Żałoba i duch demokracji
26.04.2010
, aktualizacja: 23.04.2010 17:01
Strażnicy nie chcą ochraniać gaszenia zniczy. "Profanacja" (Fot. Fot . Albert Zawada / Agencja Gazeta)
W kampanii wyborczej naprzeciw heroiczno-żałobnej symboliki musi stanąć demokratyczna różnorodność, nasze "cywilne" problemy. Republika, czyli wielość opinii o sprawach państwa i społeczeństwa, powinna odzyskać głos
Przez dwa tygodnie po katastrofie zobaczyliśmy wiele z Polski. Ujrzeliśmy różne żałoby, zobaczyliśmy też, jak przejawiała się wspólnota obywatelska i jak próbowano ją zanegować. Widzieliśmy państwo demokratyczne, silne w działaniu i onieśmielone w kontakcie ze sferą symboliczno-religijną. I niemal od początku obserwowaliśmy, jak buduje się legendę bardziej na miarę króla zespolonego narodu niż prezydenta republiki.
Ujrzeliśmy również skomplikowane związki między naszą demokracją a tradycją heroiczną. A także jak hołdowanie zmarłym niejednokrotnie przenikało się z ideologicznymi uzurpacjami.
Myślę, że najmocniej zostaną w pamięci te chwile, gdy wstrząśnięci ludzie zapalali w milczeniu świeczki przed Pałacem Prezydenckim, na placach wielu miast. Była w tym naturalna potrzeba gromadzenia się wobec śmierci i przeciw śmierci. W takich tragediach przejawia się, tłumaczą antropolodzy, podstawowy instynkt przetrwania nakazujący zebrać się razem nie po to, by się śmiercią uwodzić, jak pisali niektórzy publicyści, lecz by ją jako wspólnota pokonać.
Ale w tych licznych zgromadzeniach ujawniła się także żałoba demokratyczna. Obywatele składali hołd wybranej głowie państwa, człowiekowi i urzędowi. Niekoniecznie jego poglądom, choć, rzecz jasna, nie rozstrzygniemy, ilu żałobników w Polsce czciło przedstawiciela państwa, a ilu reprezentanta swych opinii. Jednak ta żałoba pierwszych godzin obejmowała nie tylko Lecha Kaczyńskiego, choć najwięcej świeczek zapalono pod Pałacem Prezydenckim. To były także świeczki dla wszystkich, którzy zginęli w katastrofie. Taka żałoba po politykach i urzędnikach, skupiona i spontaniczna, jest możliwa tylko w demokracji, gdzie nie ma tyranów ani zbiorowego poczucia opresji ze strony władzy. Myślę więc, że w tej żałobie oddawano również szacunek państwu i ustrojowi.
Państwo, cichy żałobnik narodu
Demokratyczne państwo okazało siłę, przeprowadzając gigantyczną operację w Polsce, Smoleńsku i Moskwie. Sprowadzało ciała, organizowało opiekę nad rodzinami, pogrzeby, zadbało i o ludzkie uczucia, i o procedury - było cichym żałobnikiem narodu. To samo państwo ujawniło zarazem, że ma kłopot z własną symboliką.
Podczas uroczystości pogrzebowych przedstawiciele państwa mówili o tragedii, ofiarach, Polsce, Katyniu, prawdzie, niepodległości. Jedno słowo pojawiało się rzadko: demokracja. Jakby było zbyt mało wzniosłe. Jakby panowało przekonanie, że przywołanie Polski demokratycznej nas nie połączy, bo demokracja nie wytwarza wspólnej tożsamości.
