W jednym ze swych "Listów ze świata płynnej nowoczesności" Zygmunt Bauman pisał o końcu "elit kulturalnych", posługując się terminem "wszystkożerności". Opowiadał o współczesnym "konsumencie kultury", który jest w stanie absorbować wszystko, a właściwie pożerać, co tylko jest wystawione na półkach gigantycznego supermarketu kultury, oferującego nieprzebrane ilości wszelakich dóbr, gdzie obok siebie stać mogą i kultura wysoka, i ta najniższych lotów, a kupujący wrzuca do koszyka wszystko jak leci. "
Opera i
piosenki pop, sztuka wysoka i
telewizja komercyjna, trochę tego, a trochę tamtego, raz to, a raz tamto", diagnozował postawę współczesnego kulturalnego wszystkożercy Bauman.
Otóż ujawniłem się już kiedyś jako wszystkożerca, buszujący po tym supermarkecie, zachwycający się i filmami o Bondzie, i Woody Allenem zarazem, i Chandlerem, i Bernhardem, generalnie interesujący się wszystkim, co w obrębie kultury ciekawego znaleźć można. Owszem, nadal chodzę po tym wielkim supermarkecie i raz pożrę to, a raz owo. Czasami zwymiotuję, czasami odłożę po jednym kęsie, często pożrę do ostatniej kości.
Nie powiem nigdy o sobie, że jestem koneserem kultury wysokiej ani też wielbicielem kultury popularnej, ja po prostu pożeram, bowiem dla mnie - trzymając się metafory wszystkożerności - pyszne mogą być i homary, i
kaszanka. Świat nigdy nie oferował nam tylu smaków w tej wielkiej kuchni, tyle jednak, że ja zaczynam przeżywać poważny kryzys gastryczny. Mój mózg, czyli żołądek pożeracza kultury, poczyna już szwankować, wszystko się w nim niebezpiecznie miesza, tworząc jedną wielką nieapetyczną pulpę. Otóż refleksja jest przykra, choć bynajmniej nie zaskakująca - pożreć wszystkiego się nie da, nawet gdyby się chciało, ludzka percepcja zaczyna stawiać waleczny opór, system immunologiczny alarmuje, by już z tą kulturą nie przesadzać, nie samą kulturą, osobliwie współczesną, człowiek żyje.
Mówiąc o kryzysie kultury, musimy przecież dodać, że jeszcze nigdy w historii dziejów oferta kulturalna nie była tak przerażająco wielka, nawet biadając nad upadkiem czytelnictwa, nie wolno nam zaprzeczyć, że liczba książek do przeczytania przewyższa możliwości najdłużej żyjącego człowieka. Nawet tych książek, które koniecznie trzeba, a przynajmniej warto przeczytać. Nijak nie da się przeczytać wszystkich interesujących nowości, o powrotach do dawnych lektur trudno marzyć, człowiek staje się ofiarą terroru nowości, trzeba wreszcie przeciwstawić się terrorowi nowości w imię osobistej godności. Ja osobiście myślę, że czas się opamiętać i zacząć wreszcie powracać do dawnych mistrzów.
Naturalnie wiem, że większość tego, co się nam dzisiaj oferuje, to konfekcja, że jeszcze nigdy tak wielu nie oferowało tak wiele tak licznym, z tej wielkiej oferty zaczyna wyłaniać się jakiś upiorny chaos, uporządkowanie go przerasta nasze siły, klasyfikacja wartości staje się niemożliwa, hochsztaplerstwo idzie wielką ławą, jakiś potworny imperatyw kategoryczny każe nam się hochsztaplerstwem zachwycać, gdyż nie zachwycić się jest bardzo niepolityczne, chełpić się tym, że człowiek ściemie się oparł zupełnie, jest już obciachowe. Konsumpcja kultury nawet wtedy, gdy jeszcze tak się nie nazywała, gdy nie była pożeraniem przetworzonego, genetycznie zmodyfikowanego jedzenia z supermarketu kultury, bywała przecież także zwykłą modą lub snobizmem, bywa i dzisiaj, jeśli nadejdzie jakaś przyszłość, to w przyszłości także tym będzie.
