http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Norman Davies: W 1939 r. Polacy się świetnie spisali

Z prof. Normanem Daviesem rozmawia Włodzimierz Kalicki
2009-08-23, ostatnia aktualizacja 2009-08-21 16:54

Fot. Adam Golec / AG

Czy zrobiliśmy wszystko, co można było zrobić, by uratować państwo w 1939 r.? Czy w czasie II wojny było coś do uratowania, czego uratować jednak nie potrafiliśmy?

Dwadzieścia lat niepodległej Polski musiało się skończyć wrześniem 1939?

- Po I wojnie światowej dwa wielkie państwa europejskie, Niemcy i sowiecka Rosja, zupełnie nie akceptowały porządku wersalskiego. W latach 20. i 30., czasem skrycie, częściej otwarcie, dążyły do obalenia europejskiego ładu. Łączył je zatem wspólny cel i długa tradycja kooperacji, choćby w sprawie rozbioru Polski. A Polska, co za pech, leżała między tymi dwoma wielkimi państwami.

W dodatku Anglia i Wielka Brytania, które zawarły sojusz obronny z Warszawą, nie miały zamiaru wypełnić tych umów. W ówczesnej konfiguracji geopolitycznej II Rzeczpospolita nie miała szans na przetrwanie.

Propaganda niemiecka nazywająca II Rzeczpospolitą państwem sezonowym, Saisonstaat, miała zatem rację?

- Niemcy wiedzieli, co mówią, bo przecież chcieli Polskę zniszczyć. Ale nie tylko Niemcy myśleli o Polsce jako zjawisku tymczasowym. Świat początku XX wieku ukształtowany został w wieku XIX. A wtedy nie istniało państwo polskie, państwa bałtyckie, Jugosławia, Czechosłowacja. W oczach polityków nie tylko Berlina i Kremla, ale także Francji, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych były to dziwaczne nowotwory - to nieszczęśliwe, nawet obraźliwe słowo, ale całkiem dobrze oddaje te bardzo niebezpieczne nastroje. Lata 30. to przecież epoka imperializmów. Wszyscy tzw. demokratyczni przywódcy uważali za oczywistość, że są mocarstwa, które mają specjalne prawa i przywileje.

Jakie?

- Do przywilejów należało zdaniem mocarstw decydowanie o losie mniejszych państw.

W Europie Środkowej Czechosłowacja była ulubieńcem Zachodu, takim najlepszym uczniem w klasie. W Pradze zawsze dość porządnie trzymano się demokratycznych procedur, nie pojawiły się tam skłonności do autorytaryzmu powszechne w innych państwach powstałych po I wojnie światowej. W Czechach było masę Niemców, więc Czesi byli prorosyjscy - strategicznie, nie ideologicznie. To też się bardzo podobało na Zachodzie. Ale gdy Hitler zażądał Sudetów, Chamberlain i Daladier nawet nie zaprosili Czechów na rozmowy z Hitlerem. Za ich plecami w 1938 r. oddali Hitlerowi Sudety, w praktyce wydając cały kraj na pastwę III Rzeszy. Tak potraktowali swego ulubieńca. A Polska była jednym z gorszych uczniów w tej klasie, tym, który siedzi w ostatniej ławce, nie słucha nauczycieli i ciągle rozrabia. Nie była wygodnym partnerem Francji i Wielkiej Brytanii. Nie można było grać nią jak piłką futbolową. Piłsudski i jego obóz uważali Rosję za nieprzejednanego wroga, starali się prowadzić dość niezależną politykę zagraniczną, wręcz mieli ambicje odgrywania roli regionalnego mocarstwa. To wszystko budziło w Paryżu i Londynie irytację, wręcz niechęć. Ach, ci Polacy, wiecznie mający kłopoty ze wszystkimi wokół, z Niemcami, z Rosjanami, z Czechami... Z kim i w co oni naprawdę grają?

Pod koniec życia Piłsudski proponował Paryżowi wojnę prewencyjną z Niemcami.

- Wojna prewencyjna wygląda sensownie z dzisiejszej perspektywy, ale wtedy była nie do pomyślenia. Europa ciągle żyła w cieniu ogromnych ofiar wojny światowej. Zburzenie pokoju bez drastycznego powodu, nowe miliony ofiar, to było nie do zaakceptowania przez demokratyczne społeczeństwa. Nie można mieć pretensji do Paryża, że sondowany w tej sprawie zignorował polską propozycję.

Ale można mieć pretensje, że przez lata całe nie reagował na zbliżenie i współpracę Berlina z Moskwą - od układu w Rapallo w 1922 r. Ćwiczenia niemieckiej broni pancernej i ofensywnego lotnictwa, zakazane przez zwycięskie w wojnie światowej mocarstwa, wymierzone były nie tylko w Polskę, ale w ład wersalski w ogólności.

