Jak się żyje w kosmosie?
- Trudno. Nawet jeśli na ziemi przeszło się porządny trening, pierwsze godziny w stanie nieważkości są wymagającym testem dla organizmu. Zaburzenia błędnika powodują kłopoty z orientacją w przestrzeni. Okiełznanie bezwładności, wyhamowywanie każdego ruchu powodują trudny do opisania dyskomfort.
Ale za to serce nie męczy się, tłocząc krew nie musi pokonywać siły ciążenia.
- Serce w kosmosie wcale nie jest na urlopie. Krew zagęszcza się i mimo nieważkości serce pracuje bardzo ciężko.
Z czym miał pan największe problemy na orbicie?
- Początkowo miałem dziwne uczucie, że za każdym uderzeniem serca krew silnie napływa do głowy, że głowa ciąży mi coraz mocniej. Po 20 minutach miałem wrażenie, że nie-
zależnie od zajmowanej pozycji ciągle wiszę głową w dół. Ale po dwóch godzinach błędnik przestał figlować i wszystko wróciło do normy. Ostrożność w ruchach jednak pozostała.
Kłopot miałem w nocy. Postanowiłem przespać się nieprzymocowany, swobodnie dryfując we wnętrzu kabiny. Po prostu chciałem poczuć, jak to jest - spać, unosząc się w powietrzu. Ale to nie było takie proste.
W kabinie każdego statku kosmicznego nieustannie pracuje system wentylatorów wymuszających przepływ powietrza. Na Ziemi wydychane powietrze jako cieplejsze unosi się znad twarzy. W warunkach nieważkości nie ma ruchów konwekcyjnych. Wydychany przez kosmonautę dwutlenek węgla nie uniósłby się, lecz otoczyłby głowę zabójczym kokonem. Gdyby nie wentylatory, moglibyśmy się udusić.
Ale podczas mojego swobodnego snu ten zbawczy ruch powietrza nosił mnie po całej kabinie, obijał o sufit, budził. Nie było wyjścia, musiałem przymocować się do ściany.
Wtedy pan zasnął?
- Też nie od razu. Brak fizycznego kontaktu z pościelą, z materacem powodował osobliwe uczucie. No i popełniłem zabawny błąd. Nie umocowałem rąk, zanim zasnąłem. W stanie nieważkości unosiły się one bezwładnie jak ręce topielca w wodzie. Obudziłem się w wielkim strachu, że utonąłem.
Podczas przygotowań do lotu nie przestrzegano pana przed takimi pułapkami?
- Bardzo dużo dały mi rozmowy z doświadczonymi kosmonautami radzieckimi, ale i tak w kosmosie każdy reaguje inaczej, każdy musi znaleźć prywatny sposób na nieważkość.
Z odżywianiem się nie miał pan kłopotów?
- Pod tym względem loty Sojuzem były przygotowane perfekcyjnie. Menu było bardzo urozmaicone. Zestawiono je indywidualnie dla każdego członka załogi. Mieliśmy twaróg na słodko, z owocami, ciasteczka, czekoladę, owoce kandyzowane. Zupy i drugie dania w kosmos zamawialiśmy jeszcze przed startem. Po przygotowaniu liofilizowano je. Bardzo przypominały popularne dziś potrawy typu gorący kubek. Wlewało się do opakowania przez specjalny zawór gorącą wodę i obiad był gotowy, włącznie z mięsem i ziemniaczanym purée. Lekarze tłumaczyli nam przed startem, że to bardzo dobre jedzenie. I było bardzo dobre, choć pozbawione przypraw.
Jakich przysmaków brakowało panu w kosmosie najbardziej?
- Ja byłem na orbicie osiem dni i konserwowane pożywienie nie zdążyło mi się przejeść. Ale załoga stacji orbitalnej, Kowalonok i Iwanczenkow, przebywała w kosmosie już ponad dwa tygodnie. W prezencie dla nich zabrałem jabłko i cytrynę. Gdy im je wręczyłem, byli nie w pierwszym, ale w siódmym niebie. Sasza Iwanczenkow obierał jabłko bardzo powoli, chyba z dziesięć minut, żeby pachniało jak najdłużej. A pachniało w kabinie tak, że wszyscy byli zachwyceni.
Te owoce przemycił pan w kosmos?
- Nie, dostałem oficjalną zgodę na zabranie ich na pokład.
Źródło: Duży Format