14 listopada 1939 r. do piekarni przy ul. Świętojańskiej wpadli Niemcy. Rodzina dziadka Wincentego z żoną Zofią, tatą Edmundem i wujkiem Zbigniewem mieli pięć minut na spakowanie. Wyszli tak jak stali. Z ukochanej Bydgoszczy wysiedlili ich do Łodzi - wspomina Ilona Bigońska-Jankowska, wnuczka założyciela najstarszej piekarni w mieście.

Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

– Dziadka Wincentego Bigońskiego znam tylko z opowieści. Zmarł w 1951 r., ja na świecie pojawiłam się pięć lat później. To był niesamowity człowiek, bardzo uczynny. Kochał dzieci, brzydził się kłamstwem.

Jakby dziadek tutaj był

Kiedyś mojej kuzynce zrobił medal z kartofla za jazdę na hulajnodze „Zajęłam ostatnie miejsce!” – żaliła mu się, gdy dojechała na metę. W wyścigu brała udział Małgosia i jeszcze jedna dziewczynka. „Nie płacz i nie mów nikomu, że byłaś ostatnia, przecież byłaś druga” – odpowiedział z uśmiechem i wręczył jej nagrodę. Sytuacja działa się na stadionie klubu sportowego Gwiazda, dziadek przez wiele lat był tam prezesem sekcji piłki nożnej. Z Bydgoszczą związał się w 1922 r., miał wtedy 29 lat, był już żonaty z babcią Zofią. Miłą i bardzo energiczna kobietą. Wcześniej jego rodzina mieszkała w Gostropp w Niemczech. Dwa lata po przyjeździe do Polski otworzył pierwszą piekarnię z wielkim kominem i sklep na rogu ul. Grunwaldzkiej i Wrocławskiej. Rok później zdał egzamin mistrzowski w zawodzie piekarskim. Do dzisiaj jego dyplom wisi w naszym punkcie na rogu ul. Świętojańskiej i Gdańskiej, który razem z kawiarnią rodzina otworzyła w latach 30. To miejsce zatrzymało się w czasie. Lady, półki, zdjęcia, dyplomy, a nawet piec, który pamięta czasy cesarza Wilhelma, niewiele tutaj zmienialiśmy. Po całym dniu pracy, gdy zamykam sklep i nie ma już klientów, rozglądam się po pomieszczeniu. Wyobrażam sobie w tych wnętrzach dziadka i pozostałych bliskich. Wiem, że byli tutaj bardzo szczęśliwi mimo wielu niedogodności.

Otwarcie sklepu Bigońskich przy ul. Gdańskiej w Bydgoszczy
Otwarcie sklepu Bigońskich przy ul. Gdańskiej w Bydgoszczy  ARCHIWUM RODZINNE

Rozwolnienie po cukierkach

Naprzeciwko drzwi wejściowych jest jedno z moich ulubionych zdjęć. Przedstawia mężczyzn ubranych w odświętne stroje, białe rękawiczki i kapelusze. Wśród nich najprawdopodobniej ul. Gdańską paraduję dziadek Wincenty. Jest najwyższy i największy. Uśmiecha się od ucha do ucha. To lata 30. Wtedy należał do Bractwa Strzeleckiego, potocznie zwanego Kurkowym. Ich dewiza brzmiała: „Ćwicz oko i dłonie w ojczyzny obronie”. Dziadek każdego roku uczestniczył w trzeciomajowej defiladzie i balach karnawałowych w Strzelnicy przy ul. Toruńskiej. Na jeden z nich babcia Zosia przebrała się za cukierka, na sukience miała także poprzyszywane mniejsze cukierki, w których znajdował się, nie wiem czemu, proszek na rozwolnienie. Mimo że wiele razy prosiła swoich kolegów i koleżanki, by ich nie zrywali i nie jedli, nie słuchali. Podobno kolejka do ubikacji była bardzo długa.

