http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Książki

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Maus, Spiegelman, Art

Lawrence Weschler
2001-04-27, ostatnia aktualizacja 2007-07-10 13:55

Komiksowa historia Holocaustu? Mało śmieszne. A może to świetny pomysł? O Arcie Spiegelmanie i jego książce "Maus" opowiada Lawrence Weschler

Art Spiegelman z żoną Francoise Mouly w swojej pracowni
Fot. AP
Art Spiegelman z żoną Francoise Mouly w swojej pracowni
ZOBACZ TAKŻE
Od "Gazety": Właśnie ukazało się mocno spóźnione polskie wydanie pierwszego tomu "Maus". W ciągu ponad dziesięciu lat, jakie minęły od pierwszego wydania amerykańskiego, tom ten (a także następny, po raz pierwszy wydany w Stanach w 1991 roku) przetłumaczony został na ponad 20 języków; stał się międzynarodowym bestsellerem i otrzymał niezliczoną ilość nagród, w tym Pulitzera. Tym bardziej osobliwa wydaje się dotychczasowa nieobecność wydania polskiego, zwłaszcza że większa część opisanych w książce wydarzeń ma miejsce w Polsce i dotyczy kwestii, które w ostatnim dziesięcioleciu znowu zaczęły wzbudzać zainteresowanie. Z drugiej strony jest pewien szczególny kłopot związany z tą książką i być może to z jego powodu polscy wydawcy do tej pory woleli nie ryzykować; teraz zobaczymy, jak przyjmą ją polscy czytelnicy.

W 1986 roku, kiedy ukazał się pierwszy tom "Maus", Lawrence Weschler sportretował Arta Spiegelmana w tym tekście. W związku z ukazaniem się polskiego wydania książki poprosiliśmy go, aby ponownie odwiedził Spiegelmana i wypytał go o jego uczucia związane z tym wydarzeniem. Wizyta ta została opisana w rozdziale "Po latach - dodatek".

Opowieść ocalonego

Jeśli chcecie zobaczyć, na ile sposobów potrafią się marszczyć brwi, to mówcie ludziom, że najlepszą książką, jaką zdarzyło się wam przeczytać od dawna, jest komiksowa historia Holocaustu. Brwi się ściągają, czoła unoszą, twarze bledną i sztywnieją, jak gdyby mówiły: "Jeśli to miał być dowcip, to nie był śmieszny". Tylko że w moim przypadku to wcale nie miał być dowcip - to prawda. Książka nazywa się "Maus", a jej autorem i sprawcą moich kłopotów jest Art Spiegelman.

Określenie "Komiksowa historia Holocaustu" nie jest w pełni trafne; nazywając tak książkę, szukamy tylko guza, a przynajmniej nieporozumień. Nie chodzi tu o produkcję z serii "Klasyka w obrazkach" przedstawiającą w skrócie ohydne postępki Hitlera, Himmlera i całej ich odrażającej kliki. Hitler i Himmler niemal w ogóle się w tej książce nie pojawiają. Można raczej powiedzieć, że "Maus" jest zarazem powieścią, dokumentem, zapisem wspomnień i osobistą opowieścią o Holocauście opartą na doświadczeniach rodziny samego Spiegelmana, a raczej na doświadczeniach jego ojca Władka, który opowiada o wszystkim synowi Artowi.

Art urodził się w 1948 roku, już po wojnie - za późno, by mieć szanse na normalne dzieciństwo. Wszystko zmienił fakt, że rodzice przeżyli Zagładę - pierwszy syn Władka, którego Art nigdy nie poznał, padł ofiarą Ostatecznego Rozwiązania; z kolei Ani, pierwszej żonie Władka i matce Arta, udało się przeżyć obóz koncentracyjny i odnaleźć męża, lecz wyszła z tego wewnętrznie wypalona i podziurawiona. Po latach, kiedy Art opuszczał rodzinny dom, Ania odebrała sobie życie. Stosunki Arta z ojcem były nieustannym czyśćcem wzajemnych rozczarowań, oskarżeń i wyrzutów sumienia. Z perspektywy Arta są one w książce równie istotne co wspomnienia ojca. Na obwolucie eleganckiego wydania przedstawiona jest mapa Polski z czasów II wojny światowej, a na jej tle - plan dzielnicy Rego Park na Queens, gdzie ta wojna przeciągnęła się aż po dzisiejsze czasy w postaci desperackich zmagań ojca z synem. Podtytuł "Maus" brzmi "Opowieść ocalonego", ale pytanie, "którego ocalonego?", pozostaje otwarte.

