http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dorabiam, nie narzekam

Wojciech Staszewski
2011-07-17, ostatnia aktualizacja 2011-07-18 14:58

Lidia Zamyłko
Lidia Zamyłko
Fot. Jan Zamoyski / AG

Ośmieliłam się, szkoda, że tak późno. W końcu mogłam wysłać dzieci na wakacje i kupić sobie karnet do fitness clubu

Maciej Cynowski
Fot. Jan Zamoyski / AG
Maciej Cynowski
Bartosz Maligłówka
Fot. Jan Zamoyski / AG
Bartosz Maligłówka

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Jest nas milion z kawałkiem - zarabiających w dwóch miejscach pracy. Maciek, HR-owiec, dorabia fotografią. Lidka, menedżerka, jest instruktorką fitness. Jan, pracownik supermarketu, daje korepetycje z niemieckiego.

Szymon z Białegostoku

Jako kierowca zarabia 1,8 tys., jako kierowca dorabia ok. 4 tys.

Szymon ma 38 lat, jest kierowcą komunikacji miejskiej w Białymstoku. Za 40 godzin jazdy tygodniowo dostaje 1,8 tys. zł na rękę. Dorabia dwa razy tyle - bo jak utrzymałby żonę z trójką dzieci?

- Nie cierpię swojej pracy. Pasażerowie się czepiają. Nawet korki na mieście to moja wina. My też czasem jesteśmy złośliwi, uciekniemy komuś z przystanku. Ale 13 lat jeżdżenia za takie grosze. Ludzie niedomyci, w weekend awantury, kolega zwrócił uwagę takim jednym, żeby piwa w autobusie nie pili, to mu chcieli butelką rozbić szybę.

Więc dorabiam, ale nie powiem jak. Koledzy dorabiają w innych spółkach, wożą dzieci na basen albo piach na budowę. Za kurs na basen jest stówka, a jak trzeba piach przywieźć z Suwałk, to się zarobi na trzech kursach 150 złotych i cały dzień schodzi. Wszystko dobrze, póki wypadku nie będzie, bo inaczej by się wydało, że przekraczamy limity za kierownicą.

No dobrze, powiem. Przywozimy też z Białorusi papierosy, alkohol, paliwo zwykłą osobówką. Dwa razy w tygodniu jadę. Cztery tysiaki się z tego przez miesiąc uzbiera.

Z gołej pensji brakowałoby na podstawowe zakupy, za mieszkanie płacimy 600 zł. A tak to w domu są cztery telefony, bo dzieci rosną. Dwa samochody, żona jeździ jednym (pracuje w szkole), ja drugim. I na wakacjach byliśmy rok temu w Egipcie, żeby coś zobaczyć.

Czasem zjeżdżam do zajezdni o północy i od razu w drogę. Jeden wyjazd to pięć-sześć godzin, wracam nad ranem. Czasem jestem tak zmęczony, że muszę dzwonić po kolegę. Ale to rzadko, jak mi się zdarza podsypiać, to zjeżdżam na bok i 15 minut drzemki wystarczy.

Sylwia z Krakowa

Na lotnisku zarabia 2 tys., w ochronie dorabia 900 zł

Sylwia, 30 lat, pracuje w ochronie międzynarodowego lotniska w Krakowie - stoi z bronią, odprawia towary, sprawdza pasażerów. Zarabia 2 tys., dorabia 900 zł w ochroniarskiej grupie interwencyjnej, bo inaczej by ją raty kredytu zjadły.

- Na lotnisku pracuję na zmiany: 12 godzin pracy na 24 przerwy, 12 pracy na 48 przerwy. W nocy jest najgorzej, walka ze snem. Pół biedy przy pasażerach, gorzej jest przy odprawach towarowych, tam się prawie nic nie dzieje. Zarabiam 2 tys. na rękę.

Mój mąż jest żołnierzem, więc dorabiać nie może. A na wiosnę dostaliśmy od wojska mieszkanie służbowe, trzeba je było umeblować. 20 tys. wydaliśmy na kuchnię i na meble. Trochę teściowa pomogła, ale musieliśmy wziąć kredyt, 400 zł raty. A mamy jeszcze kredyt na samochód, 900 zł miesięcznie. Dlatego dorabiam w ochroniarskiej grupie interwencyjnej. Jeździmy do alarmów w obiektach albo do akademików, jak się studenci awanturują. Biorę 7-8 służb po 12 godzin, wplatam to w wolne dni. I zarabiam prawie tysiąc.

Jestem zmęczona, czuję, że mam mniej chęci do pracy. Najgorzej, jak jestem na służbie 24 godziny, bo z lotniska jadę prosto na grupę. Ale tam można podrzemać na stołeczku, jak nic się nie dzieje.

Córeczka chodzi do żłobka, więc do piętnastej zawsze mogę pospać. Zresztą babcia blisko mieszka, w razie czego też pomoże. No i mąż mnie rozgrzeszył z gotowania obiadów, coś sobie zjada w stołówce. A ja? Zjem pierogi garmażeryjne albo zupę, albo zrobię schabowego z ryżem, bo to najszybsze danie.

Gdybym nie dorabiała, to siedzielibyśmy do dziś na paczkach, bo nawet szafki byśmy sobie nie mogli kupić. Albo musielibyśmy sprzedać samochód. Tylko wtedy nie zdążylibyśmy z odwożeniem i przywożeniem córeczki do żłobka, nie wiem, jak to by było.

Córka najbardziej tęskni. Jak mnie widzi w mundurze, to zaraz płacze: "Mama, nie idź do pracy". A jak z mężem? Sielanka. Jesteśmy teraz tak zapędzeni, że nie mamy czasu się kłócić.

Źródło: Duży Format
  • 37
  • 4
  • 5
  • 8
  • 6
  • 34 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    34 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':