A przecież pod Smoleńskiem zginęli politycy i urzędnicy demokracji, z niej pochodziły ich mandaty i funkcje. Część z nich przez związek z demokracją i jej państwem - w mniejszym stopniu z tradycją heroiczną - ustanawiała swą polityczną tożsamość. To się zatarło, choć warto zauważyć "świeckie egzekwie", jakie premier odprawiał przy powracających ciałach na lotnisku. O każdej ofierze mówił parę zdań, osadzając ją jakoś w państwie. Ale i tak zatarła się do pewnego stopnia odrębność ofiar, bo między prywatnym bólem rodzin i przyjaciół a dominującą czas żałoby symboliką patriotyczno-religijną nie powstała publiczna przestrzeń, w której dałoby się ukazać różne cnoty polityczne zmarłych, a nie tylko ich patriotyzm i przywiązanie do polskości. Słyszeliśmy jedynie eufemizmy: zginęła Polska w pigułce, wszystkie stronnictwa poniosły stratę.
To faktyczne milczenie państwa i Kościoła o demokracji - w transmitowanych homiliach o tych wartościach milczano - ułatwiło różne uzurpacje. Dokonywały się one za sprawą ludzkiej woli, bezwiednej "pracy" tradycji oraz telewizji, których poziom okazał się jeszcze niższy, niż się dotąd wydawało. A wydawało się bardzo wiele.
Patriotyzm u podstaw
Już na początku żałoby kilku publicystów ogłosiło, kto ma do niej prawo i w jakiej sprawie ludzie wyrażają żal. Żałoba przystoi tylko tym, którzy zgadzali się z poglądami i decyzjami Lecha Kaczyńskiego. Jego krytycy, którzy dziś wyrażają smutek, to hipokryci - pisali. Jeden z nich, Zdzisław Krasnodębski, oznajmił, że gardzi ludźmi, którzy wcześniej prezydenta atakowali. Zauważył zapewne, że wyraził pogardę także wobec krytyków Lecha Kaczyńskiego, którzy zginęli pod Smoleńskiem. W tych nieludzkich słowach Krasnodębski zbudował podział rozwijany potem głównie na łamach "Rzeczpospolitej" - naród i Polska są z prezydentem i jego duchowymi spadkobiercami, poza polskością pozostają wredne, czytaj: liberalne i lewicowe, elity. Nie wierzę, by autorzy tych tekstów naprawdę sądzili, że Polska stanęła po stronie poglądów Lecha Kaczyńskiego. Że tragedia aż tak zasłoniła Polakom rzeczywistość. Nie, to była kampania wszczęta jeszcze pośród żałobnego milczenia innych, by przekonać ludzi, że mają wyrażać żal za pośrednictwem PiS i jego ideologii.
Inne skutki, choć w pewnej mierze zbieżne z zamysłami prawicowych publicystów, przyniosło schronienie się państwa, mediów, zwłaszcza telewizji, i wielkiej części polityków pod skrzydłami polskiej tradycji heroicznej, najpełniej wyrażanej podczas tych uroczystości przez Kościół. Zapewne tak musiało być - w chwilach strasznych sięga się po najbardziej dostępne i oczywiste zasoby tradycji. Toteż w pierwszych dniach po katastrofie garnęła się do tej tradycji absolutna większość społeczeństwa. Ale odnoszę wrażenie, że po paru dniach, zwłaszcza gdy kardynał Stanisław Dziwisz ogłosił pochówek prezydenta na Wawelu, owa większość zaczęła się kruszyć. Coraz mniej osób przeżywało żałobę za pośrednictwem tradycji, stawała się ona rytuałem nadającym formę uroczystościom.
Jednak gdy w objęcia tej tradycji weszło państwo, ujawniła ona - jako namaszczona nagle fundamentalna tradycja państwowa - swe pęknięcie. „Dyskusja o czynie przecina cały polski wiek XIX i XX, ale (...) jest to dyskusja najczęściej o tym, co jako czyn zakwalifikować należy. Czyn wyznacza podstawowy układ wartości - zarówno dla życia, jak dla literatury. Organicznicy ubiegali się o to, by również ich działalność została przez społeczeństwo za »czyn « i »służbę « uznana” - pisała Maria Janion w książce „Płacz generała”. Ale było to zadanie nader trudne, żołnierz, bojownik, męczennik osiągał naturalną przewagę nad budowniczymi cywilizacji i ich poczynaniami.