W mysiej dziurze

"Maus" jest tym wszystkim, a zarazem jest po prostu historią o zwierzętach. Spiegelman przedstawił bowiem swoją opowieść w niepokojąco znajomym języku tradycyjnego komiksu - zwierzęta w ludzkich ubraniach i w wybitnie ludzkim środowisku - grając tym samym na naszych skojarzeniach i oczekiwaniach z dzieciństwa. Art, Władek, Ania, macocha Arta Mala i wszyscy inni Żydzi to myszy. Niemcy są kotami, Polacy świniami, Amerykanie psami. Rysunki Spiegelmana są czyste i bezpośrednie, a jego charakteryzacje pełne uroku, rozbrajające obrazki prowadzą nas zachęcająco i życzliwie, byśmy w końcu dali się złapać i spętać całej tej przerażającej opowieści. W połowie historii przestajemy już się niemal dziwić sile własnych reakcji na to, co robią te zwierzęta.

I nagle wszystko się zatrzymuje - książka urywa się w samym środku. Rozpaczliwa wędrówka Ani i Władka, ich upadek z zamożności w getto i niżej, szukanie schronienia w kolejnych chlewach, wszystko to kończy się gwałtownie wraz z ich przybyciem do Auschwitz. Aby dowiedzieć się, co ich tam spotkało, jakim cudem przetrwali, a także, czy ojcu i synowi uda się dojść do jakiegoś pojednania, musimy zaczekać na drugi tom [w momencie pisania tego artykułu część druga jeszcze nie istniała, obecnie jest już dostępna, w Polsce ukaże się w czerwcu - red.].

Człowiek, który przywitał mnie w drzwiach swego mieszkania w Soho, miał prawie 40 lat, ale wyglądał znacznie młodziej. Sprawiał też o wiele schludniejsze i mniej groźne wrażenie niż ów długowłosy, wąsaty, przypominający Franka Zappę osobnik występujący w roli Spiegelmana w niektórych jego egzystencjalistycznych komiksach z lat 70.

Spiegelmanowie zajmują całe piętro, które podzielili na dwie części - w jednej znajduje się redakcja pisma "raw", druga służy za mieszkanie. Jakość "raw" jest wyjątkowo wysoka - R. Crumb, legendarny mistrz komiksów, powiedział mi, że pismo jest "obłąkańczo eleganckie".

Kiedy Spiegelman i Mouly wystartowali z "raw", przyświecały im dwie idee - nadania komiksowi statusu sztuki i zapoznania amerykańskiej publiczności z twórczością komiksową na wysokim poziomie, jaka od lat kwitnie w Europie i Japonii. Françoise Mouly, żona Spiegelmana i producent pisma, słynie ze skrupulatności i uwagi, jaką poświęca produkcji.

Spiegelman zaprowadził mnie do swojej "Maushole" ("mysiej dziury"), gdzie na stole panował gustowny bałagan. Po jednej stronie piętrzyły się notatniki, po drugiej kupki kartek, z których każda zawierała kolejne wersje pojedynczego obrazka. - Komiks pozwala opowiedzieć historię w wyjątkowo zwartej i wyrazistej postaci - mówi Spiegelman. - A tutaj jest to jakby próba opowiedzenia całej powieści w formie telegraficznej. W prozie mógłbym po prostu napisać: "A potem zawlekli mojego ojca przez tę bramę do obozu", ale tutaj muszę te słowa przeżyć, dostosować, przerobić na coś już gotowego, tak by w końcu je zobaczyć i przekazać, co zobaczyłem. Czy rosły tam kępy trawy, czy na drodze były koleiny, a w koleinach kałuże? Jak wysokie były domy, ile miały okien, czy były w nich kraty, czy byli jacyś ludzie? Jaka była pora dnia? Jak wyglądał horyzont? Bardzo czasochłonne zajęcie.

- Dziwna rzecz - mówi dalej. - Te części opowieści mojego ojca, które już narysowałem, są dla mnie jasne. A te, do których jeszcze nie dotarłem, to niewyraźna plama, chociaż znam całą historię i słowa. Wszystko oprócz końcówki mam kompletnie zamazane. W drugiej części pojawia się kwestia wiarygodności mojego ojca. Nie o to nawet chodzi, czy mówił prawdę, raczej o to, co rzeczywiście przeżył, co zrozumiał ze swoich doświadczeń, co ja zrozumiałem z jego opowieści i co sam opowiedziałem. Te warstwy zaczynają się mnożyć.

