Z kim jest pan umówiony? - pyta uprzejmie pani w recepcji gmachu ONZ.
- Z Matthew Lee, akredytowanym korespondentem - odpowiadam śmiało.
Wtedy pada nieuchronne pytanie: - A z jakiej on jest agencji?
Chrząkam.
- Inner City Press - zaczynam hardo, a potem dodaję już nieśmiało słabnącym głosem - ...dot... com".
"Akredytowany korespondent" to jeszcze brzmiało serio, ale pytanie o agencję bezlitośnie obnaża istotę sprawy: Matthew Lee w ONZ jest wysłannikiem samego siebie, bo innercitypress.com to po prostu internetowy adres jego prywatnego bloga.
Dopóki nie padło to pytanie, czułem się jak dziennikarz odwiedzający dziennikarza. Ale teraz pani w recepcji zredukowała mnie do blogera odwiedzającego blogera. Gdyby teraz wezwała ochronę i kazała nas obu wyrzucić za drzwi, nawet bym nie protestował.
Blogomoda
Pani w recepcji podnosi słuchawkę, ale zamiast ochrony pojawia się sam Matthew Lee - czterdziestolatek, pod krawatem, ale za to w szarych dżinsach, składający fryzurą hołd swojej hipisowskiej młodości, na pohybel coraz wyższemu czołu.
Bloger akredytowany przy ONZ? Do czego ten świat zmierza. Gdy Matthew Lee uzyskał stałą przepustkę i swoje własne biurko w słynnym na cały świat wieżowcu przy Pierwszej Alei, był koniec roku 2006. "Blog" był wtedy bardzo modnym słowem. W Polsce na potęgę swoje blogi zakładali politycy i dziennikarze, w USA wszyscy właśnie zwrócili uwagę na rosnącą rolę blogerów w życiu publicznym - w wyborach 2006 roku po raz pierwszy akredytowano ich przy sztabach wyborczych głównych partii.
Stąd eksperyment, którego do dzisiaj wielu ludzi w ONZ żałuje - akredytowanie blogera. Jak to często bywa w mediach, światową sławę Matthew Lee zyskał właśnie dzięki temu, że jego przeciwnicy próbowali go uciszyć.
Kogo obchodzi wizyta papieża?
W lutym 2008 roku świat obiegła wiadomość, że dziennikarz śledczy tropiący afery w ONZ został usunięty z serwisu Google News. Efektem były protesty stowarzyszeń dziennikarskich, materiały o dziennikarzu w czołowych gazetach i serwisach telewizyjnych. Po interwencjach mediów i organizacji społecznych Google News po cichu przywrócił indeksowanie jego serwisu.
Stąd też moja wizyta na czwartym piętrze gmachu ONZ, gdzie urzęduje Matthew Lee.
- Problem w tym, że typowy korespondent przy ONZ to najczęściej zasłużony dziennikarz, który ma tu doczekać emerytury. Chodzi tylko na oficjalne fety i nie zadaje trudnych pytań - tłumaczy mi Matthew Lee przy swoim biurku w gmachu ONZ, z cudownym widokiem na East River.
Lee rozpędza się: - Dla kogoś takiego najważniejszym wydarzeniem miesiąca jest ta cała wizyta papieża w ONZ - mówi z sarkastycznym uśmiechem.
A co w niej ciekawego? Mogę napisać relację z wizyty papieża na tydzień przed jego przyjazdem.
Afera jak z filmu
Największą sensacją, z jaką Matthew Lee zetknął się podczas swojej dwuletniej działalności w ONZ, była sprawa śmierci Marii Gabrieli de Biase, która wypadła z okna na 19. piętrze budynku - zginęła na trawniku na wschodniej, praktycznie niedostępnej dla osób postronnych części terenu ONZ. Okno Matthew Lee przypadkowo wychodzi właśnie na ten trawnik - jeszcze teraz można z niego zobaczyć białą plamę piasku wśród zielonej trawy.
- Zostało tam wgłębienie na kilkadziesiąt centymetrów. Patrzyłem przez okno, jak policja wkłada ręce zmarłej w foliowe torebki. Zdziwiło mnie to, więc zbiegłem do policjantów, żeby spytać, po co to robią. Usłyszałem, że to standardowa procedura, kiedy jest podejrzenie, że komuś pomagano wypaść przez okno. W ten sposób można zabezpieczyć mikroślady po ewentualnej szamotaninie z napastnikiem.
Źródło: Duży Format