Starzejący się koneser i sprzedawca sztuki pod wpływem impulsu gotów jest zburzyć całe swoje życie dla pięknego chłopca, młodszego brata żony. O tym jest pańska najnowsza powieść "Nim zapadnie noc". Skojarzenie ze "Śmiercią w Wenecji" Tomasza Manna jest natychmiastowe. Co skłoniło pana, żeby przenieść tę historię do Nowego Jorku XXI wieku? - Proszę wziąć do ręki pierwszą lepszą gazetę. Połowa artykułów opowiada o ludzkich obsesjach. Na punkcie władzy, pieniędzy, urody, miłości. Jeśli chodzi o uczucia, to niczym się nie różnimy od ludzi, którzy żyli dwa tysiące lat temu. Opisana przez Manna historia obsesyjnej i beznadziejnej namiętności, która doprowadza ostatecznie do śmierci, jest ciągle aktualna i będzie przez następne stulecia. Mann wybrał dla swojego bohatera tragiczny koniec, jakby konstatując, że miłość starszego mężczyzny do młodszego może kończyć się tylko upokorzeniem i śmiercią.
Pan Peterowi Harrisowi oszczędził tego upokorzenia. - Wybrałem dla Petera koniec mniej ponury. Przypuszczalnie dlatego, że nie uważam, że człowiek, a tym bardziej postać literacka, powinien być karany za to, że skrywa w sobie straszliwe tęsknoty. Szanuję ludzi, którzy żarliwie czegoś pragną. Wolę ich od zrównoważonych obywateli, którzy sumiennie wykonują swoją pracę, a potem idą do domu zobaczyć, co tam w telewizji.
Moja powieść oczywiście różni się od "Śmierci w Wenecji" pod wieloma względami. Aschenbacha przyciąga wyłącznie
uroda Tadzia. Fascynacja Petera nie jest podsycana tylko fizycznym pięknem Myłka, wynika też z faktu, że chłopak tak bardzo przypomina mu jego własną żonę, gdy była młoda. Mann opowiadał o ubóstwianiu piękna, ja opowiadam o zmartwychwstaniu, o człowieku, który uwierzył, że jest w stanie zrzucić z siebie dorosłość i wrócić do stanu wcześniejszego, kiedy świat był prostszy, piękniejszy. Taki często wydaje się młodym.
Prawdę mówiąc, miałem już napisaną sporą część "Nim zapadnie noc", kiedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo jest ona przesiąknięta "Śmiercią w Wenecji". Tamta opowieść tak mocno tkwi w mojej świadomości, jest tak ważna, że pisząc, musiałem sam nie zauważyć, kiedy w pewnym momencie oddałem pióro autorowi, którego uwielbiam.
Nazwał pan swoją książkę "Odą do sztuki". Jednak koncentruje się pan w niej na ironicznym, a nawet prześmiewczym opisaniu świata sztuki: twórców, ich dzieł, ich konsumentów i sprzedawców. - Bo świat sztuki w sensie biznesowym należy traktować bardzo sceptycznie. Sztuka jest immanentną potrzebą człowieka oddania hołdu - w farbie czy w brązie, czy jakimkolwiek innym środkiem wyrazu - cudownemu, niepojętemu i straszliwemu światu. Jestem dozgonnie zakochany w sztuce i sam naznaczony potrzebą tworzenia jej. Co nie znaczy, że jestem entuzjastą tych wszystkich zabiegów, które są konieczne, żeby uczynić z niej chodliwy towar.
Pańscy właściciele nowojorskich galerii sztuki współczesnej przypominają sprzedawców samochodów. - Bo wielu ludzi kupuje sztukę tak, jakby kupowali nowe wypasione auto. Marszandzi sprzedający obrazy i rzeźby zachowują się dokładnie tak jak sprzedawcy samochodów czy audiofilskich zestawów grających. Podsuwają nam towar, który ma sprawić, że nasze życie stanie się
luksusowe, i wzbudzić zazdrość u innych. Różnica polega na tym, że sztuka w przeciwieństwie do aut czy odtwarzaczy płyt zyskuje na wartości. Zawsze jest szansa, że pewnego dnia będziesz mógł żyć z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży płótna kupionego 50 lat wcześniej od nieznanego malarza, który przez ten czas stał się bożyszczem salonów. Sztuka zawsze była na sprzedaż. Michał Anioł, da Vinci i inni pracowali na zamówienie. Artysta, który maluje czy rzeźbi bez widoków na rekompensatę, to rzadkość.