Tę aspirację, by "czyn organicznikowski" - bo czymże innym jest demokratyczne państwo i działania jego przedstawicieli, jeśli nie pracą organiczną - wpisać w konkurencyjną tradycję czynu bohaterskiego i ofiary życia złożonej za ojczyznę, widzieliśmy wyraźnie podczas państwowych uroczystości pogrzebowych. Jednak stało się inaczej. Śmiertelna podróż do Katynia została wyjęta z ram "czynu cywilnego", z ram właściwych pokojowej demokratycznej republice. Przeszła na stronę tradycji żołniersko-męczeńskiej. Śmierć państwowych pozytywistów przekształciła się w śmierć bojowników i męczenników polskiej sprawy. Republika została podwójnie osierocona - straciła, co najboleśniejsze, ważnych dla niej ludzi i pośmiertnie związała ich z tradycją, w której sama się nie odnajduje.
Nie sprzeciwiam się tej tradycji, ma ona w polskiej kulturze miejsce pośród innych. Mój sprzeciw budzi to, jak jest stosowana. Tak mianowicie, że w tych dniach tylko za jej pośrednictwem i ofiary katastrofy, i żyjący mogli wejść w obręb politycznej wspólnoty.
Pokazał to pogrzeb prezydenta. Nie wiem, rzecz jasna, czy Lech Kaczyński pragnął mieć grób na Wawelu. Ale wiem, że spoczywanie w miejscu królów i wieszczów, obok marszałka Piłsudskiego, o którym można powiedzieć wiele dobrego, ale nie to, iż zostawił po sobie demokrację, nie tworzy z prezydenta symbolu demokratycznego państwa.
Nie pomogły w tym także słowa niektórych biskupów, choćby te, że zastał Polskę zniewoloną, a zostawił niepodległą. I że dopiero za jego kadencji patrioci mogli podnieść głowy. Bo prezydent tak ukazywany przestaje być ważnym uczestnikiem współczesności, staje się władcą spoza swojego czasu i spoza historii. Sprawcą czynów nierzeczywistych.
Co więcej, do jego ideowego orszaku zaprzęgnięto, wbrew faktom, wszystkie ofiary katastrofy.
Boleję nad tym dlatego, że wielu zmarłych straciło w tych naszych narodowych egzekwiach własne poglądy i wyrazistość. I dlatego, że Lech Kaczyński zasługuje na coś lepszego niż los bohatera mitu nieudanego, budowanego na siłę.
Wspólnota w różnorodności
Widać w tym wszystkim zalążek kampanii wyborczej. Widać pomysł, by spór o prezydenturę prowadzić w ramach symboliki religijno-narodowej i mitu heroiczno-męczeńskiego. To niebezpieczne, bo w takiej kampanii nie byłoby miejsca na debatę. W tym symbolicznym języku nie powstają różne opinie, wszystko jest raz na zawsze dane. Zamiast dyskusji mielibyśmy plebiscyt lojalności wobec mitu i narodowych symboli. Dlatego w tej kampanii język symboli musi stanąć naprzeciw różnych języków demokratycznych, rozmaitych "cywilnych" problemów. Republika, czyli wielość opinii o sprawach państwa i społeczeństwa, powinna odzyskać głos.
Ten duch republikański jest przecież mocny i nie brakuje mu odwagi, przejawił się nawet w dniach żałoby. Myślę o publicznych sprzeciwach wobec wawelskiej decyzji kardynała Dziwisza. Protestującym zarzucono bezczeszczenie żałoby. Ja zobaczyłem w tych sprzeciwach obronę podstawowej cnoty politycznej - umiaru. I przestrogę: nie da się dowolnie układać historycznej ciągłości. A sądząc po licznych reakcjach, był to także protest szerszy, przeciw wyradzaniu się żałoby w sytuację, w której większość ma milczeć, zaś niektórzy dają sobie prawo do politycznych wystąpień i działań.
