http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nagrobki zagłodzonych

Leopold Unger
2010-03-16, ostatnia aktualizacja 2010-03-16 17:04

Felieton Leopolda Ungera

"Nie jest się człowiekiem - powiedział Jean Paul Sartre - dopóki nie ma się czegoś, za co jest się gotowym umrzeć". Przy grobach ludzi, którzy byli gotowi za coś umrzeć - Kubańczyka Orlando Zapaty i Irlandczyka Bobby Sandsa, dwóch ofiar mordu przez zagłodzenie - spotkały się dwie zjawy Margaret Thatcher i Fidel Castro. Było dziwnie i strasznie. Ale nie było tak samo.

Głodówkę jako instrument presji na władze nie wymyślili ani Kubańczycy, ani Irlandczycy. Prawdopodobnie wymyślił ją Gandhi. Potem przejęły ją sufrażystki, zwolennicy klauzuli sumienia zwalniającej od służby wojskowej, a później nielegalni emigranci domagający się azylu czy karty pracy.

Ale głodówka zawsze zabija inaczej. W Irlandii w roku 1981 premier Margaret Thatcher osiągnęła szczyt okrucieństwa, gdy pozwoliła na śmierć głodową dziesięciu więźniów z Irlandzkiej Armii Republikańskiej, która terrorem zwalczała Brytyjczyków w Irlandii Północnej. Najsłynniejszy z nich Bobby Sands zmarł w więziennym szpitalu po 66 dniach.

IRA oficjalnie skończyła z terroryzmem w 2005 roku, ale tamta głodówka z 1981 r. i Bobby Sands są do dziś w irlandzkim panteonie.

Pani Thatcher nie miała litości. Po śmierci Sandsa oświadczyła w Izbie Gmin: Pan Sands to skazany przestępca. Postanowił się zabić. Jego wybór. Nie przyznamy specjalnego statusu grupom i osobom, które odsiadują kary za popełnione przestępstwa. Zbrodnia to zbrodnia, a nie polityka.

Trzydzieści lat później historia dostała czkawki. Panią Thatcher zastąpił Castro, a bezwzględny kapitalizm tropikalno-tragiczny komunizm. Ale logika pozostała. I tu i tam reżim zrzuca z siebie odpowiedzialność na martwych. I tu i tam powiadają: nie chodzi o politykę, ale o przestępców, amerykańskich agentów na Kubie i skazanych w Londynie terrorystów.

Stop. Tu koniec analogii. Niektórych kuszą podobieństwa. Nie ma. Między śmiercią ludzi, którzy na Kubie i w Irlandii "mieli i chcieli za coś umierać", zachodzą zasadnicze różnice.

Zanim IRA ogłosiła w 2005 roku koniec terroru, na wojnie w Irlandii zginęło 3,6 tys. osób, pogrążając w żałobie tysiące rodzin.

Dysydenci na Kubie umierają, nie popełniwszy aktu gwałtu, zamachu, nie wybiwszy jednej szyby.

Terroryści IRA stali się bohaterami ogromnej irlandzkiej diaspory, skąd płynęły broń i pieniądze, czy też jako antyimperialiści zostali subwencjonowanymi ulubieńcami Libii czy Iranu. Bobby Sands nie schodził z pierwszych stron gazet. Za jego trumną kroczyło ponad 100 tys. ludzi z całego świata. Kto szedł za trumną Zapaty? Los dysydentów kubańskich nie wyprowadził na ulice ani jednej większej manifestacji na świecie.

Dyktatura Birmy jest prawicowa, więc pani Aung San Suu Kyi jest z definicji postępowa. Dyktatura Castro jest lewicowa, wiec dysydenci z definicji są podejrzani i ONZ się nimi nie zajmuje.

Owszem, dysydenci na Kubie dostają nagrody, mają poparcie i sympatię opinii publicznej, a nawet Parlamentu Europejskiego, ale nie mają wpływu na reżim ani na równowagę w regionie. Nie mają poparcia jedynej siły zdolnej ukrócić barbarzyństwo braci Castro, to znaczy presji zagranicznych rządów. przeciwnie.

Rzecznik rządu brazylijskiego Marco Aurelio Garcia wygłosił właśnie mowę pogrzebową. - My, powiedział, utrzymujemy stosunki z rządami, a nie z dysydentami. Kropka. Można kopać nowy grób. Morał: obojętność to ostatni krok do tchórzostwa.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':