Nie lubię siebie w Polsce
02.05.2009
, aktualizacja: 01.05.2009 17:50
- Jeśli coś bulwersuje społeczeństwo, to na świecie jest świetnym powodem, by zrobić o tym film, natomiast u nas to powód, żeby go nie robić. Bo mogą być kłopoty - mówi Krzysztof Krauze, reżyser m.in. "Długu" i "Placu Zbawiciela"
ZOBACZ TAKŻE
- 3 maja bez TVP (02-05-09, 00:00)
- Bojkotujmy TVP (06-04-09, 10:59)
Donata Subbotko: Jakie to uczucie - odrzucić Nicka Noltego?
Krzysztof Krauze: Ja bym mu się pewnie nie oparł, ale nasza bohaterka ma w filmie 25 lat... A mówiąc poważnie, Nick Nolte zbliża się do siedemdziesiątki, tymczasem "Ptaki śpiewają w Kigali" to historia miłości młodej czarnoskórej dziewczyny i białego mężczyzny - ornitologa, introwertyka, człowieka dojrzałego, ale nie aż tak. Mogłoby wyjść na to, że on szuka pielęgniarki, a ona sponsora.
Nolte zadzwonił do mojej żony, Joanny, kiedy była w spożywczym i właśnie sięgała po dżem. Powiedział, że jest zainteresowany, ale nie doszło do poważnych rozmów, to nie miało sensu. Został z tego tylko słoik dżemu truskawkowego na pamiątkę. Co innego, gdyby zadzwonił 20 lat temu.
To życie by się panu inaczej potoczyło.
- Obawiam się, że Pan Bóg wypłaca każdemu według tego, czego mu najmniej potrzeba.
A z Williamem Hurtem co było nie tak?
- Kiedy buduje się budżet, tworzy się listę aktorów do ról, którą potem weryfikuje życie. Znani, jak Hurt, terminy mają zabukowane dwa lata naprzód. Można tylko liczyć na szczęśliwy zbieg okoliczności - pada jakiś film, aktor ma dziurę w kalendarzu. Krótko mówiąc, żebym ja miał szczęście, on musi mieć pecha.
W pana przypadku życie zweryfikowało także budżet. Rok temu na hucznej konferencji wielkie pieniądze obiecywali TVP i producent amerykański. Ale nie dostał pan od nich nic.
- To był czas, kiedy wszyscy sobie dużo obiecywali. Parę tygodni potem Amerykanom skoczył do gardła kryzys. W tej chwili jest tak, że znaleźliśmy poważnego partnera w RPA - Ananta Singha, producenta nominowanego do Oscara filmu "Yesterday". Poza tym okazało się, że budżet nie musi być tak wysoki, jak wyliczyli Amerykanie. Akcja dzieje się w Ruandzie i USA. 90 proc. zdjęć możemy nakręcić w RPA, w Durbanie, gdzie miejsca przypominające Kigali i San Francisco dzielą dwie ulice.
Czy to znaczy, że porzuca pan tematy społeczne?
- Nie. W Ruandzie w 1994 r. doszło do masowego mordu Hutu na Tutsi. W ciągu trzech miesięcy zginęło milion ludzi. Ale nasza historia nie opowiada o samej zbrodni. To ściszona opowieść o miłości, o wychodzeniu z traumy po masowej zagładzie.
Krzysztof Krauze: Ja bym mu się pewnie nie oparł, ale nasza bohaterka ma w filmie 25 lat... A mówiąc poważnie, Nick Nolte zbliża się do siedemdziesiątki, tymczasem "Ptaki śpiewają w Kigali" to historia miłości młodej czarnoskórej dziewczyny i białego mężczyzny - ornitologa, introwertyka, człowieka dojrzałego, ale nie aż tak. Mogłoby wyjść na to, że on szuka pielęgniarki, a ona sponsora.
Nolte zadzwonił do mojej żony, Joanny, kiedy była w spożywczym i właśnie sięgała po dżem. Powiedział, że jest zainteresowany, ale nie doszło do poważnych rozmów, to nie miało sensu. Został z tego tylko słoik dżemu truskawkowego na pamiątkę. Co innego, gdyby zadzwonił 20 lat temu.
To życie by się panu inaczej potoczyło.
- Obawiam się, że Pan Bóg wypłaca każdemu według tego, czego mu najmniej potrzeba.
A z Williamem Hurtem co było nie tak?
- Kiedy buduje się budżet, tworzy się listę aktorów do ról, którą potem weryfikuje życie. Znani, jak Hurt, terminy mają zabukowane dwa lata naprzód. Można tylko liczyć na szczęśliwy zbieg okoliczności - pada jakiś film, aktor ma dziurę w kalendarzu. Krótko mówiąc, żebym ja miał szczęście, on musi mieć pecha.
W pana przypadku życie zweryfikowało także budżet. Rok temu na hucznej konferencji wielkie pieniądze obiecywali TVP i producent amerykański. Ale nie dostał pan od nich nic.
- To był czas, kiedy wszyscy sobie dużo obiecywali. Parę tygodni potem Amerykanom skoczył do gardła kryzys. W tej chwili jest tak, że znaleźliśmy poważnego partnera w RPA - Ananta Singha, producenta nominowanego do Oscara filmu "Yesterday". Poza tym okazało się, że budżet nie musi być tak wysoki, jak wyliczyli Amerykanie. Akcja dzieje się w Ruandzie i USA. 90 proc. zdjęć możemy nakręcić w RPA, w Durbanie, gdzie miejsca przypominające Kigali i San Francisco dzielą dwie ulice.
Czy to znaczy, że porzuca pan tematy społeczne?
- Nie. W Ruandzie w 1994 r. doszło do masowego mordu Hutu na Tutsi. W ciągu trzech miesięcy zginęło milion ludzi. Ale nasza historia nie opowiada o samej zbrodni. To ściszona opowieść o miłości, o wychodzeniu z traumy po masowej zagładzie.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
- Wszystko
- PŁATNE
Polecamy
Dodatki i kolekcje Gazety Wyborczej
Zamów na adres e-mail newslettera z najnowszymi wiadomościami kulturalnymi!
Przykładowy newsletter



