Pięć minut na spakowanie

Po dobrych latach nastały gorsze. 14 listopada 1939 r. do naszej piekarni wpadli Niemcy. „In fünf Minuten raus!” – krzyknęli stojąc w drzwiach. Rodzina dziadka Wincentego z żoną Zofią, moim tatą Edmundem i wujkiem Zbigniewem mieli pięć minut na spakowanie. Wyszli tak jak stali. Wysiedlili ich do Łodzi na ul. Piotrkowską. Dziadek ponownie został kierownikiem piekarni, tym razem u Niemca. I tak aż do 1945 r. O tych latach nie opowiadali wiele, sama też nie dopytywałam. Znam tylko kilka pojedynczych historii. Tata miał wtedy niespełna 11 lat i pracował jako boy w hotelu Savoy. Wspominał, że bardzo lubił jeździć windą. Wujek zatrudnił się w firmie transportowej. Jeździł m.in. do getta zawozić jedzenie. Wiem, że widział, jak palono więzienie na łódzkim Radogoszczu. W środku znajdowało się wtedy ponad tysiąc Polaków, tylko kilkadziesiąt z nich przeżyło. Niedawno wspomniała mi o tym ciocia, jego żona.

Ciężki powrót do domu

Nasza rodzina do Bydgoszczy wróciła w 1945 r. Prawie 20 lat ich dorobku zostało zniszczone. Zaczynali od worka mąki. Punkt na rogu ul. Grunwaldzkiej i Wrocławskiej przestał istnieć. Nie było łatwo. Nowe władze tolerowały rzemieślników, ale robiły wszystko, aby życia im nie osładzać. Mimo wszystko dziadek trwał. Był bardzo uparty i rzetelny. Niestety, życie nie pisało kolorowego scenariusza. Po kilku latach zamknęli kawiarnie, został tylko punkt przy ul. Świętojańskiej. Ale ludzie cały czas przychodzili. Uwielbiali wypieki Bigońskich. Nie brakowało także chętnych do nauki. Dziadek wyszkolił całe pokolenie fachowców, m.in. Dominika Łanieckiego, który w latach powojennych był cukiernikiem na dworze króla Szwecji, a następnie otworzył w Sztokholmie własną cukiernię pod nazwą Biało-Czerwona.

Synowie Wincentego przejęli schedę

Bracia Zbigniew i Edmund Bigońscy
Bracia Zbigniew i Edmund Bigońscy  ARCHIWUM RODZINNE

Wśród uczniów byli także tata i wujek. Ci, chociaż wychowywali się w piekarni, nie od razu chcieli przejąć jego interes. Wujek poszedł na studia do Poznania, po nim miał iść także tato. Ale życie napisało inny scenariusz. Dziadek zmarł w 1951 r. Rodzina nie mogła pogodzić się z jego śmiercią, miał niespełna 60 lat. Chwilę później tatę wezwano do wojska. Nie trafił jednak do koszar, tylko na dwa lata do kopalni. W firmie została babcia i wujek, który podjął się ciężkiego zadania. Zdał egzamin czeladniczy i mistrzowski w zawodzie piekarza i cukiernika. To samo uczynił tata po powrocie. Był wyśmienitym cukiernikiem. Robił najlepsze ciasto francuskie z jabłkiem na świecie. Gdy wracał do domu po południu, wszystkie pomieszczenia pachniały piekarnią. Wstawał po godz. 2, o 3 wychodził do pracy. Raz w roku wszyscy mieli obowiązkowy miesięczny urlop. W tym czasie w środku trwał remont, a my wypoczywaliśmy. Wujek i tata byli zapalonymi żeglarzami, uprawiali żeglarstwo sportowe i turystyczne. Interesowali się także szybownictwem.