O tym, czym jest wspólnota, pisała Hannah Arendt w eseju „Kondycja ludzka”: „Bycie widzianym i słyszanym przez innych czerpie swe znaczenie z faktu, że każdy widzi i słyszy z innego miejsca. Taki jest sens życia publicznego. (...) W warunkach wspólnego świata rękojmią rzeczywistości nie jest przede wszystkim »wspólna natura « wszystkich ludzi, którzy tę rzeczywistość ustanawiają, ale raczej fakt, że bez względu na różnice pozycji i wynikłe z nich różnice perspektyw każdy zawsze odnosi się do tego samego przedmiotu”.
Co się dzieje, gdy znika różnorodność perspektyw? "Widzimy wówczas - pisze Arendt - że nagle wszyscy ludzie zaczynają zachowywać się tak, jakby byli członkami jednej rodziny, zwielokrotniając i przedłużając perspektywę bliźniego. (...) Stali się osobami całkowicie prywatnymi, to znaczy zostali pozbawieni możliwości widzenia i słyszenia innych, bycia widzianymi i słyszanymi przez nich. Są oni uwięzieni w subiektywności własnego pojedynczego doświadczenia, które nie przestaje być pojedyncze nawet wówczas, kiedy (...) zostaje powielone nieskończoną ilość razy. Koniec wspólnego świata nadchodzi wówczas, gdy świat ten jest widziany tylko w jednym aspekcie i wolno mu prezentować się tylko w jednej perspektywie" (tłum. Anna Łagodzka).
W tym duchu rozumiem te sprzeciwy - by uchronić wspólny świat, czyli wielość perspektyw.
Dlatego też odrzucam pomysły zawieszenia kampanii wyborczej, przedłużenia żałoby czy wystawienia jednego ponadpartyjnego kandydata na prezydenta. Więcej w tych propozycjach było zmęczenia polityką niż względu na demokrację. Ktoś powie: marny ten "wspólny świat". Zgoda, ale tylko jego istnienie daje szansę na lepszy los. Zresztą pochodzimy z tego "wspólnego świata" i pochodzili z niego ci, którzy zginęli pod Smoleńskiem. Brońmy go.
Ujrzeliśmy również skomplikowane związki między naszą demokracją a tradycją heroiczną. A także jak hołdowanie zmarłym niejednokrotnie przenikało się z ideologicznymi uzurpacjami.
Myślę, że najmocniej zostaną w pamięci te chwile, gdy wstrząśnięci ludzie zapalali w milczeniu świeczki przed Pałacem Prezydenckim, na placach wielu miast. Była w tym naturalna potrzeba gromadzenia się wobec śmierci i przeciw śmierci. W takich tragediach przejawia się, tłumaczą antropolodzy, podstawowy instynkt przetrwania nakazujący zebrać się razem nie po to, by się śmiercią uwodzić, jak pisali niektórzy publicyści, lecz by ją jako wspólnota pokonać.
Ale w tych licznych zgromadzeniach ujawniła się także żałoba demokratyczna. Obywatele składali hołd wybranej głowie państwa, człowiekowi i urzędowi. Niekoniecznie jego poglądom, choć, rzecz jasna, nie rozstrzygniemy, ilu żałobników w Polsce czciło przedstawiciela państwa, a ilu reprezentanta swych opinii. Jednak ta żałoba pierwszych godzin obejmowała nie tylko Lecha Kaczyńskiego, choć najwięcej świeczek zapalono pod Pałacem Prezydenckim. To były także świeczki dla wszystkich, którzy zginęli w katastrofie. Taka żałoba po politykach i urzędnikach, skupiona i spontaniczna, jest możliwa tylko w demokracji, gdzie nie ma tyranów ani zbiorowego poczucia opresji ze strony władzy. Myślę więc, że w tej żałobie oddawano również szacunek państwu i ustrojowi.
