Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wojciech Orliński: Pewnie pan o tym nie wie, ale w Polsce stał się pan skarbem narodowej tradycji. W każde Boże Narodzenie telewizja musi pokazać "Kevina samego w domu". Raz chcieli zrobić dla odmiany święta bez "Kevina", oburzenie w narodzie było na progu zamieszek ulicznych.

Chris Columbus : Nic o tym nie wiedziałem, to bardzo zabawne. Dlaczego akurat "Kevin"?

Mogę tylko zgadywać, że to była pierwsza wielka atrakcja po zmianie ustroju i "Kevin" kojarzy nam się z powiewem wolności.

- Amerykanom "Kevin" też się bardzo wtedy spodobał. To był gigantyczny sukces, dziesięć tygodni na szczycie listy filmowych hitów. Nie podobał się tylko amerykańskim krytykom, recenzje były w najlepszym wypadku mieszane. Gene Siskel i Roger Ebert byli wtedy najważniejszymi krytykami w kraju i obaj schlastali ten film w swoim wpływowym magazynie telewizyjnym "At the Movies". Gdy Siskel i Ebert dali nam "dwa kciuki w dół", myśleliśmy, że to koniec.

Sukces filmu spowodował jednak, że stacja telewizyjna, w której pracował Siskel, zmusiła go do wzięcia udziału w czymś w rodzaju przeprosin. Nakręcili reportaż o domu w Chicago, gdzie dzieje się akcja filmu. Siskel go prowadził, jakby nigdy nic, w ogóle nie wspominając o tym, jak bardzo ten film mu się przedtem nie podobał.

Zawsze miałem trudne relacje z krytykami, bo z natury swego zawodu starają się trzymać rękę na pulsie najnowszych tendencji. A ja staram się robić filmy ponadczasowe - takie, żeby można je było pokazać w telewizji nawet po dwudziestu latach. "Harry Potter", "Pani Doubtfire" czy "Kevin sam w domu" nadają się do powtórki i nie czuje się, że się zestarzały.

W przypadku "Kevina samego w domu" sięgnąłem po humor slapstickowy. W prawdziwym życiu, jeśli ci spadnie na głowo kowadło, już nie żyjesz. W kreskówkach Hanna-Barbera albo w komediach slapstickowych z czasów niemego kina mogłeś po prostu spod niego wyjść z tylko lekko potarganą czupryną. "Kevin sam w domu" jest więc ponadczasowy o tyle, że sięga po ponadczasową tradycję.

"Kevin sam w domu" - zwiastun

Ma pan niezwykły talent do odnajdywania utalentowanych dziecięcych aktorów, jak Macaulay Culkin czy cała obsada "Harry'ego Pottera". Jak się z nimi pracuje?

- Sekret jest prosty. Należy się pogodzić z tym, że dzieci nie potrafią grać, i trzeba całą pracę na planie zorganizować tak, żeby się miały szansę uczyć w trakcie pracy.

Jak ktoś zna tę kuchnię, zauważy, że w pierwszym filmie o Harrym Potterze w ogóle nie ma długich ujęć z udziałem dziecięcych aktorów. To dlatego, że trzeba było ciągle ucinać sceny, które poszły źle. Pierwszą linijkę aktor wypowiedział dobrze, ale potem się rozkojarzył i już z drugą miał kłopot. A dziecka nie można zadręczać kilkudziesięcioma dublami. Robimy więc cięcie, zaczynamy na nowo od drugiej linijki, i tak w nieskończoność. Poza tym widać, że dzieciom cały czas pomagają dorośli aktorzy, prowokując ich emocje.

A jak w takim razie pan sobie radził z Macaulayem Culkinem? Przecież, jak sam tytuł wskazuje, przez większość filmu jest "sam w domu"...

- Och, było bardzo ciężko. Większość kwestii, które wypowiada sam do siebie, kręciliśmy tak, że patrzył na mnie. To był jedyny sposób, żeby kontrolować jego wzrok - ja po prostu mówiłem jego kwestię, a on ją po mnie powtarzał. Ale jeśli pan zobaczy ten film jeszcze raz, zauważy pan, że też nie ma w nim długich ujęć z Culkinem.