Późny syn

W 1958 roku Art Spiegelman, jeżdżąc z kolegami na wrotkach po Rego Park, przewrócił się, a koledzy pojechali dalej bez niego. Zapłakany poszedł do domu, gdzie na podwórku siedział ojciec i naprawiał jakieś drewniane sprzęty. Władek spytał syna, dlaczego płacze, a kiedy ten opowiedział mu o upadku i o kolegach, Władek przerwał pracę, spojrzał nań i burknął: - Koledzy? Twoi koledzy? Gdybyś ich zamknął na tydzień w jednym pokoju bez jedzenia, tobyś zobaczył, co to są koledzy!

Spiegelman umieścił to zdarzenie jako pierwszy epizod w książkowej wersji "Maus"; jest ono czymś w rodzaju uwertury, wprowadzenia do głównych wątków książki. Na jednym bowiem poziomie Artie był w pełni amerykańskim chłopcem jeżdżącym na wrotkach i włóczącym się ze swoją paczką. W domu jednak czekało na niego życie pełne zmor, obciążone czymś mrocznym i przeładowane rodzicielską troską.

Artie urodził się w 1948 roku w Sztokholmie, trzy lata po cudownym ponownym spotkaniu jego rodziców, którzy przeżyli obóz rozdzieleni. Dwa lata po jego urodzeniu rodzina uzyskała pozwolenie na imigrację do Ameryki. W międzywojennej Polsce Władek był człowiekiem bogatym - a raczej był nim ojciec Ani, zaś Władek wżenił się w to bogactwo. Zdaje się, że Art celowo pozostawia niejasność co do kwestii, czy Władek pierwotnie ożenił się z Anią dla pieniędzy i reputacji - aczkolwiek, jak w całej książce, tak i tu owa niejasność przedstawiona jest w sposób nieomal krystalicznie precyzyjny. Tak czy inaczej, Władek zarządzał handlem tekstylnym jej rodziny i zapewnił bezpieczeństwo finansowe sobie, żonie i ukochanemu synkowi Rysiowi - które przetrwało aż do wybuchu wojny, kiedy to stracił zarówno bogactwo, jak i synka. W Nowym Jorku Władek pracował w przemyśle odzieżowym, a potem handlował diamentami, ale nigdy nie odzyskał dawnego poczucia bezpieczeństwa. Choć Spiegelmanowie należeli do klasy średniej, żyli poniżej swych możliwości finansowych. Kiedy Władek wychowywał pierwszego syna, był młodym ojcem z wizją wspaniałej przyszłości. Przy drugim synu był już starym człowiekiem, który trząsł się nad swym niepewnym dniem dzisiejszym, kiedy tylko nie wpatrywał się w spustoszoną przeszłość. Rodzice Arta byli starzy. Właściwie między nimi a tym amerykańskim chłopcem była różnica dwóch pokoleń; w dodatku oni należeli do starego świata, a do tego jeszcze postarzeli się ponad swoje lata wskutek wojennych przeżyć. Wkraczając w dorosłość w Ameryce lat 60., Artie musiał stawiać czoło kilku pokoleniowym różnicom naraz.

Równocześnie Art wspomina dzieciństwo jako zdumiewająco zwyczajne. - Nie miałem poważniejszych problemów - mówi - póki nie poszedłem na studia, gdzie mogłem swoje doświadczenia zestawić z cudzymi. Na przykład nigdy nie wydawało mi się dziwne, że moi rodzice budzą się z krzykiem w środku nocy. Myślałem, że wszyscy rodzice tak robią. Albo to, że moja matka regularnie dostawała na urodziny szerokie bransoletki, żeby mogła zakryć numer wytatuowany na przedramieniu. Czasem dzieci sąsiadów pytały ją, co tam ma na ręku, a ona odpowiadała, że to telefon, którego nie chce zapomnieć. Naprawdę byłem całkiem normalnym dzieckiem, tyle że jak na 14-latka czytałem o wiele za dużo Kafki. Wiedziałem, że wyrosnę na neurotyka, tak jak dziś wiem, że niedługo zaczną mi wypadać włosy. Kiedy miałem 14 lat, wiedziałem już, że chcę robić komiksy; miałem na ich punkcie obsesję. Całymi godzinami przerysowywałem obrazki z komiksów, zwłaszcza z tych satyrycznych, na przykład z pisma "Mad", które wywarło na mnie ogromny wpływ.

Spytałem Spiegelmana, czy nie denerwowało to jego rodziców.

1 2 3 4 5 6 7 8 9  następne »

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

INDEKS ALFABETYCZNY KSIĄŻEK: