Odkąd nauczyłam się czytać, korzystałam z tej umiejętności wszędzie, gdzie tylko się dało. W szkole non stop czytałam pod ławką – pamiętam, jak mama przed wyjściem do szkoły robiła mi rewizję i wyciągała książki z plecaka. Kończąc podstawówkę, nie wiedziałam, jaką wybrać dalszą drogę edukacji, pociągały mnie przedmioty humanistyczne, a jednocześnie popołudniami uczęszczałam na kółko fizyczne i z ojcem elektrykiem lutowałam kable. Nawet test predyspozycji wypadł niejednoznacznie.

W końcu wybrałam szkołę małą, nową, nieobciążoną żadną złą sławą relacji nauczyciel – uczeń, na dodatek o modnej wtedy nazwie „Liceum Ekologiczne”. Tam spotkałam JĄ, panią profesor Dorotę Kostelecką.

Pierwsze wspomnienie naszych wzajemnych relacji dotyczy zadania domowego. Nie pamiętam dokładnie, jak brzmiał temat wypracowania, ale był tak niestandardowo sformułowany, że zniesmaczona pokazałam go starszej siostrze, z komentarzem: „Boże, jaka głupia baba!”. Zamiast wsparcia usłyszałam, że sama jestem głupia, a polonistka najwyraźniej nie jest odtwórcza i próbuje z nas wykrzesać odrobinę kreatywności. Jako osoba podatna na wpływ siostrzanego autorytetu usłuchałam. Potem było już tylko lepiej – polonistka i zarazem wychowawczyni okazała się istotnie nietuzinkową osobą.

Jak Kostucha stała się Kostusią

Zaczęła od solidnej integracji klasy, wspólnych gier, zabaw, pamiętam, że warunkiem udzielenia odpowiedzi na jednej z pierwszych lekcji była znajomość imion wszystkich koleżanek i kolegów. W rezultacie grupki towarzyskie, zanim jeszcze zaczęły się tworzyć, zostały rozbite, a nasza I b stała się jedną z najbardziej zżytych klas. Pani profesor nie od razu zyskała naszą sympatię – nazywaliśmy ją Kostuchą, bo wydawała się oschła, zdystansowana, przemądrzała, złośliwa i nadmiernie wymagająca. Chociaż dwie ostatnie cechy charakteru, niestety, potwierdziły się (a z czasem nawet uległy eskalacji), to ostatecznie przestały nam przeszkadzać i Kostucha została czule ochrzczona Kostusią. Szybko polubiliśmy polski i zaraziliśmy się pasją pani profesor, czyli teatrem. Pamiętam pierwszy wyjazd do rzeszowskiego Teatru im. Siemaszkowej na spektakl według Woody'ego Allena pt. „Bóg”; wtedy był to przejaw odwagi, a dziś bez zgody kuratorium młodzież pewnie nie miałaby szans zapoznać się z tak obrazoburczą sztuką. Robiliśmy happeningi, które na początku lat 90. były zupełną nowością w Przemyślu, przedstawienia, akademie szkolne, kręciliśmy filmy, podejmowaliśmy inne inicjatywy artystyczne i społeczne – wszystkie nietypowe, mające niewiele wspólnego ze szkolną sztampą. Konsekwencją teatralnych zainteresowań było powstanie szkolnego kabaretu, do którego zaczęłam pisać teksty, a niedługo potem pani profesor zaproponowała mi udział w indywidualnych lekcjach języka polskiego.

Niezbyt chętnie na nie przystałam. Polonistka zmuszała mnie do czytania potwornej ilości lektur, z których potem skrupulatnie przepytywała. Do tej pory pamiętam, jak w dwa dni musiałam przebrnąć przez „Boską Komedię” Dantego i szczegółowo opisywać poszczególne kręgi piekła. Mimo tych niedogodności czułam, że w mózgu otwiera mi się jakaś klapka, a mój nowo narodzony talent raczkuje w dobrym kierunku. Czułam opiekę surowego i kompetentnego krytyka, który potrafi sprytnie motywować, życzliwym okiem spoglądając na pierwsze próby literackie, np. na opowiadanie pod idiotycznym tytułem: „Kroniki Królewny Smarkołyki” napisane w przypływie fantazji w ramach wypracowania klasowego.

Wokalistyka zamiast filologii

Czas płynął, ukończyłam pierwszą klasę liceum, a na początku drugiej zrobiłam coś niewymownie głupiego, czyli zmieniłam szkołę. Wybrałam tzw. liceum z tradycjami i tam trafiłam pod skrzydła polonistki mającej zupełnie inny stosunek do nauczania i mojej „twórczości”. Profesor Kostelecka usilnie odradzała mi zmianę liceum, a kiedy to nie poskutkowało, powiedziała: „Pożałujesz. Popełniasz duży błąd”. Do tej pory jestem przekonana, że rzuciła na mnie klątwę. Jej słowa sprawdziły się co do joty. W nowej szkole panowała zupełnie inna atmosfera, ludzie z klasy wydawali się znerwicowani i przestraszeni, nielubianym pedagogom wręczało się drogie prezenty, a do standardów należało wysyłanie uczniów na korepetycje do znajomych nauczycieli. W dodatku zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem. Wciąż jednak pisałam, a coraz mniej liczne juwenilia przynosiłam do polonistki ze swojego byłego już teraz liceum. Traktowała mnie nadal życzliwie, chociaż – jak niedawno się dowiedziałam – grono pedagogiczne Liceum Ekologicznego doradzało, żeby mnie czym prędzej „pogoniła” wraz z gryzmołami jako zdrajcę, szkodnika i pasożyta marnującego jej czas. Zbliżała się matura, a ja, pozbawiona dobroczynnego wpływu profesor Kosteleckiej, jej złośliwości i motywujących uwag w rodzaju: „Pisz, bo się ze sobą zanudzisz”, pogrążałam się w marazmie i ostatecznie zakończyłam edukację z maturalną trójką z języka polskiego, co zmieniło moje życiowe plany. Wiedziałam, że z taką oceną nie dostanę się na filologię polską, wybrałam więc wokalistykę jazzowo-estradową na Akademii Muzycznej w Katowicach.