To, co się zmieniło, to klimat wokół artystów. W latach 80. kilku właścicieli galerii dogadało się, że skoro liczba naprawdę "poważnych" artystów na rynku jest ograniczona, podobnie jak liczba słynnych diamentów, mogą żądać za ich prace gigantycznych sum. I to zadziałało. Obecnie funkcjonuje zaledwie garstka twórców, którzy są traktowani serio.
Co musi robić malarz, żeby być traktowanym serio? - Malować obrazy, które ludzie chcą kupować. To nie zachęca do twórczych poszukiwań. I nie wróży dobrze rozwojowi sztuki.
Pokazuje pan kulisy pracy właścicieli galerii, jakby był pan jednym z nich. Jak się pan przygotowywał do napisania powieści? - Znam ten światek całkiem nieźle. Większość moich przyjaciół to artyści plastycy. Paradoksalnie, nie znam osobiście zbyt wielu pisarzy. Dla potrzeb tak zwanego researchu skorzystałem z uprzejmości pewnego właściciela galerii. Pozwolił mi przez kilka tygodni kręcić się po swoim salonie. Przysłuchiwałem się, jak pracownicy negocjują z nowym artystą, którego dopiero chcą pozyskać, a jak rozmawiają ze starym, zasiedziałym. Podpatrywałem, jak dopieszczają ego jednego, a innego traktują obcesowo. Pomagałem przygotować wystawę, byłem na wernisażu, rozmawiałem z artystą tuż po. Aż w końcu, i to był rodzaj egzaminu dojrzałości, założyłem garnitur i przez jeden dzień sam udawałem marszanda. Z przykrością muszę przyznać, że nie udało mi się sprzedać ani jednego obrazu.
Co pan na to, że klasyfikuje się pana czasem jako twórcę literatury gejowskiej? Czy coś takiego jak literatura gejowska w ogóle istnieje? - Zasadniczo uznaję tylko jedną klasyfikację książek: na lepsze i gorsze. Owszem, jestem pisarzem gejowskim, tak samo jak jestem pisarzem białym czy amerykańskim. Te dwa ostatnie przymiotniki określają mnie jako pisarza w równie istotnym stopniu co moja orientacja seksualna. Literatura gejowska, czarna, kobieca... Postawmy wszystkie książki obok siebie i pozwólmy im mówić za siebie.
Śmieszne wydawałoby się nazwanie "Śmierci w Wenecji" literaturą gejowską. Ale z jakichś względów ludziom takie etykietowanie jest potrzebne. - To prawda. Nie bez powodu ja sam, zwłaszcza w okresie dojrzewania, szczególnie chętnie sięgałem po pewien rodzaj literatury. I nieprzypadkowo były to książki o gejach albo pisane przez gejów. Częściowo dlatego, że właśnie przechodziłem okres coming outu i martwiłem się, że gej piszący fikcję może nie zostać potraktowany równie poważnie co jego kolega o tradycyjnej orientacji. "Matka Boska Kwietna" Geneta, "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta. OK, Proust nie eksponuje zanadto bohaterów homoseksualnych, ale niejedno da się wyczytać między wierszami. Uwielbiałem wczesną powieść Edmunda White'a "Nokturny dla króla Neapolu". No i "Mojego Giovanniego" Jamesa Baldwina. Oczywiście zawsze kochałem największego kryptogeja w historii - Ernesta Hemingwaya. Polecam uważną lekturę powieści "
Słońce też wschodzi". Czy lady Brett naprawdę jest kobietą?
Tak, nie byłbym szczery do końca, twierdząc, że coś takiego jak literatura gejowska w ogóle nie istnieje.