Bez taryfy ulgowej

Pamiętam czasy, gdy w piekarni sprzedawaliśmy lody. Robił je tata: waniliowe, czekoladowe czy truskawkowe, wszystkie wyrabiane naturalnie. Kiedy zmarł po ciężkiej chorobie, postanowiłam zostać w firmie na stałe. Wcześniej jednak zdałam egzaminy. Nie miałam taryfy ulgowej. Myłam blaty, zamiatałam piekarnię. Za sześć lat obchodzimy stulecie. Wciąż mamy stałych klientów. Czy uda nam się doczekać tej okrągłej rocznicy? Dziadek na pewno bardzo by tego chciał. Kiedyś świeżo krojony chleb znaczono znakiem krzyża, a gdy upadł na ziemię, całowano z szacunkiem. Dziś dobry, prawdziwie rzemieślniczy chleb ustępuje miejsca przemysłowej produkcji.

Akademia Opowieści. "Nieznani bohaterowie naszej niepodległości"

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto

* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto

* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto

Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Gdyby tę historię o Niemcach wołających "In fünf minuten rause !" (błąd językowy) pisał naoczny świadek, nawet kilkuletnie dziecko to z pewnością byłby to dokument tamtej epoki.
Zamiast tego mamy tu "przejmującą" nacjonalizmem historyjkę o osobie, która zmarła pięć lat przed urodzeniem autorki. Albo inaczej.....autorka urodziła się 17 lat po wypadkach, które opisuje jak (prawie) naoczny świadek.... Tymczasem 78 lat po opisywanych wydarzeniach, w Europie bez granic, Bydgoszcz zasługuje chyba na trochę inną narrację. Bo Bydgoszcz, Poznań i wiele innych okolicznych miast i miejscowości, to w 1939 roku były miejsca multietniczne, gdzie Polacy i Niemcy żyli obok siebie od pokoleń. W prezentowanej opowiastce, podobnie zresztą jak w prawie całej oficjalnej historii, ta rzeczywistość jest kompletnie przemilczana.
Jesteśmy ofiarami (Niemców) i tyle.... A pytanie co się stało z ludnością, która stanowiła przynajmniej 30% mieszkańców tych ziem nawet nie zostaje postawione. A przecież chodzi tu o....polskich obywateli. Dodajmy do tego akcję Wisła (którą też objęci byli polscy obywatele), historię Warmii i Mazur oraz coraz częściej opisywaną masakrę uciekającej ludności żydowskiej......i mamy dosyć smutną historię polskiej monoetniczności, z której tak jesteśmy dumni.
@starowin
Podejrzewam że to robota kapłanów KK przerażonych faktem że w Niemczech pustoszeją kościoły i boją się o swoje słodkie życie naszym "katolickim" kraju...
A pani Autorka dała się namówić.
już oceniałe(a)ś
0
0
Dziękuję za historię rodziny czyli Polski. Polska Bydgoszcz przeżyła straszny początek okupacji niemieckiej. Dziadek i rodzice z pewnością znali niemiecki, a błąd językowy powinien poprawić korektor, proszę się nie przejmować. A dobry chleb zawsze w cenie. W Krakowie działa całe mnóstwo mniejszych i średnich piekarni z wszelką rozmaitością pieczywa i ciastek.
już oceniałe(a)ś
3
0
Ciekawa historia. Takie małe rodzinne firmy są bardzo ważne - mam nadzieję, że będziecie dalej działać.
już oceniałe(a)ś
2
0
Pani Anno Stankiewicz, jaki pani ma interes w przypominaniu właśnie tych historycznych już wydarzeń ?
Subtelnie przypominam że od wojny minęło prawi 4 pokolenia młodych ludzi, a pani chce abyśmy dalej traktowali Niemców jako wrogów...?