Państwo, cichy żałobnik narodu
Demokratyczne państwo okazało siłę, przeprowadzając gigantyczną operację w Polsce, Smoleńsku i Moskwie. Sprowadzało ciała, organizowało opiekę nad rodzinami, pogrzeby, zadbało i o ludzkie uczucia, i o procedury - było cichym żałobnikiem narodu. To samo państwo ujawniło zarazem, że ma kłopot z własną symboliką.
Podczas uroczystości pogrzebowych przedstawiciele państwa mówili o tragedii, ofiarach, Polsce, Katyniu, prawdzie, niepodległości. Jedno słowo pojawiało się rzadko: demokracja. Jakby było zbyt mało wzniosłe. Jakby panowało przekonanie, że przywołanie Polski demokratycznej nas nie połączy, bo demokracja nie wytwarza wspólnej tożsamości.
A przecież pod Smoleńskiem zginęli politycy i urzędnicy demokracji, z niej pochodziły ich mandaty i funkcje. Część z nich przez związek z demokracją i jej państwem - w mniejszym stopniu z tradycją heroiczną - ustanawiała swą polityczną tożsamość. To się zatarło, choć warto zauważyć "świeckie egzekwie", jakie premier odprawiał przy powracających ciałach na lotnisku. O każdej ofierze mówił parę zdań, osadzając ją jakoś w państwie. Ale i tak zatarła się do pewnego stopnia odrębność ofiar, bo między prywatnym bólem rodzin i przyjaciół a dominującą czas żałoby symboliką patriotyczno-religijną nie powstała publiczna przestrzeń, w której dałoby się ukazać różne cnoty polityczne zmarłych, a nie tylko ich patriotyzm i przywiązanie do polskości. Słyszeliśmy jedynie eufemizmy: zginęła Polska w pigułce, wszystkie stronnictwa poniosły stratę.
To faktyczne milczenie państwa i Kościoła o demokracji - w transmitowanych homiliach o tych wartościach milczano - ułatwiło różne uzurpacje. Dokonywały się one za sprawą ludzkiej woli, bezwiednej "pracy" tradycji oraz telewizji, których poziom okazał się jeszcze niższy, niż się dotąd wydawało. A wydawało się bardzo wiele.
Patriotyzm u podstaw
Już na początku żałoby kilku publicystów ogłosiło, kto ma do niej prawo i w jakiej sprawie ludzie wyrażają żal. Żałoba przystoi tylko tym, którzy zgadzali się z poglądami i decyzjami Lecha Kaczyńskiego. Jego krytycy, którzy dziś wyrażają smutek, to hipokryci - pisali. Jeden z nich, Zdzisław Krasnodębski, oznajmił, że gardzi ludźmi, którzy wcześniej prezydenta atakowali. Zauważył zapewne, że wyraził pogardę także wobec krytyków Lecha Kaczyńskiego, którzy zginęli pod Smoleńskiem. W tych nieludzkich słowach Krasnodębski zbudował podział rozwijany potem głównie na łamach "Rzeczpospolitej" - naród i Polska są z prezydentem i jego duchowymi spadkobiercami, poza polskością pozostają wredne, czytaj: liberalne i lewicowe, elity. Nie wierzę, by autorzy tych tekstów naprawdę sądzili, że Polska stanęła po stronie poglądów Lecha Kaczyńskiego. Że tragedia aż tak zasłoniła Polakom rzeczywistość. Nie, to była kampania wszczęta jeszcze pośród żałobnego milczenia innych, by przekonać ludzi, że mają wyrażać żal za pośrednictwem PiS i jego ideologii.