- To nie takie proste. Na współpracę niemiecko-sowiecką patrzy pan z dzisiejszej perspektywy, pamiętając o pakcie Ribbentrop-Mołotow i 17 września. Tymczasem w dobie Rapallo w Niemczech szalały hiperinflacja, chaos i głód, w Rosji panowała nieopisana nędza i, a jakże, głód. Nikt w Europie nie patrzył na związki tych państw jak na niebezpieczny sojusz potęg gospodarczych i militarnych, lecz raczej jak na romans kalek, jak z obrazów Breughla. Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie wątpił, że każde z tych państw ma wielki potencjał, ale wydawało się, że ich możliwości zostaną wykorzystane za wiele lat, wręcz w następnym pokoleniu. Wielu odpowiedzialnych polityków europejskich, patrząc na izolację Moskwy i Berlina, dochodziło do odwrotnej konkluzji - współpracują ze sobą, bo my ich traktujemy jak pariasów. Europejskie bezpieczeństwo wymaga więc, by ich traktować lepiej. Dlatego w latach 20. włożono sporo wysiłku, by Berlin mógł wrócić do koncertu dyplomatycznego, dlatego patrzono przez palce na obchodzenie przez Niemcy ograniczeń traktatu wersalskiego, dlatego w latach 30. z zadowoleniem przyjęto ZSRR do Ligi Narodów.

Czy Warszawa miała szansę stworzyć wespół z Pragą zwartą koalicję wojskową, która powstrzymałaby Hitlera przed rozbiorem Czechosłowacji i uchroniła nas od wrześniowej klęski?

- Pole do polepszenia stosunków polsko-czeskich było duże, ale to nie był klucz do sytuacji. Wszyscy w Europie mieli przecież wbite do głowy, że liczy się tylko stanowisko mocarstw. Nawet gdyby Polacy dogadali się z Czechami, nie miałoby to większego znaczenia na szachownicy wielkiej polityki. A bez wsparcia Zachodu armie czechosłowacka i polska nie były w stanie stawić Hitlerowi czoła. Czechy były zresztą podminowane przez niemiecką mniejszość, sparaliżowane politycznie.

Co nie znaczy, że należało zajmować Zaolzie. Ta akcja zrobiła w Europie fatalne wrażenie, że Warszawa jest wspólnikiem Hitlera. Nikt przecież na Zachodzie nie pamiętał podłoża problemu Zaolzia, nie wiedział, że w 1919 r. Czesi złamali umowę ze stroną polską i zajęli tereny zamieszkane przez dużą liczbę Polaków.

Czy w roku 1939 był możliwy jakikolwiek kompromis Polski z III Rzeszą? A jeśli był możliwy, czy byłby dla nas korzystny?

- W polityce mało jest rzeczy absolutnie niemożliwych. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach przewidziałby w roku 1929, że dziesięć lat później premier brytyjski z premierem francuskim pod dyktando Berlina zmuszą Czechosłowację do kapitulacji i oddania Berlinowi części państwa? Do marca 1939 roku w Europie wszystkie sojusze - i zmiany sojuszy - były możliwe. Sojusz z Polską, oczywiście nie abstrakcyjny, lecz wymierzony przeciw ZSRR, był dla Hitlera sprawą otwartą. I Führer sondował w tej sprawie rządzących Polską pułkowników.

Teoretycznie polskie elity polityczne i wojskowe nie powinny mieć oporów przed współpracą z Niemcami - przecież 20 lat wcześniej ci sami ludzie w mundurach legionowych byli towarzyszami broni żołnierzy austriackich i niemieckich, ramię w ramię z nimi walczyli z Rosjanami. Ale Niemcy i Austro-Węgry w czasie I wojny światowej byli godnymi partnerami politycznymi i wojskowymi. Można było się z nimi układać, w zasadzie można było oczekiwać, że dotrzymają swoich zobowiązań. Polskie ziemie były wyniszczane przez politykę gospodarczą Berlina i Wiednia, ale był to rezultat wysiłku wojennego, a nie zamierzonej polityki wyniszczenia narodu polskiego. Niemcy i narody CK Monarchii nie były w wiele lepszym położeniu.

Hitler nie był kajzerem. Trzymający władzę polscy pułkownicy dość dobrze znali reżym Hitlera. Na tyle, by nie mieć złudzeń. To było już przecież po nocy długich noży, nocy kryształowej, po zdestabilizowaniu Czechosłowacji z pomocą niemieckiej mniejszości. Każdy polityk z dobrym nosem musiał rozumieć, że Berlin to żaden partner. I minister Józef Beck, odrzucając sugestie Hitlera, zrobił to, co powinien był zrobić. Oczywiście, na jego decyzji ważyło też zapewnienie sojuszników zachodnich, że wesprą Polskę.

Związanie się z Hitlerem z kilku powodów byłoby katastrofą.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 27 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    59 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':