Niesamowite, ja myślałem, że udało się panu znaleźć samorodnych geniuszy. Przecież Daniel Radcliffe czy Emma Watson nieźle teraz grają w filmach dla dorosłych.

- Oczywiście, ale w aktorstwie nie ma samorodnych geniuszy. Nie wiem, czy gdziekolwiek są. Talent może być albo może go nie być, ale nic nie zastąpi setek godzin ćwiczeń i prób. Oni to za sobą już mają. Dużo o tym wiem, bo początkowo myślałem, że będę reżyserem wszystkich siedmiu filmów. Dopiero po nakręceniu pierwszego zrozumiałem, jakie to wyczerpujące, i zacząłem szukać następcy. W trzecim zmienił mnie Alfonso Cuarón, ja byłem wtedy już tylko producentem i z zachwytem patrzyłem, jak dzieciaki wreszcie potrafią grać w długich ujęciach.

W każdym razie, myśląc, że będę z tymi dziećmi pracował do końca, sam ustawiałem im zajęcia szkoleniowe. Plan pierwszego filmu był dla nich jednocześnie szkołą aktorską.

Nie pogniewa się pan, gdy powiem, że moje ulubione części tego cyklu to nie te, które pan reżyserował?

- Mam tak samo. Obserwuję znakomitą grę młodych aktorów w następnych częściach z dumą nauczyciela, który prowadził ich przez dwa lata przyśpieszonej szkoły aktorskiej.

A jak to się stało, że tak trafne były inne decyzje castingowe? Przecież nie od razu było wiadomo o wszystkich moralnych dwuznacznościach, które pojawią się w przypadku postaci takich jak profesor Snape czy Draco Malfoy. Czy J.K. Rowling dawała wam jakieś sekretne porady typu: nie pokazujcie go w przesadnie złym świetle, bo jeszcze się okaże, że sprawa ma drugie dno?

- Zdradziła nam kilka szczegółów, ale nie sądzę, żeby ona sama już wtedy miała jej wszystkie w głowie. Kiedy zabieraliśmy się do kręcenia pierwszej części, dopiero zaczynała pracę nad czwartym tomem. Nie wiem, jak było z Malfoyem. Ale ponieważ Snape to bardzo ważna postać w tym cyklu, rzeczywiście Alan Rickman został przez pisarkę wtajemniczony we wszystko już na samym początku. Grając Snape'a w pierwszej części, wiedział już, co będzie ze Snape'em w ostatniej.

"Harry Potter i Kamień Filozoficzny" - zwiastun

Rodzice czasami mają opory przed nadmiarem przemocy w filmach i książkach dla nastolatków. Jak pan się do tego odnosi jako rodzic i jako twórca książek i filmów?

- Uważam, że problemem nie jest przemoc, tylko gloryfikacja przemocy. Ja tego nigdy nie robię ani w filmach, ani w książkach. Ameryka ma obsesję na punkcie broni. Mnie ta obsesja przeraża. Nie przypominam sobie, żebym w filmie pokazał zabicie człowieka z pistoletu.

Stąd właśnie slapstickowa przemoc w "Kevinie samym w domu". Przecież gdyby to był realistyczny film o współczesnej Ameryce, Kevin po prostu znalazłby pistolet tatusia i zastrzelił przestępców, siebie albo listonosza. Właśnie dlatego, że nie chcę gloryfikować przemocy, pokazuję przemoc fikcyjną, absurdalną, typu zrzucanie pudełka z narzędziami po schodach. Pistolet pojawia się w powieści, ale proszę zauważyć, że od razu towarzyszy mu długi wykład o odpowiedzialności.

Ubocznym skutkiem tej rewolucji jest to, że mniej jest tematów tabu, więc rozrywka dla nastolatków może poruszać poważniejsze tematy. W pańskiej książce "Dom tajemnic" pojawia się na przykład ciekawy podwątek feministyczny...

- Zgoda! Nastolatki dzisiaj po prostu częściej rozmawiają ze sobą na takie tematy. Kiedy pisałem "Goonies", miałem dwadzieścia parę lat. Dialogi bohaterów były inspirowane tym, o czym sam rozmawiałem z kolegami parę lat wcześniej. W "Domu tajemnic" z kolei jest dużo dialogów zainspirowanych tym, co podsłuchuję u swoich dzieci. Cały wątek o feminizmie wziął się stąd, że mam trzy córki i syna i oni często się między sobą spierają na podobne tematy. W ogóle każdy bohater w mojej książce to mieszanka elementów zaczerpniętych z mojej rodziny.

