Dzidzia
Sylwia Chutnik
Świat Książki, Warszawa
W jednym z wywiadów Sylwia Chutnik powiedziała: "Nie uważam siebie za pisarkę i nie chcę nią być, chociaż przez ostatni rok wiele się zmieniło ( ) Paszport >>Polityki<< uruchomił lawinę". To prawda - autorka interesującego, ale też nie rzucającego na kolana "Kieszonkowego atlasu kobiet" z dnia na dzień stała się literacką gwiazdą. Posypały się wywiady, zaproszenia na spotkania autorskie, stypendia, no i propozycje składane przez dużych wydawców. Przykład ten wyraźnie pokazuje, że to kontekst medialno-rynkowy stwarza dziś pisarza. Nawet takiego, który nie chce nim być.
Przytoczyłem deklarację Chutnik, bo wydaje mi się ona niezwykle ważna. Autorka "Dzidzi", znana działaczka społeczna, prezeska fundacji MaMa, jest z nami szczera. Literatura to tylko narzędzie, liczy się sprawa. Trzeba ją wykrzyczeć.
Tytułowa Dzidzia to dziewczynka potworek, z wodogłowiem i bez kończyn. Pojawiła się w rodzinie Danuty Mutter jako "zemsta historii". Pół wieku wcześniej babcia Dzidzi Stefania Mutter zadenuncjowała Niemcom dwie Polki, uciekinierki z Warszawy, w której właśnie upadło powstanie. Dziecko kadłubek jest przedstawiane jako medium mające łączność z wojenną (głównie powstańczą) rzeczywistością. Przez nią przelewa się ogrom oskarżeń w rodzaju: "Miasto zbudowane z trupów, na trupach. Dzieciaki pognane z motyką na słońce, przecież ciała swoje gubiły po drodze. Matek nie słuchały, na powstanie leciały i tylko potem leżały w szpitalu albo pod gruzami".
W świecie aktualnym zrozpaczona Danuta próbuje zrazu pozbyć się ułomnego dziecka (chce sprzedać je na targu albo oddać Kościołowi jako świętą), ale jednocześnie walczy z opieką społeczną, która chce jej odebrać córkę. Oszalała z rozpaczy, nienawidząca i zarazem kochająca swoje dziecko, podejmuje coraz dziwniejsze kroki. M.in. składa w sądzie wniosek o zadośćuczynienie, ale nie za jej domowe nieszczęście, lecz za cierpienia, jakie zgotowała jej polska historia ("za krzywdy dzieci, za wojny i powstania").
Rzecz zamyka "Wielka Improwizacja", długi monolog nieszczęśliwej matki. "Śpiewam dziś Pieśń Oburzenia, pieśń tworzenia nowej mnie. Siła i dzielność pozwalają mi krzyczeć, stać tu prosto z rozwianymi włosami i umorusanym płaszczem wyszarpniętym spod tyłka Polski".
Nawet życzliwi recenzenci piszący o debiutanckiej powieści Chutnik zwracali uwagę na swoistą łopatologię i czytankowość "Atlasu". Pisał na tych łamach Krzysztof Varga: "Niestety, Chutnik nie potrafi się często powstrzymać, by złapać czytelnika za rękę i głośno mu powiedzieć, co ma myśleć i jakie wnioski wyciągać z lektury". Z "Dzidzią" jest tak samo, a nawet gorzej - tylko kawa na ławę.
Irytują tanie, publicystyczne zaczepki, np. treści antyklerykalne wypowiedziane z subtelnością czołgu: "Mama uparcie daje na 89 MHz i tylko >>zdrowaśmariołaskiśpełna<< cały dzień zasuwa i numer konta, gdzie można Maryi przelać trochę grosza"; "Przeznaczenie Dzidzi było jedno: wzruszać wiernych i skłaniać do dawania wyższych datków na tacę".
Mnóstwo tu pretensjonalnych przemówień i obrazów: "Spomiędzy ud wystaje pulsująca pępowina. Łopocze jak flaga narodowa państwa poddańczego. Jeszcze Polska nie zginęła, póki my rodzimy". Pojawiają się dziwaczne parafrazy: "halo, halo, tu Londyn, ona ciemna, on blondyn, ona Żydówka, on szwab. Ona idzie, on za nią, ona pada, on na nią. Ona mówi, nie rób tego, on wyciąga metrowego pistoleta".
Jak to wszystko rozumieć? Po pierwsze, wydaje się, że problem, w jaki autorka wycelowała, przerósł ją. Konfrontowanie oficjalnej polskiej martyrologii z prywatną martyrologią matek Polek to duży temat. Za duży jak na kompetencje literackie Chutnik. Po drugie, w literaturze złość piękności szkodzi. Być może sprawy, które osobiście przejmują pisarkę, wpychają ją w desperację. Krzyk i złorzeczenia sprawdzają się na manifie, w literaturze zwanej piękną bardzo rzadko. Na pewno nie tym razem.