Inne skutki, choć w pewnej mierze zbieżne z zamysłami prawicowych publicystów, przyniosło schronienie się państwa, mediów, zwłaszcza telewizji, i wielkiej części polityków pod skrzydłami polskiej tradycji heroicznej, najpełniej wyrażanej podczas tych uroczystości przez Kościół. Zapewne tak musiało być - w chwilach strasznych sięga się po najbardziej dostępne i oczywiste zasoby tradycji. Toteż w pierwszych dniach po katastrofie garnęła się do tej tradycji absolutna większość społeczeństwa. Ale odnoszę wrażenie, że po paru dniach, zwłaszcza gdy kardynał Stanisław Dziwisz ogłosił pochówek prezydenta na Wawelu, owa większość zaczęła się kruszyć. Coraz mniej osób przeżywało żałobę za pośrednictwem tradycji, stawała się ona rytuałem nadającym formę uroczystościom.
Jednak gdy w objęcia tej tradycji weszło państwo, ujawniła ona - jako namaszczona nagle fundamentalna tradycja państwowa - swe pęknięcie. „Dyskusja o czynie przecina cały polski wiek XIX i XX, ale (...) jest to dyskusja najczęściej o tym, co jako czyn zakwalifikować należy. Czyn wyznacza podstawowy układ wartości - zarówno dla życia, jak dla literatury. Organicznicy ubiegali się o to, by również ich działalność została przez społeczeństwo za »czyn « i »służbę « uznana” - pisała Maria Janion w książce „Płacz generała”. Ale było to zadanie nader trudne, żołnierz, bojownik, męczennik osiągał naturalną przewagę nad budowniczymi cywilizacji i ich poczynaniami.
Tę aspirację, by "czyn organicznikowski" - bo czymże innym jest demokratyczne państwo i działania jego przedstawicieli, jeśli nie pracą organiczną - wpisać w konkurencyjną tradycję czynu bohaterskiego i ofiary życia złożonej za ojczyznę, widzieliśmy wyraźnie podczas państwowych uroczystości pogrzebowych. Jednak stało się inaczej. Śmiertelna podróż do Katynia została wyjęta z ram "czynu cywilnego", z ram właściwych pokojowej demokratycznej republice. Przeszła na stronę tradycji żołniersko-męczeńskiej. Śmierć państwowych pozytywistów przekształciła się w śmierć bojowników i męczenników polskiej sprawy. Republika została podwójnie osierocona - straciła, co najboleśniejsze, ważnych dla niej ludzi i pośmiertnie związała ich z tradycją, w której sama się nie odnajduje.
Nie sprzeciwiam się tej tradycji, ma ona w polskiej kulturze miejsce pośród innych. Mój sprzeciw budzi to, jak jest stosowana. Tak mianowicie, że w tych dniach tylko za jej pośrednictwem i ofiary katastrofy, i żyjący mogli wejść w obręb politycznej wspólnoty.
Pokazał to pogrzeb prezydenta. Nie wiem, rzecz jasna, czy Lech Kaczyński pragnął mieć grób na Wawelu. Ale wiem, że spoczywanie w miejscu królów i wieszczów, obok marszałka Piłsudskiego, o którym można powiedzieć wiele dobrego, ale nie to, iż zostawił po sobie demokrację, nie tworzy z prezydenta symbolu demokratycznego państwa.
Nie pomogły w tym także słowa niektórych biskupów, choćby te, że zastał Polskę zniewoloną, a zostawił niepodległą. I że dopiero za jego kadencji patrioci mogli podnieść głowy. Bo prezydent tak ukazywany przestaje być ważnym uczestnikiem współczesności, staje się władcą spoza swojego czasu i spoza historii. Sprawcą czynów nierzeczywistych.
Co więcej, do jego ideowego orszaku zaprzęgnięto, wbrew faktom, wszystkie ofiary katastrofy.
Boleję nad tym dlatego, że wielu zmarłych straciło w tych naszych narodowych egzekwiach własne poglądy i wyrazistość. I dlatego, że Lech Kaczyński zasługuje na coś lepszego niż los bohatera mitu nieudanego, budowanego na siłę.
Wspólnota w różnorodności
Widać w tym wszystkim zalążek kampanii wyborczej. Widać pomysł, by spór o prezydenturę prowadzić w ramach symboliki religijno-narodowej i mitu heroiczno-męczeńskiego. To niebezpieczne, bo w takiej kampanii nie byłoby miejsca na debatę. W tym symbolicznym języku nie powstają różne opinie, wszystko jest raz na zawsze dane. Zamiast dyskusji mielibyśmy plebiscyt lojalności wobec mitu i narodowych symboli. Dlatego w tej kampanii język symboli musi stanąć naprzeciw różnych języków demokratycznych, rozmaitych "cywilnych" problemów. Republika, czyli wielość opinii o sprawach państwa i społeczeństwa, powinna odzyskać głos.
Ten duch republikański jest przecież mocny i nie brakuje mu odwagi, przejawił się nawet w dniach żałoby. Myślę o publicznych sprzeciwach wobec wawelskiej decyzji kardynała Dziwisza. Protestującym zarzucono bezczeszczenie żałoby. Ja zobaczyłem w tych sprzeciwach obronę podstawowej cnoty politycznej - umiaru. I przestrogę: nie da się dowolnie układać historycznej ciągłości. A sądząc po licznych reakcjach, był to także protest szerszy, przeciw wyradzaniu się żałoby w sytuację, w której większość ma milczeć, zaś niektórzy dają sobie prawo do politycznych wystąpień i działań.
O tym, czym jest wspólnota, pisała Hannah Arendt w eseju „Kondycja ludzka”: „Bycie widzianym i słyszanym przez innych czerpie swe znaczenie z faktu, że każdy widzi i słyszy z innego miejsca. Taki jest sens życia publicznego. (...) W warunkach wspólnego świata rękojmią rzeczywistości nie jest przede wszystkim »wspólna natura « wszystkich ludzi, którzy tę rzeczywistość ustanawiają, ale raczej fakt, że bez względu na różnice pozycji i wynikłe z nich różnice perspektyw każdy zawsze odnosi się do tego samego przedmiotu”.
Co się dzieje, gdy znika różnorodność perspektyw? "Widzimy wówczas - pisze Arendt - że nagle wszyscy ludzie zaczynają zachowywać się tak, jakby byli członkami jednej rodziny, zwielokrotniając i przedłużając perspektywę bliźniego. (...) Stali się osobami całkowicie prywatnymi, to znaczy zostali pozbawieni możliwości widzenia i słyszenia innych, bycia widzianymi i słyszanymi przez nich. Są oni uwięzieni w subiektywności własnego pojedynczego doświadczenia, które nie przestaje być pojedyncze nawet wówczas, kiedy (...) zostaje powielone nieskończoną ilość razy. Koniec wspólnego świata nadchodzi wówczas, gdy świat ten jest widziany tylko w jednym aspekcie i wolno mu prezentować się tylko w jednej perspektywie" (tłum. Anna Łagodzka).
W tym duchu rozumiem te sprzeciwy - by uchronić wspólny świat, czyli wielość perspektyw.
Dlatego też odrzucam pomysły zawieszenia kampanii wyborczej, przedłużenia żałoby czy wystawienia jednego ponadpartyjnego kandydata na prezydenta. Więcej w tych propozycjach było zmęczenia polityką niż względu na demokrację. Ktoś powie: marny ten "wspólny świat". Zgoda, ale tylko jego istnienie daje szansę na lepszy los. Zresztą pochodzimy z tego "wspólnego świata" i pochodzili z niego ci, którzy zginęli pod Smoleńskiem. Brońmy go.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

















