http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Miłosz większy niż Mickiewicz

Rozmowa z prof. Aleksandrem Fiutem profesorem UJ, historykiem literatury, miłoszologiem, przyjacielem Czesława Miłosza
2011-08-12, ostatnia aktualizacja 2011-08-12 12:32

Kiedy odbierał Nobla, miał dystans wobec tych wszystkich ceremoniałów, sławy, dziennikarzy. Po wykładzie noblowskim pojechaliśmy na big maca do McDonalda - opowiada prof. Aleksander Fiut.

Czesław Miłosz, 1996
Fot. ANDRZEJ IWANCZUK / AGENCJA GAZETA
Czesław Miłosz, 1996
Carol, Aleksander Fiut, Czesław Miłosz - Kraków, początek 2000.
Fot. archiwum Aleksandra Fiuta
Carol, Aleksander Fiut, Czesław Miłosz - Kraków, początek 2000.
Czesław Miłosz, Aleksander Fiut, Andrzej Miłosz (brat Czesława) - Szetejnie, 1995 rok.
Fot. archiwum Aleksandra Fiuta
Czesław Miłosz, Aleksander Fiut, Andrzej Miłosz (brat Czesława) - Szetejnie...


Donata Subbotko: W niedzielę 7. rocznica śmierci Czesława Miłosza. Myśli pan, że Rok Miłosza pomoże mu się wyłonić z czyśćca?

Prof. Aleksander Fiut: To jest pytanie. Że się w nim znajdzie, przewidywał już w Sztokholmie podczas odbierania Nobla. Mówił, że po śmierci publiczność jednym kopnięciem strąci go w limbo i nie wiadomo, czy on z tego wychynie.

Towarzyszył mu pan, gdy odbierał Nobla. Dzisiaj wiemy, że prywatnie był to dla niego trudny czas.

- Nie okazywał tego. Po wykładzie noblowskim pojechaliśmy na big maca do McDonalda - samochodem ozdobionym flagami Akademii Królewskiej. Potem wytworna pani w uniformie, kierowca tego samochodu, poprosiła Miłosza, żeby - bagatela - na tomie szwedzkiego wydania jego poezji pod każdym wierszem napisał miejsce i rok napisania utworu. I on zadał sobie ten trud. Spędziliśmy nad tym z półtorej godziny, domyślając się, który wiersz jest który. On każdego człowieka szanował i traktował poważnie. W Sztokholmie - ogromnie już zmęczony - siedział w hotelu do późnej nocy i odpisywał starannie na każdy list, który wówczas otrzymał.

Nobel na pewno był ukoronowaniem jego pracy, ale to nie znaczy, że on miał szlak do wielkości wcześniej wytyczony. W Ameryce dotkliwie odczuwał brak czytelników. Jego książki ukazywały się w "Kulturze" paryskiej i docierały w Polsce do wąskiego kręgu odbiorców. Pamiętam, jak w Berkeley w 1985 r. porządkowałem jego archiwum. Pracowaliśmy wówczas pokój obok pokoju. Kiedyś, podczas lunchu, stanął przy oknie i powiedział: "Pan teraz widzi, jaki byłem samotny".

Przymus pisania był w nim silny, ale nie miał żadnej gwarancji, że jego dzieło zostanie docenione. Tak się stało, a przecież można sobie wyobrazić zupełnie inny wariant jego życiorysu: wydał dwie książki poetyckie - "Selected Poems" i "Bells in Winter" - które znalazły uznanie w Ameryce, otrzymał nagrodę Neustadt, i na tym się mogło skończyć, prawda? Kiedy odbierał Nobla, miał więc dystans wobec tych wszystkich ceremoniałów, sławy, dziennikarzy, to go męczyło.



Nie lubił dziennikarzy?

- Kiedy przyjeżdżali do niego nieprzygotowani, podstawiali mikrofon i mówili: "Może pan coś teraz powie", to ten zazwyczaj łagodny człowiek potrafił wpaść w furię. Bo on szanował swój czas. Praktycznie cały dzień pracował, nawet w nocy czytał, od 3 do 6 rano. A do rozmów z dziennikarzami zawsze był przygotowany, "muszę być inteligentny" - powtarzał półżartem przed każdym wywiadem. Więc na ich niekompetencję reagował gniewem.

Sam o sobie mówił, że dopiero na starość złagodniał. Jego oschłość, o którą go poprzednio podejrzewano, brała się pewnie ze zranionej dumy. W Berkeley wykładał literaturę polską, która jednak była marginesem, większość studentów szła na rusycystykę. Dlatego żeby utrzymać studentów, musiał dodatkowo wykładać o Dostojewskim i sektach religijnych. Polonia nie była zainteresowana kształceniem swoich dzieci, mimo że Miłosz napisał dla nich historię literatury polskiej po angielsku i wydał antologię przekładów "Powojennej poezji polskiej". Miał poczucie, że w milionach przybyszów z Polski brak większych potrzeb intelektualnych, to go bolało.

Niedawno ukazało się uzupełnione, czwarte wydanie pana książki "Moment wieczny", jedynej monografii Miłosza. Oddał mu pan kawał życia.

