http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rafael Lewandowski. Prawdziwe życie w Polsce

Tadeusz Sobolewski
2011-08-04, ostatnia aktualizacja 2012-01-18 02:35

Myślałem naiwnie: teraz nareszcie ludzie we Francji zrozumieją, dlaczego tak podobały mi się wakacje w PRL-u. Rozmowa z reżyserem filmu "Kret"

Rafael Lewandowski
Fot. Bartosz Bobkowski
Rafael Lewandowski
Borys Szyc i Marian Dziędziel. Kadr z filmu ''Kret''
Fot. Kino Świat
Borys Szyc i Marian Dziędziel. Kadr z filmu ''Kret''
SERWISY
Zobacz film "Kret" w serwisie specjalnym Orły 2012 na Kinoplex.gazeta.pl >>

Mamy porozmawiać jak Polak z Polakiem o pana francusko-polskiej drodze. Ale najpierw uwaga: w "Krecie" czuje się ślad francuski.

- W czym na przykład?

Choćby w sposobie, w jaki pokazuje pan życie codzienne. Kiedy pana bohaterowie się całują albo jedzą śniadanie, widać, że lubią to robić. U nas w kinie często jest tak, że kochankowie w łóżku muszą odwracać się od siebie, a rodzina nie może dokończyć wspólnego śniadania.

- Podobało mi się na planie naszego filmu, jak Marian Dziędziel - ojciec, Borys Szyc - syn i Magda Czerwińska - synowa szukali u swoich postaci drobnych gestów. Próbowali - jak to jest, kiedy są razem? Jak się do siebie odnoszą? Jacy są przy stole? Jak się dotykają? Na planie stworzyli atmosferę ciepła, widać było, że ta rodzina się kocha.

Borysa chciałem mieć w tym filmie od początku. To jest taki typ, który mógłby być moim sąsiadem. Na planie w Bielsku obcy ludzie podchodzili do niego, traktowali jak swego. Dziędziel gra jego ojca, bohatera solidarnościowego, przywódcę strajku w stanie wojennym, który teraz, przygaszony, zajmuje się wraz z synem importem ciuchów. Jeżdżą razem do Francji, gdzie mieszka brat ojca. Nagle ojciec zostaje oskarżony o to, że w stanie wojennym był agentem, wtyką SB w kopalni - równocześnie dowodząc strajkiem.

Spotkanie z Marianem Dziędzielem dla mnie było niezwykłe, to przejmująca osobowość, dużo przeżył i ma potrzebę czerpania z tego w swojej grze. Ale na planie zaskoczył mnie Wojtek Pszoniak grający ubeka. W scenariuszu miał być typem gangstera, ale powiedział: pójdziemy w innym kierunku. Nagle zobaczyłem grzecznego, układnego urzędnika zbrodni, który mówi o sobie z przekonaniem: ja to robiłem dla Polski... Kiedy pojawia się na ekranie pierwszy raz, już wiemy, że jego obraz nas nie opuści.

Ten esbek, paradoksalnie, staje się w pewnym momencie głównym świadkiem prawdy - jemu jednemu na procesie ludzie wierzą. Nagle okazuje się, że wszystko można odwrócić: bohater jest zdrajcą. On tych, którzy go oskarżają - jeszcze nie wiemy, słusznie czy nie - nazywa "komuchami".

- Przerażająca jest dla mnie instrumentalizacja prawdy, to, że o przeszłości można powiedzieć wszystko, że z dnia na dzień bohaterowie mogą być uznani za zdrajców. I najważniejsze: że nie ma obszaru pośredniego między bohaterem a zdrajcą, tak jakby w życiu te postawy występowały jedynie w stanie czystym.

Syn chce dojść do prawdy o ojcu. Kim był TW o kryptonimie "Kret"? W pewnym momencie prawda odsłania się przed synem, który ojca kocha...

- To film o miłości i milczeniu. Chciałem pokazać, że miłość może wyrażać się poprzez milczenie.

Z moim ojcem też przez długi czas mało rozmawialiśmy, choć więź między nami była silna. O wielu jego osobistych sprawach dowiedziałem się po latach, opowiedział mi o tym dopiero, gdy zachorował.

Ojciec mieszka we Francji?

- Od 1966 roku, kiedy wyjechał z Polski.

Mama jest Francuzką?

- Przyjechała kiedyś do Polski z grupą studentów na narty. Dziwny pomysł jak na Francuzkę - jechać na narty nie w Alpy, tylko do PRL, do Karpacza, gdzie zresztą akurat nie było śniegu. Ale egzotyka zadziałała. Lewicowa grupa francuskich studentów spotkała się ze studentami z warszawskiej ASP. Tak mama poznała ojca. Kończył wtedy studia. Dostał paszport, pojechał do niej do Francji na wakacje, z walizeczką. I już nie wrócił.

W 1969 roku urodziłem się ja. Na samym początku lat 70. ojciec nie przyjeżdżał do Polski, bo obawiał się, że go nie wypuszczą z powrotem. Było mu o tyle lżej żyć na emigracji, że jego rodzice niestety już nie żyli.

Obywatelstwo francuskie dostał późno, po stanie wojennym. Nigdy nie chciał się zrzec polskiego - taki odruch patriotyczny. Dzięki temu po upadku komunizmu mogłem dostać polski paszport i mam teraz, jak ojciec, podwójne obywatelstwo. Mój roczny syn też. Rozmawiam z nim wyłącznie po francusku, żona tylko po polsku. Prosta kontynuacja losu.

Skończył pan paryską szkołę filmową La fémis, ale nie chciał pan zostać francuskim reżyserem?

- No bo o czym miałbym tam robić filmy? Kolejne historie miłosne z życia paryskich studentów? Kiedy oglądam etiudy młodych francuskich filmowców, mam poczucie, że ich filmy mówią o niczym. Uciekają w jałowy eksperyment. Oczywiście znakomite kino francuskie istnieje nadal, ale większość produkcji to banały. Chciałem uciec od francuskiej literatury - wiadomo, jak ogromny jest tam rynek książek, ludzie czytają, piszą, ale w tym zalewie słów mało jest rzeczy istotnych. Pomyślałem sobie: jest taki obszar, o którym zachodni widz wie niewiele, a którego historię znam, z którym jestem związany. Nie mogę tego utracić.

Źródło: Duży Format
  • 14
  • 4
  • 3
  • 1
  • 1
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':