Harry Potter dla opornych

A ten dom, w którym się dzieje akcja powieści, naprawdę gdzieś stoi w San Francisco?

- Ten dom akurat nie, ale jest dzielnica Sea Cliff, w której stoją podobne domy. Gdyby spod mojego biura pojechać California Street do samego końca, aż się dojedzie do oceanu, to znajdziemy się właśnie tam.

Fabuła powieści wydaje mi się trochę nieprawdopodobna. Przecież ktoś by zauważył zniknięcie domu z centrum San Francisco.

- Ale prawdziwe pytanie polega na tym, czy ten dom w pierwszym tomie rzeczywiście znika z San Francisco, czy raczej bohaterowie przenoszą się do alternatywnej rzeczywistości. Może ten dom dalej stoi tam, gdzie stał w prawdziwym San Francisco, za to zniknęły z niego dzieciaki? Odpowiedź pada w drugim tomie!

Skoro ma pan tyle doświadczenia w pisaniu scenariuszy, dlaczego potrzebował pan pomocy innego pisarza, żeby napisać powieść?

- "Dom tajemnic" zaczął się w 1998 r. jako scenariusz. Zdążyłem już napisać 90 stron, kiedy uświadomiłem sobie, że film będzie zbyt drogi w produkcji i nigdy nie powstanie. Potem zacząłem pracować nad "Harrym Potterem" i już nie miałem do tego głowy.

Niedawno odkurzyłem ten projekt i przez chwilę się zastanawiałem, czy próbować robić film albo serial telewizyjny. Ale uświadomiłem sobie, że to by oznaczało konieczność wyrzucenia tego, co mi się najbardziej podoba. Kiedy pojawiają się w powieści piraci, mogą się zatrzymać i porozmawiać o tatuażach. Logika scenariusza filmowego czy telewizyjnego nie pozwala na taką swobodę. Po wielu latach pisania scenariuszy bardzo ją doceniłem. Ale jednocześnie poczułem, że to dla mnie nowe terytorium i nie wiem, jak się po nim poruszać, żeby nie zabłądzić.

Czy kiedykolwiek przerobi pan powieść na film?

- Na razie w ogóle nie mam takich planów i prawdę mówiąc, w "Domu tajemnic" najbardziej lubię to, że jest powieścią. Świat filmu to ogromna presja na sukces pierwszego weekendu. Wszystko od tego zależy. Przez rok pracujesz więc nad czymś, żeby potem w jeden weekend się dowiedzieć, że się udało albo że to porażka. Nic więcej nie można już na tym etapie zrobić.

Powieść żyje własnym życiem. Od premiery książki minęło wiele czasu, a ona ciągle leży w księgarniach i jakieś dzieci odkrywają ją właśnie po raz pierwszy. Wolność w literaturze podoba mi się tak bardzo, że już prędzej chciałbym przenieść do książek pomysły, które mam na dalsze filmy.

W pańskiej książce występuje dziewczynka z dysleksją, którą nagle jest zmuszona pokonać, czytając książki niezbędne do zrozumienia zagadek tytułowego domu. Czy to psychologicznie wiarygodne?

- Owszem, to też jest wzorowane na historii jednej z moich córek.

Była zdiagnozowana jako dyslektyczka i bardzo długo nie mogła przeczytać żadnej książki. Gdy miała 11 lat, przeczytała pierwszego "Harry'ego Pottera", a potem całą sagę aż do końca. Teraz jest wręcz książkowym molem.

Dla mnie to dowód, że czytanie jest rozrywką nastolatków, która nigdy nie zniknie. Może kiedyś papierowe wydanie będzie miało mniejsze znaczenie niż e-book, ale też niekoniecznie. W każdym razie gry wideo czy internet nie zabiją czytania książek. To wszystko będą najwyżej inne ikonki na tym samym iPadzie, za pomocą którego nastolatek czasem będzie grać, a czasem dyskutować ze znajomymi na Facebooku. A kiedy będzie potrzebował czasu tylko dla siebie, wejdzie w tryb "nie przeszkadzać" i pogrąży się w podróży w świat wyobraźni, która jest możliwa tylko z książką.

 

Czy kino może nas jeszcze wizualnie czymś zaskoczyć? Przeszedł pan karierę od filmów, w których efekty specjalne robiono staroświeckimi metodami, jak "Gremliny" czy "Kevin sam w domu", do takich jak "Percy Jackson i bogowie olimpijscy", gdzie greckie bóstwa walczą w Nowym Jorku, bo już wszystko można zrobić na komputerze. Może to już koniec postępu, koniec zaskakiwania widza?

- Kino ciągle zaskakuje. Mieliśmy niedawno wielki sukces, artystyczny i komercyjny, niskobudżetowego filmu "Operacja Argo". Jego akcja dzieje się w latach 70. i był nakręcony jak typowy thriller z lat 70. Widzom się to spodobało. Mieliśmy "Teda" z pluszowym misiem o niewyparzonym języku. Tam są efekty specjalne jak z lat 80. I to też się spodobało.

A kiedy już nam się wydawało, że nic nowego nie można pokazać o kosmosie, Alfonso Cuarón zrobił "Grawitację". Przecież to jest taki sam szok, jaki kiedyś przeżyliśmy na filmach Spielberga. Pełne zdumienia: ale jak oni to nakręcili?

Chciałbym kiedyś zrobić komedię z braćmi Marx - z udziałem braci Marx. Takimi samymi jak prawdziwi, tyle że realistycznie animowanymi komputerowo. Czy to nie byłoby wspaniale, nakręcić kryminał noir, w którym razem graliby George Clooney i Humphrey Bogart?

 

Świętokradztwo!

- Aha! Krytycy byliby oburzeni. I bardzo dobrze, bo ja nie wiem, co w tym świętokradczego. Oczywiście zakładam, że załatwilibyśmy wszystkie kwestie prawne i mielibyśmy legalną zgodę spadkobierców. Czy potrafi pan uzasadnić swoje oburzenie?

Nie. To moja odruchowa reakcja.

- Cóż, moja jest inna. Kino zawsze pokazywało fikcję, nawet w czasach Georges'a Meliesa. Ten George Clooney, którego pan widział w "Grawitacji", też w większości jest fałszywym obrazem, generowanym komputerowo. Przecież aktorzy w tym filmie nie są w kosmosie, tylko w hali zdjęciowej pod Londynem. Stąd już tylko niewielki krok, żeby mieć Clooneya całkowicie bez Clooneya.

Ja nie jestem jedyną osobą, która o tym myśli. Ktoś taki film niedługo wreszcie zrobi, technologia jest już całkiem blisko. Proszę się już zastanawiać nad szukaniem argumentów do tekstu o tym, że to świętokradztwo!

Rozmowa z Nedem Vizzinim** - pisarzem

Wojciech Orliński: Chris Columbus powiedział, że w świecie literatury panuje większa wolność niż w filmie.

Ned Vizzini : To prawda. Pisarz może opisać coś, co ciężko będzie sfilmować, choćby wewnętrzny monolog bohatera. W książce brzmi naturalnie, w filmie wymaga sztucznych rozwiązań takich jak głos z offu. W wielkich hollywoodzkich produkcjach, w których specjalizuje się Chris, trzeba mieć kilka gwiazdorskich nazwisk na plakacie, a role są często pisane pod konkretnych aktorów. W książce można wymyślać dowolnych bohaterów, w dowolnym wieku, o dowolnym wyglądzie.

Pochodzicie z dwóch różnych pokoleń. Columbus to pokolenie X, pan należy do "millennials". Czy zdarzały się wam sytuacje patowe, w których nie mogliście się dogadać?

- Współpraca była bardzo prosta, bo moje pokolenie wyrastało na filmach Columbusa. Wiedziałem, jaka jest jego estetyka i poczucie humoru, na długo, zanim zaproponował mi współpracę. A on przeczytał wcześniej moje powieści, więc dokładnie wiedział, czego po mnie oczekiwać. Na początku uzgodniliśmy trzy zasady: książka ma być zabawna, ekscytująca i każdy rozdział ma kończyć się ma cliffhangerem, jak w powieściach sprzed lat. Obaj mieliśmy podobne nostalgiczne wspomnienia młodzieńczych lektur, na przykład H.P. Lovecrafta czy Raya Bradbury'ego, więc tu też się dogadywaliśmy. Kreatywne konflikty były rzadkie. Zdawaliśmy się wtedy na opinię naszej redaktorki w wydawnictwie Harper Collins.

