http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Cztery Rafaele, ale nieprawdziwe

Ewa Podgajna, Adam Zadworny
2011-11-27, ostatnia aktualizacja 2011-11-24 13:51

Wśród obrazów odnalezionych przez policję w domu Antoniego M. jest wiele dzieł sztuki sakralnej nieznanego pochodzenia
Wśród obrazów odnalezionych przez policję w domu Antoniego M. jest wiele dzieł sztuki sakralnej nieznanego pochodzenia
.

Oficjalnie - murarz po czterech klasach. Naprawdę - jeden z największych handlarzy sztuką w PRL. Jego kolekcję odkryła ostatnio policja

Antoni M., w domu którego znaleziono ok. 300 dzieł sztuki
Fot. Artur Kubasik / Agencja Gaz
Antoni M., w domu którego znaleziono ok. 300 dzieł sztuki
Litografia Józefa Czajkowskiego z 1903 r. ''Cmentarz Ojców Reformatorów w Krakowie'', w ostatnim roku wojny zniknęła z Muzeum Śląskiego w Katowicach
.
Litografia Józefa Czajkowskiego z 1903 r. ''Cmentarz Ojców Reformatorów w...
Wiele portretów znalezionych w domu Antoniego M. może pochodzić z pomorskich pałacyków przerobionych na PGR-y
Fot. Marek Luczak
Wiele portretów znalezionych w domu Antoniego M. może pochodzić z pomorskich...
SERWISY
Policjanci w towarzystwie konserwatora zabytków forsują drzwi betonowego bunkra w ogrodzie w szczecińskiej dzielnicy Gumieńce. W środku znajdują ok. 300 dzieł sztuki. Kiedy konserwator bierze do ręki XVII-wieczne płótno, obraz rozpada się na kilka części. Jest lipiec 2011 r.

Tekstylia po Żydach

Wiosna 1945 roku. Niemieckie dowództwo decyduje, że betonowa autostrada do Świnoujścia będzie przeznaczona tylko dla wojska. Cywile uciekają z miasta Stettin drogą na zachód przez Puszczę Wkrzańską. Biorą tylko wartościowe rzeczy. Biżuterię, obrazy, srebra, porcelanę, zegary. Ciągną to w dziecięcych wózkach. Po kilkunastu kilometrach jazdy po bruku odpadają kółka. Wtedy idą w las i zakopują. Najczęściej pod drzewami. Polacy wykopują te skarby jeszcze przez wiele lat.

W 1945 roku do Szczecina przybywają repatrianci i konspiratorzy uciekający przed wojenną przeszłością, handlarze i szabrownicy z całej Polski. W ruinach kryje się jeszcze Wehrwolf i sowieccy maruderzy. Harcerze wygwizdują Bieruta, który przyjeżdża na propagandowy zlot młodzieży "Trzymamy straż nad Odrą". Akowcy organizują skok na kasę komunikacji miejskiej. Żydzi czekają na statki, które zabiorą ich na Bliski Wschód.

Pierwsza polska wystawa malarstwa zorganizowana w Urzędzie Informacji i Propagandy zostaje podpalona w nocy z 12 na 13 grudnia 1945 roku. Każdego dnia w mieście wybucha kilkanaście pożarów. Podpalają z zemsty Niemcy, dla rozrywki Sowieci, dla zmyłki polscy szabrownicy.

Antoni M., rocznik 1921, przyjeżdża do Szczecina z Hajnówki razem z piękną żoną Wandą. Jego ojciec zmarł w czasie okupacji w niemieckim więzieniu, gdzie trafił za przemyt. Antoni skończył cztery klasy podstawówki. Po ojcu ma smykałkę do interesów. Prowadził w Hajnówce sklep z tekstyliami, przejął go po ofiarach Holocaustu.

W Szczecinie wprowadza się do mieszkania w śródmiejskiej kamienicy i też otwiera sklep z tekstyliami. Interes nie przynosi spodziewanych zysków, więc organizuje zakład murarski. W mieście zburzonym przez alianckie naloty dywanowe roboty nie brakuje. Razem ze swoją brygadą Antoni odgruzowuje starówkę. Czasami znajdują pod górą cegieł coś cennego, np. srebrne zastawy stołowe. Znajomy złotnik wciąga go w handel złotem i diamentami. Wandę zatrudnia w jego sklepie.

Antoni dobrze zarabia, ale na rodzinę wydaje tylko tyle, by z głodu nie umarli.

Popiersia Lenina

Po jakiejś robocie w ręce wpada mu obraz. Okazuje się, że wart jest tyle, co miesięczna praca całej brygady. Potem będzie powtarzać znajomym, że tak to się zaczęło.

