http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Żyletką robię sobie raj

Konrad Oprzędek
2011-05-29, ostatnia aktualizacja 2011-06-02 15:04

Monika zagląda do serduszka z żyletką, gdy ogarnia ją smutek
Monika zagląda do serduszka z żyletką, gdy ogarnia ją smutek
Rys. Magda Wolna

Judyta: "Uda mam w strupach i bliznach. Tylko ręce są czyste, bo kiedyś je pocięłam i matka od razu zobaczyła". Matka Judyty jest psychologiem i szkoli przyszłych menedżerów

18 proc. uczniów w wieku 13-19 lat się okalecza
Rys. Magda Wolna
18 proc. uczniów w wieku 13-19 lat się okalecza
ZOBACZ TAKŻE

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Łzy już nie wystarczają, dopiero krew przynosi ulgę - mówi 17-letnia Alicja. - Gdy upuszczę kilka kropli, w mojej głowie nagle robi się wielka przestrzeń. Nie ma w niej żadnych obrazów ani wspomnień. Zapominam o wyzwiskach, siniakach i upokorzeniu. Zostaje tylko spokojna pustka. Po prostu raj. Trwa to chwilę, potem złe emocje znów zaczynają się gromadzić... Potrafię wytrzymać maksymalnie pięć dni, później znów pękam.

Po każdej wizycie w raju pozostaje blizna. Przez ostatnie sześć lat uzbierało się ich kilkaset. Ile dokładnie, Alicja nie wie, bo ich liczenie jest dołujące. Są wszędzie: na rękach, udach i brzuchu. Te starsze są cienkie i blade, nowsze - grubsze i różowe. Dziewczyna twierdzi, że dorośli starają się ich nie zauważać. Zresztą nawet gdyby zauważyli, nie zrozumieliby, dlaczego nastolatkę ciągnie do raju.

W serduszku noszę coś ostrego

Kościół św. Szczepana w Krakowie. Do konfesjonału w nawie bocznej ustawiła się kolejka wiernych. Gdy trzykrotnym stukaniem ksiądz odprawia penitenta, drobna 15-letnia brunetka wraz z resztą ludzi przesuwa się o krok do przodu. Stanęła w ogonku, bo uważa, że z robienia sobie raju trzeba się spowiadać. - Wiedziałam, że to grzech, ale jakoś tego nie czułam. Chciałam, żeby ksiądz coś mi o tym powiedział - wspomina.

Znowu rozlega się stukanie. Monika klęka przed postacią ukrytą za drewnianą kratką i zaczyna wymieniać swoje grzechy. Gdy dochodzi do tego najważniejszego, przez moment się zastanawia, jak go nazwać. W końcu szepcze: "Robiłam sobie krzywdę". Ksiądz chyba nie dosłyszał, bo nie dopytuje. Zamiast tego nawiązuje do grzechu "robienia nieprzyzwoitych rzeczy z chłopakiem" i wygłasza pogadankę o tym, że dziewczyna powinna się szanować. Jako pokutę każe odmówić litanię. Słychać stukanie, Monika odchodzi, kolejka się przesuwa.

Sytuacja powtórzy się jeszcze kilkakrotnie w różnych konfesjonałach - w żadnym z nich ksiądz nie dosłyszy tego, co dla Moniki jest najważniejsze. W końcu przestanie chodzić do spowiedzi.

Tego, czego księża nie dosłyszą, nauczyciele nie potrafią dostrzec. - Na lekcji można to zrobić w dowolnej chwili z wyjątkiem sprawdzianów i kartkówek - twierdzi nastolatka. - Gdy wszyscy spokojnie siedzą w ławkach, a nauczycielka stoi przy biurku, wyciągam żyletkę. Zwykle noszę ją w serduszku, czyli pudełku po czekoladkach. Podciągam trochę bluzkę i przejadę raz albo dwa po ręce lub biodrach. Lubię patrzeć, jak krew płynie.

Monika twierdzi, że ma 18 znajomych, w tym ośmioro z klasy, którzy się okaleczają. Wymienia ich imiona i po kolei omawia powody, dla których sięgają po żyletki, nożyczki, noże albo cyrkle. Jedni mają kłopoty w domu (rozwód rodziców, śmierć matki, awantury z rodzicami), drudzy problemy miłosne, inni niską samoocenę, ale większość tnie się dla lansu. - Taka Paula to zwykła komediantka. Robi sobie kreski na ręce, żeby być w centrum uwagi. Kiedyś w galerii hand-lowej urządziła dla koleżanek przedstawienie pod tytułem "Popatrzcie, jak ładnie pocięłam się na matematyce". Tak to się zwykle zaczyna. Później trudno przestać, bo zawsze są jakieś problemy i zawsze żyletka jest pod ręką.