- I była to najwartościowsza jego część. Książkę skończyłem w 1987 r., pierwsze wydanie ukazało się w paryskiej Libelli. Potem powstawały nowe tomy jego wierszy, trzeba było reagować.

Wszystko zaczęło się od wykładu Jana Błońskiego w 1975 r. na polonistyce na UJ. Przedstawił w nim dwa bieguny polskiej poezji powojennej, określone przez krąg wpływu Miłosza i wpływu Przybosia. Sięgał przy tym po wiersze Miłosza z jego zbioru wydanego w Londynie. Kiedy przeczytał "Oeconomia divina", pomyślałem: "Jak to, ja, doktor polonistyki, nie znam największego polskiego poety?!". Ten wykład zaważył na moim życiu. Postanowiłem napisać o tej poezji. W myśl zasady, że jak się czegoś dobrze nie zna, to trzeba o tym napisać książkę. W Polsce publikowanie o Miłoszu było wówczas prawie niemożliwe. Przypomnę, że wszelkie o nim artykuły, poza naukowymi, musiały być opatrywane adnotacją: "wróg Polski Ludowej" albo: "w swoich publikacjach występuje przeciw Polsce Ludowej". Szczęśliwie się złożyło, że w ramach wymiany międzyuniwersyteckiej wyjechałem w 1976 roku na trzy lata do Francji, do Lille. Stamtąd napisałem do Miłosza. W drugim z listów odpowiedział mi, że słyszał, jak dwóch jego studentów na kampusie w Berkeley plotkowało na jego temat: "On podobno też pisze ". W Ameryce postrzegano go wtedy przede wszystkim jako autora "Zniewolonego umysłu". Jego wiersze ukazały się po angielsku dopiero w 1974 roku. Wcześniej ogłosił tomy Herberta i Wata w swoim przekładzie.

W listach był mi życzliwy. W pewnym momencie przeprosił mnie - on mnie! - że będzie teraz pisał mniej, bo musi jeździć z obiadami do swojej chorej żony do szpitala w San Francisco. Kiedy w 1979 roku przyjechał do Paryża, zaproponował mi spotkanie.



Na wstępie zapytał, czy tak pan go sobie wyobrażał.

- Uderzyła mnie jego młodzieńczość. Miał prawie 70 lat, a wyglądał na 40-50. Pełen niesłychanej energii, żywości w ruchach. Poszliśmy do bistro, rozmawialiśmy, jakbyśmy się znali od lat. Zapoznał mnie z Józefem Sadzikiem, Olą Watową, Zofią Hertz, zaprosił na swój wieczór poetycki w Éditions du Dialogue - to było ogromne przeżycie.

Wynikiem spotkania była publikacja w 1981 roku "Rozmów z Czesławem Miłoszem", ale on sam uznał, że to niepełny jego portret.

- Spotykaliśmy się sześć razy po godzinie. Były to właściwie notatki do mojej monografii. Mało kto wierzy, że ta pierwsza książka powstała w tak krótkim czasie. Ukazała się zaraz po Noblu, bo poza publikacjami podziemia żadnych tekstów o Miłoszu w Polsce nie było. On sam uznał, że to tylko szkic do portretu, jednostronny, bo nieprzewidziany do druku, opowiedziany badaczowi jego twórczości, więc trochę fałszujący. Poza tym ja nie miałem odwagi takiej, jaką mają dziennikarze i jaką miała Renata Gorczyńska, która potem wydała rozmowy z Miłoszem pt. "Podróżny świata". Otóż ona, znakomicie znając jego twórczość, bez ogródek pytała: "Co pan przez to chciał powiedzieć?", na co ja bym się nie poważył, ponieważ uważałem, że odpowiedź na takie pytania jest moim zadaniem. Druga seria rozmów, która wraz z pierwszą złożyła się na "Czesława Miłosza autoportret przekorny", odbyła się już w Ameryce w latach 80. Dotyczyła dzieciństwa poety, jego młodości, Wileńszczyzny. Odsłaniał mi się Miłosz nieznany, szlachecki gawędziarz, który umie opowiadać plastycznie, okrasić wspomnienia anegdotą czy w paru słowach nakreślić złośliwy portret.

Nie o wszystkim chciał wówczas mówić. Zastrzegał: ja tutaj żadnych wyznań czynić nie będę.

- Przyjąłem zasadę, że nie pytam go o sprawy osobiste, o których wiedziałem, ale miałem świadomość, że Miłosz nie chce ich upubliczniać. Wobec sekretów przyjaciela zachowuje się dyskrecję. Były też kwestie, o które pytałem, ale natrafiałem na opór. Chciałem się np. dowiedzieć czegoś więcej o jego pobycie w Paryżu w 1950 roku, ale on powiedział: "Nie chcę na ten temat mówić", rzucił tylko coś takiego: "To była straszna mordownia, ubecja". Mało też opowiadał o swoim życiu we Francji. Uważał, że jeszcze nie czas. A kiedy odjeżdżając ze Stanów do Polski, zapytałem go, co jest w życiu najważniejsze, odpowiedział jednym słowem: "zbawienie".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 73 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    31 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':