http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Woody Allen. Napisałem dialogi Hemingwayowi

Paweł T. Felis
2011-08-25, ostatnia aktualizacja 2011-08-24 10:23

"O północy w Paryżu" to świetny film dla zakochanych
Fot. Kino Świat

Rozmowa z reżyserem o jego najnowszym filmie "O północy w Paryżu": "Zabawiłem się w ucznia, który ożywia nieżyjących mistrzów: Picassa, Hemingwaya, Fitzgeralda, Portera czy Bunuela, pozwala im się spotkać, ale na własnych warunkach. Wyobrażam sobie, że za sto lat ktoś inny może coś podobnego zrobić ze mną. Nakręci film o latach 90. XX wieku i na czwartym planie pokaże pokracznego okularnika, który próbuje grać na saksofonie i co minuta wpada w histerię"

Jeśli lata 20., to tylko w Paryżu. Współczesny amerykański scenarzysta (Owen Wilson) przenosi się w przeszłość, by zakosztować życia paryskiej bohemy
Fot. Kino Świat
Jeśli lata 20., to tylko w Paryżu. Współczesny amerykański scenarzysta (Owen...
Mógłby pan o sobie powiedzieć: pracoholik?

- Tylko wtedy, gdyby za pracę uznać siedzenie na kanapie, oglądanie meczów w telewizji i picie piwa. Jestem skrajnym przypadkiem lenia.

Ale przecież każdego roku pojawia się pana nowy film.

- Bo wśród moich niezliczonych wad mam też jedną jedyną zaletę: jestem wydajny. Ponoszę klęski w tylu dziedzinach, że coś muszę robić dobrze. To znaczy potrafię pisać i potrafię się do pisania mobilizować. Zawsze powtarzam moim producentom: jeśli nie zarobicie na moim filmie, za rok napiszę scenariusz kolejnego, może wtedy się uda.

W "O północy w Paryżu" ważną postacią jest Gertruda Stein, która wobec Picassa, Hemingwaya czy Fitzgeralda bywa bezlitosna, ale przede wszystkim inspiruje ich, wspiera, twórczo krytykuje. W pana życiu też był ktoś, kto powiedział: "Panie Allen, naprawdę potrafi pan pisać"?

- Moje życie, mówiąc uczciwie, zapowiadało się fatalnie. Zostałem wcześnie wyrzucony z uniwersytetu i moi rodzice załamywali ręce, bo byłem zbyt głupi, żeby zostać prawnikiem, lekarzem albo chociaż farmaceutą. Coś tam pisałem, na rozśmieszaniu ludzi zacząłem zarabiać jakieś pieniądze, ale uważałem to za czysty przypadek. Wtedy w Kalifornii poznałem scenarzystę Danny'ego Simona, brata sławnego amerykańskiego dramaturga Neila Simona, z którym razem pracowali w telewizji. Pokazałem Danny'emu swoje teksty, a on na to: "To wspaniałe, masz przed sobą wielką przyszłość". Mówił na wyrost, bo to od niego uczyłem się później pisania żartów i skeczy. Ale gdyby nie dodał mi wiary w siebie i nie zasugerował, że mam talent, skończyłbym w najlepszym razie jako facet wożący ludzi w windzie.

Zawsze mógł pan być muzykiem.

- Ależ skąd! Ludzie przychodzą na moje koncerty tylko dlatego, że znają mnie z moich filmów. Kogo obchodzi jakiś nowoorleański jazz? Poza tym nie jestem dobrym muzykiem i nie ma w tym żadnej skromności. Uwielbiam grać na klarnecie, staram się, każdego dnia ćwiczę godzinę, a i tak osiągnąłem poziom średnio zdolnego ucznia szkoły muzycznej. Gdyby nie moi profesjonalni koledzy z zespołu, rzucano by w nas pomidorami.

Pisanie też trzeba ćwiczyć?

- W moim przypadku tak. To jak ze sportowcami przed zawodami, którzy nie wyjdą na mecz bez rozgrzewki. Ale najlepiej rozgrzany i najzdolniejszy zawodnik nie zawsze wygrywa. A przy pisaniu człowiek jest zupełnie sam. Siedzi się w pustym pokoju, myśli i nic. Po dwóch tygodniach pojawia się pomysł, ale się go wyrzuca, bo nie działa albo nie wiadomo, jak go rozwinąć. A jak znajdzie się to, o co chodziło, trzeba się ciągle kontrolować, bo często żart, który dzisiaj wydaje się świetny, jutro trzeba wyrzucić do kosza.

Czasem pokazuję jakieś fragmenty przyjaciołom, ale zwykle najbardziej okrutny wobec siebie jestem ja sam.

Pisanie "O północy w Paryżu" szło gładko?

- Przeciwnie - przez wiele tygodni miałem tylko tytuł. Ładny, ale co z nim zrobić?

Co może stać się z Gilem, Amerykaninem, który nocą gubi się w Paryżu? Na początku myślałem: może pójść na przyjęcie, może się zakochać. Ale może też zobaczyć samochód, wsiąść do środka i przeżyć niezwykłą przygodę.

W tym wypadku: przenieść się w czasie.

- Kiedy wpadł mi do głowy pomysł, żeby przenieść Gila w lata 20., nagle otworzył się przede mną zupełnie nowy świat. Bo współczesny niespełniony pisarz plus początek XX wieku w Paryżu to mnóstwo możliwości - romantycznych, komicznych, nawet scenograficznych.

Ale też okazja, żeby z ekranu przemówili Picasso, Hemingway, Fitzgerald, Porter czy Bunuel.

- Zawsze chciałem osiągnąć tyle, co któryś z nich, a zostałem reżyserem, jakich są tysiące. Dlatego nareszcie mogłem połechtać swoje ego - w końcu to ja tym naprawdę wielkim napisałem dialogi i mogłem reżyserować ich na planie. Zabawiłem się w ucznia, który ożywia nieżyjących mistrzów, pozwala im się spotkać, ale na własnych warunkach. Wyobrażam sobie, że za sto lat ktoś inny może coś podobnego zrobić ze mną. Nakręci film o latach 90. XX wieku i na czwartym planie pokaże pokracznego okularnika, który próbuje grać na saksofonie i co minuta wpada w histerię.

W "Złotych czasach radia" z 1987 roku tłumaczył się pan publiczności: "Wybaczcie moją skłonność do romantycznego przedstawiania przeszłości". W "O północy w Paryżu" sugeruje pan coś zupełnie innego - przeszłość wydaje się ciekawsza i ładniejsza, ale to pozory.

- Ze "Złotych czasów radia" jestem wyjątkowo dumny. Każdemu, kto nie miał idealnego dzieciństwa, polecałbym zrobienie o tym filmu: stosunek do przeszłości zmienia się od razu!

Źródło: Duży Format
  • 23
  • 4
  • 4
  • 13
  • 2
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    37 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':