Powinnaś wreszcie napisać książkę

Artystyczne środowisko sprawiło, że moja wena znów zaczęła domagać się ujścia – prawie każdy z moich kolegów i koleżanek tworzył, prezentował tę twórczość i konfrontował ją z odbiorcą. Okazja nadarzyła się dość oczekiwanie, w czasie pisania pracy magisterskiej. Wybrałam temat typowo biograficzny pt. „Jeremi Przybora, Jerzy Wasowski – twórcy evergreenów”, bo mogłam w nim wyżyć się literacko i nie zagłębiać się zbytnio w meandry fachowych zagadnień. Jedyny problem stanowiło dla mnie napisanie mądrze brzmiącego wstępu i z tym oczywiście pobiegłam do pani profesor, która przy okazji została pierwszą recenzentką całości. Recenzja mojej pracy magisterskiej (zresztą ocenionej na piątkę) była niezapomniana: „Merytorycznie to jest dno, ale bardzo przyjemnie się czyta. Powinnaś wreszcie napisać książkę”.

O dziwo, potraktowałam te słowa poważnie i rozpoczęłam pracę nad „LO Story”. Znowu zajmowałam pani profesor prywatny czas – bezwzględnie i bez skrupułów, w domu, w pracy, a raz nawet w szpitalu. Zmuszałam ją do czytania kolejnych fragmentów, korygowania pomysłów i warsztatowych błędów. Jej opinia bardzo wpłynęła na całokształt książki, uświadomiła mi zbyt jednowymiarowe podejście w ujęciu tematu i patrzenie wyłącznie z perspektywy skrzywdzonego przez system ucznia: „Licealiści nie mogą być wyłącznie inteligentni i dobrzy, a nauczyciele nieudolni i złośliwi” – powiedziała. – „Naprawdę oprócz mnie nie uczył cię żaden normalny człowiek?” Tak narodziła się postać Haskala, który reprezentuje typ nauczyciela w jej stylu: oddanego, zaangażowanego, twórczego i potrafiącego zafascynować wykładanym przedmiotem.

Kostusia ciągle chroni przed indolencją twórcy

Po publikacji „LO Story” [w 2016 r., nakładem wydawnictwa Videograf ukazało się już trzecie wydanie powieści] byłam przygotowana na konstruktywną krytykę czytelników, ale zaskoczył mnie agresywny atak osób, które rzekomo odnalazły się jako pierwowzory na kartach książki. Grono pedagogiczne rozpętało istne piekło w moim rodzinnym mieście. Dano mi odczuć, że szargam świętości, ujawniam lokalne tajemnice, podważam autorytety, a nade wszystko „kalam własne gniazdo”, jak napisano w liście protestacyjnym wysłanym do Prószyński Media – mojego ówczesnego wydawnictwa.

Oczywiście wypłakiwałam się u pani profesor – rozmowy z nią sprawiały, że mniej odczuwałam społeczny ostracyzm. Przekonała mnie, że to dobrze, kiedy twórczość nie pozostaje bez odzewu, a przepraszanie wszystkich urażonych z urojenia nie ma najmniejszego sensu. Z czasem kontrowersje ucichły, a rok później rozpoczęłam pracę nad „Dżus&dżin”, oczywiście pod opieką mojego niezastąpionego redaktora. Książka została nominowana do Literackiej Nagrody im. Mackiewicza, a recenzje do niej napisali m.in. Marek Nowakowski i Edward Redliński. Najnowsza powieść, „Chałturnik”, także nabrała kształtu pod ostrzem krytyki Doroty Kosteleckiej i nie wyobrażam sobie, żeby w przyszłości pracować inaczej. Mogę śmiało polecić jej usługi innym autorom, z zastrzeżeniem, że pani profesor przejawia przykre nawyki: lekceważy pisarskie ego i bezwzględnie wykreśla całe strony pięknej prozy pod pretekstem chronienia czytelników przed literacką indolencją twórcy.

*Magda Skubisz – pisarka, wokalistka i nauczycielka emisji głosu. W ubiegłym roku ukazała się jej trzecia książka pt. „Chałturnik", dalszy ciąg losów Ryby, Luśki, Mastera i Buraka – uczniów jednego z przemyskich liceów.

Od 12 kwietnia do 15 września 2019 r. czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także na opowieści o waszych mistrzach życia. Może nim być wasz szef, kolega, wychowawca; ktoś, kto był dla was inspiracją na całe życie. Zachęcamy, byście nam o nich napisali. Nadesłane prace wezmą udział w akcji pod hasłem „Nauczyciel na całe życie”.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:
Za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto;
Za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto;
Za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.