W dniu końca świata jem oliwki. Pierwotnym planem była pizza, ale kiedy wszedłem do supermarketu i zobaczyłem te wszystkie puste półki, zrozumiałem, że o cieście na pizzę i przecierze pomidorowym mogę zapomnieć. Spróbowałem zagadać do starszej kasjerki z kasy ekspresowej, która ze swojego smartfona rozmawiała akurat z kimś po hiszpańsku przez Skype’a, ale odpowiedziała mi, nie podnosząc nawet głowy. Wyglądała na zdruzgotaną.

– Wykupili wszystko – mruknęła. – Zostały tylko tampony i marynaty.

Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.