciężej, a ludziom i tak się to nie spodoba. Więc kręcimy filmy środka - ani dla publiczności, ani na festiwale, nasze, dobre, bo polskie i tanie.
Pan jednak próbuje - od lat chce nakręcić "Kadisz" nawiązujący do mordu w Jedwabnem. Co zaważyło, że postanowił pan zrobić ten film? - Wstyd. Raz, że my, Polacy, mordowaliśmy Żydów, mało tego, niedawnych sąsiadów, mało tego, że ich grabiliśmy, mało tego, w czasach - co nie powinno mieć znaczenia, a jednak ma - gdy dookoła szalało SS Einsatzgruppen. A dwa, nie mniejszy wstyd, że o tym nie wiedziałem, dopóki nie przeczytałem książki Tomasza Grossa. Po trzecie, głębokie przekonanie, że istnieją dwa rodzaje antysemityzmu.
Pierwszy, nazwijmy go codzienny, to te gwiazdy Dawida zawieszone na szubienicach, wzdłuż torów kolejowych, jak Polska długa i szeroka, to zwyczaj mówienia o Żydach "Żydki" i pohukiwanie, że Żydzi z Nowego Jorku upomną się o swoje. Oraz drugi rodzaj antysemityzmu, nazwijmy go wojenny, to ustawy norymberskie, Auschwitz i irańskie obiecanki wymazania Izraela z mapy świata. Moim skromnym zdaniem, jeśli nie będzie się pleniło tego pierwszego jak zarazy, to łatwo przeradza się on w drugi.
Powiedział pan, że chciałby ten film nakręcić "jak najprędzej", ale czy Polakom w ogóle potrzeba takiej historii? - Nie jestem pewien, czy "jak najprędzej", zresztą to już nieaktualne, bo mijają trzy lata, gdy film przepadł w szufladach urzędników od pieniędzy społecznych. Na pewno "jak najlepiej". Nie można robić salonowych filmów o niczym i o ludziach znikąd, jak mawia klasyk. Niech telewizja na ten temat produkuje seriale.
W zasadzie są dwa sposoby na robienie filmów - duży budżet, gwiazdy i wielka przygoda albo ważki temat. Mam na myśli naprawdę ważny. Na przykład wysyłamy chłopaków na wojnę, a jak ich zabijają albo oni kogoś zabijają, to my potem jesteśmy tym zaszokowani. Dlaczego? Wysłaliśmy ich na wojnę przecież.
Albo matka zabija dzieci i trzyma je w beczkach, w szafie przez dziesięć lat. To z mojego ukochanego miasta. Albo śmiertelnie chory wzywa karetkę, a sanitariusze w drodze do szpitala dobijają go drewnianym trepem, żeby zainkasować prowizję od domu pogrzebowego, 500 złotych. To też z mojego ukochanego miasta. Sam temat jednak to nie wszystko, potrzebne jest jeszcze właściwe wykonanie, o czym najlepiej świadczy ostatni z przykładów, bo film taki już powstał, tylko widz z kulawą nogą go nie widział na oczy.
Jest co prawda jeszcze trzeci sposób: duży budżet, gwiazdorzy, przygoda i ważki temat w jednym filmie, ale to udaje się tylko Stevenowi Spielbergowi.
Nie ma innego wyboru, film musi albo bawić, albo prowokować do myślenia i weryfikacji utartych sądów. Inaczej powstają filmy dla nikogo, czyli polskie.
Skoro nie stać mojej rodzimej kinematografii na wielkie filmy przygodowe, to muszę przynajmniej robić ważne filmy, nie mam wyboru.