Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
W czwartek, w "Dużym Formacie'', reporterskim dodatku ''Gazety Wyborczej'' przeczytasz też m. in.:
- Jak Włodzimierz Kalicki okiem historyka patrzy na film Jerzego Hofmana "1920. Bitwa warszawska'' (''Historia obrazkowa'')
- Jak Wojciech Staszewski pyta ekonomistę Ryszarda Petru o to, co każdy z nas chciałby wiedzieć o kryzysie ale nie wie jak zapytać (''Grek w portfelu Polaka'')
- Jakie Lem i Mrożek listy do siebie pisali (''Żywoty równoległe'')
Markowy szary kostium. Magda z Katowic po politologii Bardzo się wstydzę swojego bezrobocia. A jeszcze bardziej tego, że w Londynie sprzątałam pokoje hotelowe. Dziewczyna po politologii, świetnie znająca angielski i niemiecki, myła kible i podłogi.
Kiedy skończyłam
studia, byłam w siódmym niebie. Większość znajomych rozjechała się na wakacje, a ja ostro wzięłam się do roboty. Rozesłałam swoje cv do urzędów, organizacji samorządowych, prywatnych firm, stowarzyszeń. Widziałam siebie jako młodego, zdolnego i ambitnego pracownika, który potrafi nawiązać kontakty firmy z zagranicznymi partnerami albo zdobyć dofinansowanie z UE. Kupiłam markowy szary kostium, w którym zamierzałam zrobić doskonałe wrażenie podczas rozmowy kwalifikacyjnej, i czekałam na telefony. Ale telefon nie dzwonił. Sama zadzwoniłam w kilka miejsc. Najczęściej słyszałam: - Niestety, nie szukamy pracownika. Albo: - Brakuje pani doświadczenia.
Teraz każdy dzień zaczynałam od przejrzenia ofert w prasie i internecie. Codziennie starałam się znaleźć interesujące mnie ogłoszenie i wysłać CV. W końcu telefon zaczął dzwonić. Na pierwszą rozmowę leciałam jak na skrzydłach w tym moim szarym kostiumie. Rozwijająca się firma szukała pracowników znających języki obce. Wchodzę do pokoju w każdej chwili gotowa przejść w rozmowie na angielski, a oni mi mówią, że to akwizycja. Jakby mi ktoś dał w twarz. Takich sytuacji miałam więcej.
Albo rzeczywiście rozmawiamy po angielsku, potem po niemiecku. Przechodzę pierwszy, drugi i Bóg wie który etap rekrutacji, tylko przez cały czas nie mogę się dowiedzieć, o jakie staram się stanowisko i co miałabym robić. Może i lepiej, że po tej rozmowie nie zadzwonili.
Po pół roku wysyłałam już CV gdzie popadnie: do firm produkujących okna, soki, materiały budowlane, sprzedających dywany, do supermarketów.
Zapraszali mnie na rozmowy. Pytali, jak wyobrażam sobie przyszłość, czy łatwo popadam w konflikty, ile chciałabym zarabiać, i kazali opowiadać, jak wyglądał mój wczorajszy dzień, ze szczegółami (chyba wszyscy jeżdżą na to samo szkolenie). No to mówiłam, że wstałam o siódmej, włączyłam TVN 24, zrobiłam sobie kawę (albo kakao, bo bardzo lubię kakao), przeczytałam gazetę, wyszłam z psem... A potem okazywało się, że nie nadaję się na kasjerkę.
Szukam pracy od półtora roku i chyba przypłaciłam to depresją. Niechętnie wychodzę z domu, nie oddzwaniam do znajomych (coraz rzadziej się odzywają), potrafię przepłakać cały dzień.
Ale najgorsze, że dostałam hopla na punkcie sprzątania. Siedzę kilka godzin w łazience i pucuję fugi szczoteczką do zębów, potem idę do kuchni wyszorować piekarnik i po raz setny zrobić porządek na regale z półkami. Mam 25 lat. Czy to normalne? Chodzę w dresie, nieumalowana. Kiedyś co tydzień byłam u koleżanki piętro niżej na manicure, a teraz nie pamiętam, kiedy malowałam paznokcie.
Rodzice patrzą na mnie z niepokojem. Mama jest nauczycielką. Jej koleżanki z pracy ciągle mówią o sukcesach swoich
dzieci. Kiedyś mi o tym opowiadała, ale przestała, bo chyba boi się, że będzie mi przykro. Tata też zaczął obchodzić się ze mną jak z jajkiem. Jest zawodowym kierowcą, pokładał we mnie duże nadzieje. Zachęcał do nauki, bo chciał dla mnie lepszego życia. Powtarzał, że zdobędę je dzięki wykształceniu.
Rodzice chyba myślą, że jestem nieudacznikiem. Może mają rację. Myślę, że dlatego zdecydowałam się pojechać do Londynu, żeby udowodnić im i sobie, że potrafię zarobić jakieś pieniądze. Wytrzymałam trzy tygodnie i wróciłam.
O 5.30 stanęłam pod supermarketem. Ewa z Łodzi po psychologii Przyjęto mnie do pracy przy rozkładaniu towaru w supermarkecie. Zgodziłam się. Babcia mówiła: - Nie idź tam, będziesz musiała dźwigać. Nie musisz, pomożemy ci. Ale ja się uparłam. A kiedy stanęłam o 5.30 przed tym supermarketem, nogi się pode mną ugięły. Nie byłam w stanie wejść do środka. Chyba najbardziej bałam się tego, że spotkam tam kogoś znajomego i mnie rozpozna.
W 2010 roku skończyłam psychologię. Zaraz po studiach dorabiałam na zlecenie jako kelnerka w restauracji w Warszawie. Ale to była praca sezonowa. Oszczędności nie starczyło na długo. Za pokój w Warszawie płaciłam 800 złotych miesięcznie, cały czas szukając pracy albo przynajmniej stażu, który pozwoliłby mi się gdzieś zaczepić. Pomagali mi
rodzice. Teraz jestem całkowicie od nich zależna.
A wie pani, jaką mam specjalizację? Doradztwo zawodowe.