(Japończycy jakoś nie plują na amerykanów za Hiroszimę...)
@inkwizytorstarszy
Pani nkwizytorstarszy, jaki pani ma interes w przypominaniu właśnie historycznych już wydarzeń spod Jedwabnego?
Subtelnie przypominam że od wojny minęło prawi 4 pokolenia młodych ludzi, a pani chce abyśmy dalej traktowali Zydow jako wrogów...?
(Japończycy jakoś nie plują na amerykanów za Hiroszimę...)
już oceniałe(a)ś
1
0
@inkwizytorstarszy
Moze dlatego, ze to cykl wspomnien "100 lat niepodleglej"? Ze maja byc to opowiadaniao ludziach, ktorzy wtedy zyli i budowali Polske? No taksie zlozylo, ze okres pokoju trwal tylko 20 lat i wiekszosc mlodych, ktorzy budowali, musieli odbudowywac p oraz nastepny. To, ze Niemcy kazali sie wynosic (ja znam wersje o godzine i walizce) to fakt - podobnie jak to, ze pozniej czesto Niemcy, czy Ukraincy musieli sie podobnie wynosic.
już oceniałe(a)ś
2
0
"Kiedyś świeżo krojony chleb znaczono znakiem krzyża, a gdy upadł na ziemię, całowano z szacunkiem. " Czemu "Kiedyś"? Tak robiła kiedyś moja babcia i ja tak robię teraz.
@bonawentura
Jezuska w stópki też całujesz?
już oceniałe(a)ś
4
1
@bazbaz1973
No właśnie, dlaczego tylko w stópki - wszak reszta jest także święta... :)
już oceniałe(a)ś
0
0
Cieszy poprawa błędu z rause na raus, ale dalej jest babol w tytule: "minuten" po niemiecku pisze się zawsze "Minuten"
już oceniałe(a)ś
0
0
To właśnie indolencja, po której poznać rodaka ?w Reichu?; na dworcu, w muzeum, kawiarni. Coś słyszał, inne wyczytał w rozmówkach, w sumie zapamiętał piąte przez dziesiąte. ?Rause?, zwancisz, auto zu ferkałfen bite... I tak to leci po mózgach w nieskończoność.
@denominator
morda...
już oceniałe(a)ś
2
0
To nie byli Niemcy tylko przebierańcy .
Prawdziwi Niemcy dali by polecenie "In fünf minuten raus ! " a nie rause .
Trochę więcej staranności językowej.
@ojciec65
Wygląda na to, że to byli Polacy z PiS-u!
już oceniałe(a)ś
4
1
@ojciec65
Może miało być "In fünf Minuten raus, nach draußen" I wyszło rause. Jest moim zdaniem nie aż tak istotne. Może to jakiś dialekt.
już oceniałe(a)ś
1
0
@dariuszk
Tak - to dialekt niemiecko - dziennikarsko - mandaryński .
już oceniałe(a)ś
2
3
@ojciec65
A dokładnie: In funf Minuten raus!
już oceniałe(a)ś
1
0
@sofia2013
Ale jak Niemcy mieli mówić z wielkiej litery?
już oceniałe(a)ś
0
3
@ojciec65
Nieistotnie - może było tak: "In fűnf Minuten - raus hier!" {raus hier >> raus'ier >> rause} lub: "... - draußen!" {draussa >> 'rausa - jeżeli po szwabsku}.
Mój dziadek zapamiętał, że jakiś czas po D-Day Amerykanie do niego mówili "Lesgo", z lufą w jego plecach miało być "Let's go!"
Zostając jeńcem wojennym miał niech tak powiem trochę "szczęścia", bo przedtem przeważnie miał dyżury w kuchni (jednak przy Flak-u), był we Francji a nie na wschodzie, w odpowiednim czasie wrzucił swój karabin w krzaki czyli zdezertował, znalazła się jeszcze biała podkoszulka, i lufa amerykańska milczała.
już oceniałe(a)ś
0
0
@ojciec65
Po polsku pisze sie daliby- by, bym z osobowymi formami zawsze razem:) najpierw dobrze wiedziec jak sie pisze we wlasnym jezyku, a potem poprawiamy w innych:)
już oceniałe(a)ś
0
0