Paulina Reiter w zeszłotygodniowym "DF"
raczyła mnie wspomnieć w swoim przeglądzie wydarzeń kulturalnych: "Dziwię się, że tak wiele osób mówi, że sztuka współczesna jest kompletnie niezrozumiała. Obserwuję nawet z przykrością taką modę wśród intelektualistów (na tych samych łamach redaktor i pisarz Krzysztof Varga chełpił się nieznajomością sztuki współczesnej i brakiem zrozumienia dla niej). A ja mam wrażenie, że jeszcze nigdy sztuka nie była tak bliska życia, trzeba jedynie wykonać wysiłek". Właściwie to powinienem był wcześniej powiedzieć, że Reiter pisze to przy okazji omówienia wystawy "Spojrzenia" w Zachęcie, konkretnie opisując dzieło sztuki rejestrujące zmianę płci: "Skalpel rozcina skórę jąder. Krew przelatuje przez przezroczyste rurki. Pielęgniarka usuwa zakrwawione gaziki. Lekarz rozcina kolejne tkanki i wyłuskuje podłużny kawałek mięsa, unosi go, usuwa. Zszywa ranę. Aldona jest bardzo szczupła, więc trudno uformować wargi sromowe". Trudno się kłócić, zgoda, jest to sztuka jak nigdy bliska życiu, wargi sromowe są wręcz radykalnie bliskie życiu. Dalej w imię obrony sztuki współczesnej Reiter poddaje dogłębnej krytyce sztukę dawną: "Czasami, gdy idę korytarzami muzeów, wypełnionych dawnymi dziełami, czuję się jakbym testowała jakąś dawną wersję Facebooka - pełną wyidealizowanych portretów próżnych ludzi chcących się podlansować, chwaląc się swoimi ciuchami i wnętrzami".
A może wargi sromowe Aldony też są wyidealizowane, zapytam, nie wiemy tego przecież, dobry lekarz to artysta, więc z pewnością starał się wyrzeźbić wargi bliskie ideałowi, a więc wargi wyidealizowane.
Jasne, według hipsterskiej logiki tylko sztuka współczesna jest bliska życiu, sztuka dawna nigdy życiu bliska nie była, ponieważ jest dawna, to, co dawne, w ogóle nie jest niczemu bliskie, ponieważ jest dawne, a nie współczesne, bowiem tylko to, co współczesne, jest hipsterskie. Tyle że owe przykładowe sromy Aldony także przecież za chwilę mogą być jedynie starą wersją Facebooka, czyż nie? Świat jeszcze nigdy nie pędził tak szybko, za moment obecna wersja Fejsa, na której lansują się wszyscy wybitnie znający się na sztuce hipsterzy, będzie niebywale passé, wyobraźmy sobie zatem przyszłego sztuki znawcę i wielbiciela, posiadacza wersji Facebooka, której Reiter nawet wyobrazić sobie teraz nie potrafi, a który za parę lat, idąc korytarzem muzeum i widząc sromy Aldony, powiada: "Oto portrety próżnych ludzi, którzy chcąc się podlansować, chwalą się swoimi ciuchami i wnętrzami". Azaliż bowiem wagina nie jest też wnętrzem człowieka?
Otóż ja zaciekle jestem po stronie "starej wersji Facebooka", jak to pięknie nazywa Reiter, kultura interesuje mnie tym bardziej, im mocniej w ogóle z żadnym Facebookiem nie ma związku, ja staję po stronie owych dawnych próżnych ludzi, którzy chwalili się swoimi dawnymi ciuchami i wnętrzami, gdyż oni też byli wtedy blisko życia. Tamtego życia, ponieważ - Reiter pewnie o tym nie wie - przed Facebookiem też istniało życie. Malowidła naskalne pokazujące sceny polowań także były ekstremalnie blisko tamtego życia. Reiter też powinna stanąć po ich stronie ze świadomością, że i ona, i jej ulubiona sztuka za chwilę również będą dawnymi. Nie bronić dawności znaczy tylko tyle, co pogardzać współczesnością. Nie tego, jak mniemam, pragnie Reiter.