W 1958 roku Antoni M. kupuje dom w willowej dzielnicy Pogodno. Kupuje na repatriantkę, matkę Wandy. - Trzeba tak było, bo prywaciarzom władza ludowa waliła domiary, jak tylko wyniuchała, że uskładali pieniądze - tłumaczą krewni.

Zaraz po wojnie willę zajmuje znajomy handlarz. Niektórzy mówią, że Antoni M. kupuje od niego ten dom razem z kolekcją obrazów. Wprowadza się z Wandą i czwórką ich dzieci, które rodzą się co dwa lata, począwszy od 1950 roku.

- Tu nasze małżeństwo umarło - wspomina 83-letnia pani, gdy siedzimy w salonie urządzonym antykami. - On miał drugie życie i inne miłości. Ale namiętność do obrazów była u niego najmocniejsza. Znikał na kilka dni, wracał z obrazami i zamykał się z nimi w pokoju. Nam nic nie pokazywał. Sprzedawał i wymieniał. Raz jeden dał mi starą rzeźbę na przeprosiny (bo w nerwach potrafił uderzyć). Pieniędzy zawsze żałował. Raz Rysiu, najstarszy, chciał 2 zł na loda. Antoni nie chciał dać, wtedy Rysiu włożył rączkę do kieszeni ojca. I wyciągnął cały zwitek banknotów!

Firma Antoniego M. produkuje gipsowe odlewy popiersi Lenina. Odbiorcami są powiatowe komitety PZPR. Dostaje też zlecenia na elewacje budynków. W 1959 roku M. bierze udział w budowie najnowocześniejszego w kraju kina Kosmos ozdobionego abstrakcyjną mozaiką z rozbitych pieców kaflowych znalezionych w ruinach starówki.

Na dzieła sztuki M. wydaje prawie wszystkie zarobione pieniądze. Sam też trochę maluje. - Mama wyglądała na ojca obrazach jak jakiś potwór, chyba złośliwie ją tak malował - opowiada córka Jagoda, która opiekuje się matką. Do ojca ma żal o ciężkie dzieciństwo. - Nosił się jak dziad, dużo krzyczał. Interesowały go tylko te starocie.

Syn Janusz, ślusarz, rocznik 1956, zgodził się z nami spotkać. - Wychowywaliśmy się praktycznie bez niego - mówi. - A jak był, to potrafił bić nas rzemykiem. Nie pokazywał nam tego, wszystko chował w piwnicy. Musiałem pracować już w pierwszej klasie podstawówki. Ojciec kazał mi prostować stare gwoździe. Mówił, że mogą się przydać.

Kurczaki w szufladach

Adwokat J. skupujący antyki. Ginekolog K., który zarabia krocie na skrobankach i handlu obrazami. Były akowiec Z. mieszkający w leśniczówce pod zmienionym nazwiskiem, który na wschodzie rozwalał enkawudzistów. A potem jako leśniczy pilnował magazynu, w którym Sowieci trzymali dzieła sztuki przed ich załadowaniem do wagonów. Postacie, z którymi spotyka się w latach 60. Antoni M., są jak z peerelowskiego kryminału.

Partnerem murarza w handlu antykami jest także Józef Jaszczerski, dziś 75-letni właściciel firmy zajmującej się systemami grzewczymi (motto: "Energia i wytrwałość zmienia wszystko"). - Poznałem M. w szczecińskiej Desie - wspomina Jaszczerski (sumiasty wąs, wygląd Sarmaty). - Razem jeździliśmy po wsiach "na polowania". Odwiedzaliśmy gospodarzy, a przede wszystkim handlarzy skupujących od chłopów poniemiecką starzyznę. Najlepsi z nich mieli swój wywiad wśród listonoszy i kominiarzy, którzy wiedzieli, kto co na strychu trzyma. Skupowali to od rolników za grosze. Wśród żelazek i rupieci można było czasami trafić na rarytas. M. wolał obrazy, a ja meble. Dla Antoniego te polowania były jak narkotyk. Namawiał: "Chodź, wyrwijmy się znów w teren". Jeździliśmy jego warszawą, a potem trabantem. Wie pan, dlaczego wszyscy kolekcjonerzy to rozwodnicy? Bo w weekendy nie ma ich w domach.

Szczeciński antykwariusz: - Pracowało kilka ekip. Mieli mapy, jeździli po wioskach i "czesali" dom po domu. Jeden wchodził i zaczynał: "Moją żonę kopnął prąd przy prasowaniu i zraziła się do żelazek elektrycznych. Może macie takie na dusze lub węgiel?". Ludzie mieli jeszcze wtedy wartościowe rzeczy, niektóre mocno zniszczone. Sam widziałem kurczaki w szufladach zabytkowych mebli. Czasem mieli obraz po Niemcach.

Źródło: Duży Format
  • 32
  • 3
  • 2
  • 3
  • 1
  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    39 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':