Swoje berlińskie przemówienie o reformowaniu Europy minister Radosław Sikorski wygłosił po angielsku i zapewne tutaj należy szukać przyczyn tak wielkiego oburzenia polskiej prawicy. Jej liderzy, jak Zbigniew Ziobro czy Jarosław Kaczyński, nie mieli przecież szans zapoznać się z jego tekstem w oryginale.
Rozumiem ich problem tyleż klarowniej, że przyglądałem się debatom podczas konferencji z cyklu European Master's in Translation, na której lingwiści i tłumacze pod auspicjami Komisji Europejskiej dyskutują o wyzwaniu, jakim są 23 oficjalne języki zjednoczonej Europy.
Dlaczego właśnie angielski jest powszechnie uważany za najważniejszy z nich? To wcale nie jest oczywiste. Marsjanin, który próbowałby to odgadnąć, patrząc na suche dane i mapę Europy, doszedłby zapewne do wniosku, że głównym językiem Unii Europejskiej powinien być niemiecki. Nie tylko ma najwięcej natywnych użytkowników w swoim kraju, ale też ma niemieckojęzyczne mniejszości w innych krajach, od Francji po Rumunię, od Włoch po Norwegię. W dodatku wiele europejskich języków jest bardzo podobnych do niemieckiego - Szwed czy Holender dzięki temu od dziecka dysponuje pasywną znajomością niemieckiego, tak jak Polak ma pasywną znajomość rosyjskiego.
Gdyby jednak polski minister wygłosił apel o zwiększenie roli Niemiec w Europie po niemiecku - ja też odczułbym lekki niesmak. Rozmowy polsko-rosyjskie też przecież najlepiej toczy się po angielsku, co jeszcze trudniej byłoby zrozumieć Marsjaninowi.
A może jednak nie doceniam Marsjan? Jeśli oni mają jakąkolwiek politykę, to bardzo możliwe, że dla nich równie ważne jak dla nas są spory o to, kto jest "prawdziwym Marsjaninem" i na czym polega "genetyczna marsjańskość", a także wciąż żywe i bolesne są wspomnienia wielkich wojen ogólnomarsjańskich.
Język angielski stał się dominującym językiem Unii Europejskiej stosunkowo niedawno - w roku 1995, razem z akcesem Austrii, Szwecji i Finlandii. Gdyby decydowały tylko kryteria lingwistyczne, wejście akurat tych trzech krajów powinno przeważyć szalę na stronę języka niemieckiego, ale przeważyło na stronę angielskiego, który w krajach nordyckich jest najczęściej nauczany jako pierwszy język obcy.
To nie było dzieło przypadku, tylko świadomy polityczny wybór przeprowadzony w tych krajach po 1945 roku - przedtem najczęściej nauczanym językiem obcym był w nich oczywiście niemiecki. Niemiecki jako kandydat na język międzynarodowy ma tego samego pecha co rosyjski - zbyt wielu ludzi kojarzy go z "językiem najeźdźców". To częste zjawisko. Nicholas Ostler, uczestnik wspomnianej konferencji, cytuje w swojej książce "The Last Lingua Franca" skargi starożytnych Rzymian na Fenicjan udających, że nie znają łaciny. Z podobnych przyczyn, gdy Polak rozmawia z Litwinem, prawdopodobnie mogliby się dogadać po polsku albo po rosyjsku, ale będą woleli rozmawiać po angielsku.
Przed 1995 r. głównym językiem Unii Europejskiej był francuski, w związku z czym - jak się dowiedziałem w kuluarowych rozmowach - w Szwecji i Finlandii wielu ludzi zostało specjalistami od rolnictwa tylko dlatego, że w młodości studiowali romanistykę. Po prostu Wspólna Polityka Rolna jest zagadnieniem tak zawiłym, że od razu plus mieli ci, którzy opisujące je dokumenty mogli chociaż czytać w oryginale.
Angielski po raz pierwszy status języka dyplomatycznego równorzędny z francuskim zyskał podczas traktatu wersalskiego - w jego negocjowaniu istotną rolę odgrywali Woodrow Wilson i Lloyd George, którzy francuskim nie władali. Później zaś stopniowo zyskiwał na popularności w Europie, bo dla nikogo nie był tutaj językiem najeźdźcy (inaczej to oczywiście wygląda w Ameryce Łacińskiej, Afryce czy Azji).
Francuski swoją pozycję budował podobnie. Potęga francuskiej nauki i kultury w XVII wieku sprawiła, że tego języka uczyły się europejskie elity (Leibniz był Niemcem, ale publikował po francusku, bo chciał być czytany przez innych naukowców). Gdy w XVIII wieku zmieniały się granice na wschodzie Europy, francuski był wygodnym językiem porozumienia w czworokącie
Niemcy -
Rosja -
Szwecja -
Austria. Rozmowy o dzieleniu Polski na kawałki toczono głównie po francusku i po łacinie. Jest więc jakaś głęboka symbolika w tym, że traktat wersalski, który przywrócił nas na mapę, jednocześnie zaczął epokę anglojęzycznej dyplomacji. Proszę zauważyć, że próby wyobrażenia sobie Europy, w której dominującym językiem jest niemiecki lub rosyjski, to jednocześnie wizje Europy, w której znów nas nie ma na mapie. Jeszcze
Polska nie zginęła, póki dyplomaci mówią po angielsku.
Nie wiem, czy ta cała symbolika stała za wyborem ministra Sikorskiego, czy brał się on po prostu z pragmatyzmu. Nawet jeśli jednak było to dzieło przypadku, to wyszedł bardzo ciekawy efekt.