To był mały obóz koncentracyjny, ale cierpienia wielkie.
Katowanie na śmierć, głód. Przymusowe kąpiele w przeręblu. Strażnicy kazali więźniom gwałcić kobiety, lizać zwłoki, nosić na głowie czapki wypełnione własnym kałem. Był jeden, który zabijał ciosem młotka w głowę. Potrafił tak uderzyć w potylicę, że wypadało oko.
Krótko mówiąc: obozowa norma.
Tylko że tutaj strażnikami byli Polacy, a więźniami - Niemcy.
W każdym razie milicjanci i ubecy uważali ich za Niemców. Bo oni siebie nazywali różnie.Większość mówiła o sobie: tutejsi. Z Ciechocinka, Nieszawy, Aleksandrowa Kujawskiego i Wiktoryna - to był ich Heimat.
My żadne rasa pany
200-300 lat wcześniej ich pradziadowie przybyli z Prus, Pomorza, Szwabii. Osiedlili się między Płockiem a Toruniem. Budowali młyny i olejarnie. Między sobą rozmawiali po niemiecku. Polacy nazywali ich olędrami. Większych konfliktów historia nie odnotowała. Kiedy we wrześniu 1939 roku wszedł tu Wehrmacht, prawie wszyscy olędrzy podpisali volkslisty. Starsi synowie poszli walczyć. Zostali rodzice i małe dzieci.
Ojca Gustawa Bekkera mianowano w Wiktorynie sołtysem. Dostał karabin, ale syn twierdzi, że go nie używał.
- Tato pracował na co dzień jako szewc, więc na matkę we Wiktorynie mówili pani majstrowa - wspomina siwowłosy Bekker. - Dom nasz stał przy drodze, za domem 10 hektarów piachu. Matka sadziła kartofel, ojciec robił but, a po robocie grywał z Polakami w karty.
- Polakom nie przeszkadzało, że volksdeutsch?
- We Wiktorynie Niemców było trzy czwarte wioski i wszyscy mieli volkslistę. Nie było się o co różnić.
- Różnica polegała na tym, że wy byliście rasą panów, a Polacy - podludźmi.
- Ooo, nicht wahr! Ojciec tak nie myślał ani mama. My byliśmy biedni, nie żadne rasa pany - 72-letni Bekker pokazuje nam swoje zdjęcie jako sześciolatka. Wszystkie dzieci w klasie mają buty. Tylko mały Gucio, syn szewca, jest bosy. - Mama była czwarta żona ojca, trzy żona umarły podczas rodzenia i nas było razem siedem dzieci w chałupa, to i pieniądze mało.
- Ale polską służbę w czasie wojny mieliście?
- No, jaa... Marysia Pruszkiewicz u nas była gosposia - Polka z tej samej wioski. Starszą siostrą dla nas była. Potem, jak już przyszli Russen, to myśmy się u niej w domu nawet chowali.
Wojna jest przegrana, ale będzie jak dawniej
Rozmawiamy w Elsterwerdzie, małym miasteczku koło Drezna. Domy jak w Tczewie czy Inowrocławiu - tylko absolutna czystość przypomina, że jesteśmy za Odrą.
Gustaw Bekker jest tu szanowanym obywatelem - emerytowanym lekarzem.
- Jak bardzo baliście się Ruskich? - pytamy.
- W szkole uczyli: die Tiere. Ja miałem w czterdziestym czwartym osiem lat i brałem to dokładnie. Myślałem, że Rus ma uszy włochate, zęby wilka i tak dalej. Potem - zimą czterdziestego piątego, kiedy już uciekaliśmy przed frontem - zobaczyliśmy i tanki, i Rusków. Wyglądali jak ludzie, tylko bardzo brudne.
Źródło: Duży Format