Pytam dyrektorkę gimnazjum, do którego chodzi Monika, czy zauważyła w swojej szkole problem okaleczania się uczniów. - Wiem tylko o chłopcu, który przypalał sobie zapalniczką kostki na rękach. Może jest takich przypadków więcej, ale trudno to wykryć. Od tego są rodzice - mówi.

Monika zagląda do serduszka z żyletką, gdy ogarnia ją smutek. Nie umie sobie inaczej z nim radzić i nie potrafi wyjaśnić, jaka jest jego przyczyna. Ostatnio smutek pojawił się, gdy chłopak z nią zerwał, ale wcześniej przychodził bez wyraźnego powodu. O okaleczaniu się tylko raz rozmawiała z matką.

- Zachowała się fajnie, bo mnie spokojnie wysłuchała - mówi Monika. - Chyba wtedy pomyślała, że zrozumiałam swój błąd i przestałam się ciąć. Więcej jej o tym nie mówiłam, bo nie chcę jej martwić. Sama do tego nie wraca.

- A z ojcem rozmawiałaś? - pytam.

- Znam go tylko ze zdjęcia. Rozwiódł się z matką, gdy miałam kilka miesięcy. Wyjechał za granicę i założył nową rodzinę. Dzwoni do mnie średnio trzy-cztery razy w roku. Rozmowy zaczynają się od standardowego: "Jak się czujesz?", odpowiadam, że dobrze. Później: "A co u twojej mamy?" (dobrze), "A co w twojej szkole?" (dobrze), "A co u ciebie?" (dobrze). Kiedyś coś mu się stało i zaczął dzwonić co dwa tygodnie, ale szybko powrócił do starego rytmu, bo powiedziałam mu, że mam chłopaka, a on się obraził. Jego zdaniem jestem na to za młoda. Tylko że ten człowiek regularnie zapomina, ile mam lat. Niedawno myślał, że między 11 a 13. No to rzeczywiście jestem za młoda.

Zdawkowe rozmowy czasem zamieniają się w kłótnie. Ojciec, mimo że od ponad 14 lat nie widział córki, próbuje jej narzucać własne zdanie. Ostatnio zaczęło się od niewinnego pytania o to, kim Monika chciałaby zostać w przyszłości. Gdy odpowiedziała, że aktorką, on się oburzył: "Aktorstwo jest wykluczone. Może być medycyna albo prawo. Zrozum, chcę, żebyś była szczęśliwa". Monika: - Mam żal do niego, że tak rzadko się ze mną kontaktuje, ale z drugiej strony chyba wolałabym, żeby kiedyś dał sobie spokój z tą prowizorką.

Gdy w dzień prześladuje ją smutek, w nocy pojawia się sen, którego dziewczyna nie potrafi zinterpretować . - Ojciec stoi w drzwiach, a obok niego jest matka. Czekają na mnie. Mamy gdzieś razem pojechać.

Podczas naszej rozmowy Monika zaprzecza, że tata może być przyczyną jej smutku, a więc także okaleczania się. Mówi, że w jej życiu ojca jest za mało, żeby mógł być problemem. A tak w ogóle to nie ma już żadnego problemu, bo od trzech tygodni się nie tnie. Kilka dni później przez internet przesyła mi wiadomość: "Od naszej ostatniej rozmowy trochę się zmieniło. W sobotę zadzwonił ojciec. Bardzo się pokłóciliśmy, bo on obrażał moją matkę. Nic jej nie powiedziałam, bo po co ma się martwić. W poniedziałek się pocięłam. Płakałam. Zastanowiło mnie, dlaczego płakałam akurat po rozmowie z nim. Czy dlatego, że on, czy że o matce, czy że wszystko naraz? W środę i czwartek znów zrobiłam kreski. Teraz jestem na etapie szukania psychologa".

Dziewczyna z placu Czerwonego

Niska ruda nastolatka stoi przed drzwiami i trzęsącymi się dłońmi szybko ociera łzy z policzków. W dużej torbie przewieszonej przez ramię ma podręczniki szkolne, spodnie, bluzkę i trochę bielizny na zmianę. Twarz ma opuchniętą, ale sama już nie wie, czy od płaczu, czy od bicia. Gdy naciska dzwonek, drzwi się otwierają i staje w nich starsza kobieta. Dziewczyna na jej widok wybucha płaczem. Babcia o nic nie pyta, tylko wciąga wnuczkę do mieszkania i przytula ją do siebie.

Z Alicją postanowiłem się skontaktować, gdy na portalu Nastek.pl pod jednym z wielu artykułów o samookaleczeniach pisanych przez młodych ludzi znalazłem jej komentarz: "Znam to. Nie umiem przestać i w gruncie rzeczy chyba tego nie chcę. To daje mi wielką ulgę. Ból fizyczny jest lepszy od bólu psychicznego. Gdyby nie żyletka, to już dawno bym zwariowała".

Źródło: Duży Format
  • 60
  • 4
  • 6
  • 7
  • 15
  • 76 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    65 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':