Podobno mamy dwa PSL? - Bo język polski jest podzielony. To podział jeszcze z okresu przedpaństwowego, a nawet plemiennego. Mamy więc polszczyznę, która udźwięcznia styk wyrazów i ich cząstek w skrótowcach. Jeden z nich kończy się na spółgłoskę dźwięczną, a drugi zaczyna się na samogłoskę lub spółgłoskę m, n, ń, r, l, ł, j. Żeby było prościej: w Krakowie mówi się "brad Adama", "marż oburzonych", "gaz łupkowy", za to na północy Polski - "brat Adama", "marsz oburzonych", ale "gas łupkowy". Wracając do PSL - w Małopolsce i na Górnym Śląsku wymawiamy nazwę tej partii jako "Peezel" (bo te regiony tak udźwięczniają), a w
Warszawie i centralnej Polsce jest "Peesel".
Czy Peesel i Peezel różnią się od siebie? - Jestem językoznawcą raczej apolitycznym, a już na pewno nie politologiem, więc takimi analizami nie służę. Wincenty Witos, przywódca PSL, pochodził z udźwięczniającej Małopolski; można więc uznać, że PSL jest tradycyjnie "Peezelem" - oczywiście odwołując się do historii tego ruchu. Co ciekawe, to samo zjawisko dotyczy też SLD (po małopolsku: "Ezelde"), ale bądźmy szczerzy - te drobne różnice w wymowie słyszą głównie językoznawcy. Oni jednak nie widzą w tym zjawisku błędu językowego. Uważają, że to różny sposób mówienia, i tyle.
Pan słucha polityków? - Słucham. Jako obywatel i językoznawca.
I co pan słyszy? - Jako obywatel słyszę niestety powtarzalność, schematyczność, agresję. Nie ma idei, jest reklama. Jako językoznawca słyszę niedbałą wymowę, błędy znaczeniowe i frazeologiczne, sporo regionalizmów, z których część niby nie jest błędna, ale nie zawsze mieści się w kanonie eleganckiej polszczyzny, wreszcie ewidentne dialektyzmy jak "ino" senatora Stanisława Koguta. Ekscesy i obniżanie rejestru poniżej poziomu chodnika mnie i drażnią, i nudzą.
Kto jest najbardziej nieelegancki językowo? - Fatalne innowacje językowe, sporo form regionalnych niezgodnych z normą pochodzi z północy Polski. A że mamy wielu prominentnych polityków, i na ważnych stanowiskach, z tego regionu (
Trójmiasto, Kujawy), to te formy się szerzą. Północnopolskie są na przykład wyrównania w liczbie pojedynczej zaimków wskazujących. Politycy odpowiadają więc na "te pytanie" (vide Jarosław Kaczyński, Sławomir Nowak). Północnopolskie i zachodniopolskie jest też wymawianie końcowego "ą" jako "om", oczywiście nieakceptowane przez normę ogólną. Nie wiem, czy będzie to pocieszenie dla tych, którzy są zatroskani podziałem na dwie Polski, ale polityków jednak sporo łączy. Braćmi w wymawianiu "om" zamiast "ą" są Roman Giertych, Grzegorz Napieralski i Jarosław Kaczyński. Być może jest to punkt wyjścia do budowania wspólnej płaszczyzny porozumienia, kto wie... Chociaż ja bym wolał, żeby ta płaszczyzna - jeżeli już jesteśmy przy języku - była poprawna.
Ryszard Kalisz znacząco zamienia "ą" na "om". - O tak! U niego to szczególnie rzuca się w uszy. Kiedy Ryszard Kalisz zajmuje się "konstytucjom", to brzmi to fatalnie. Samogłoski nosowe na obszarze całej Słowiańszczyzny są już dziś czymś recesywnym, zanikają. Właściwie nie wiadomo, co sprawia, że wciąż jeszcze się trzymają. Może tradycja? Polszczyzna wschodniopolska na przykład zamienia "ą" na o" - Franciszek Stefaniuk z PSL będzie więc zajmował się "koalicjo" i "etyko poselsko" itd.
Warszawa też ma swoją innowację: na przykład Hanna Gronkiewicz-Waltz, czasem też Ludwik Dorn, wymawiają końcowe "ą" jako zbitkę dwóch głosek bez nosowości - "ou". Słyszymy więc u pani prezydent Gronkiewicz-Waltz: "majou", "spotykajou się".
Jarosław Kaczyński mówi północnopolskie "te pytanie", a przecież jest z warszawskiego Żoliborza, inteligenckiego. Jak to wytłumaczyć? - Nie będę ironizował na temat inteligencji żoliborskiej, ona ma zasługi. U prezesa Kaczyńskiego można też usłyszeć przedwojenne, dziś już archaiczne - "przede wszystkiem". To rozczulające.
Rozczula pana prezes Kaczyński? - Gdy mówi "przede wszystkiem" - tak. Ale kiedy mówi "dzisiej" lub gdy wszystko "w najwyższym stopniu" hiperbolizuje, to już nie.
Czy jest coś, co łączy polityków wszystkich opcji? - Formy czasu przeszłego. Politycy pozornie bardzo feminizują język, i to od lewa do prawa. Mówią "podjęłem decyzję", "wzięłem udział" - jak "podjęłam", "wzięłam". Złośliwiec powiedziałby, że to kwestia tożsamości genderowej. Dla beznamiętnego językoznawcy to jest klasyczne wyrównanie fleksyjne, ujednolicenie wyrazu w rodzaju męskim i żeńskim, które dialektolodzy obserwują przeważnie na Mazowszu.
Ten sam proces mamy w potocznym i oczywiście rażącym, ale spotykanym w polityce lokalnej "poszłem".