W powieści występuje niejaki Denver Kristoff, fikcyjny amerykański pisarz sprzed lat. Czy to jest właśnie recepta na Kristoffa - Lovecraft plus Bradbury?

- Ale poczucie humoru Kristoff ma moim zdaniem z Dickensa. No i dodałbym jeszcze Roberta E. Howarda, klasyka pulp fiction, który wymyślił Conana Barbarzyńcę. Howard to w ogóle fascynująca postać. Tworzył w czasach, w których zeszytowe wydania powieści były najważniejszą formą popkultury.

Uwielbiam fikcyjne książki występujące w innych książkach. Fikcyjne powieści Kristoffa odgrywają istotną rolę w "Domu tajemnic", więc miałem dużo zabawy. Czy chodzi panu po głowie ich napisanie? Na przykład tej o piratach.

- Wszystko zależy od reakcji na drugi tom. Jeśli okaże się, że jest zapotrzebowanie czytelników na kontynuację sagi, być może wydamy też książki Kristoffa. W drugim tomie zresztą pojawia się ich jeszcze trochę i moim zdaniem są nawet ciekawsze. Akcja jednej z nich toczy się podczas drugiej wojny światowej.

Zaraz, jak to? Przecież Kristoff umarł przed wojną?

- To tylko jedna z wersji. Proszę nie zapominać, że Kristoff to bardzo tajemnicza postać.

Columbus mówił, że unika broni palnej w swoich filmach i dopiero w powieści zrobił wyjątek. Dyskutowaliście na ten temat?

- Jesteśmy w tej kwestii tego samego zdania. Jest zasadnicza różnica między mieczem a pistoletem. Znacznie trudniej jest zabić kogoś mieczem przypadkowo. Miecze nie przyczyniają się do setek bezsensownych tragedii, do których w Ameryce regularnie prowadzi nadmiar broni palnej. Staraliśmy się więc, żeby w naszej powieści pojawiała się broń z zakresu dziecięcej wyobraźni - miecze, strzały, magiczne pociski. Jest oczywiście kilka wyjątków, czyli pistolety piratów i rewolwer pilota, ale za każdym razem z jakimś komentarzem. A choć w książce pojawia się trochę wyimaginowanej przemocy, chcieliśmy zawrzeć w niej pozytywne przesłanie - że należy się troszczyć o najbliższych bez względu na to, czy aprobujemy ich wybory, czy nie, o znaczeniu jedności, o braterstwie. Tylko z moralizowaniem nie można oczywiście przesadzać, bo czytelnik nie dotrwa do końca, a przesłanie wpadnie w próżnię.

Należę do pokolenia, które boi się, że papierowe książki przeminą. Jak pan to widzi jako młody pisarz?

- Im popularniejszy będzie internet i cyfrowe czytniki, tym bardziej papierowa książka okaże się czymś, co się ma naprawdę, co można wziąć do ręki i postawić na półce. W odróżnieniu od e-booków, których coraz częściej nie mamy nawet jako plików, tylko jako "prawo do przeczytania pliku", a to nie to samo. Tak stało się z rynkiem muzycznym. Internet zabił płytę kompaktową, ale nie winyl. Bo płyta winylowa wciąż jest czymś, co pięknie wygląda na półce.

Nie jestem więc pewien przyszłości najtańszych wydań typu paperback czy książek kieszonkowych. Coraz większe będzie natomiast znaczenie kolekcjonerskich wydań, w twardych okładkach, z piękną obwolutą i bogatymi ilustracjami. Książek, które kupuje się na całe życie, czasem nawet po prostu jako symbol statusu. Nie chcę mówić w imieniu całego pokolenia, ale wydaje mi się, że właśnie my mamy szczególną świadomość różnicy między czymś trwałym a czymś, co tylko ulotnie istnieje w świecie wirtualnym. Po prostu dlatego, że mniej lub bardziej boleśnie przechodzimy taką lekcję wcześnie w życiu.

Ja kolekcjonuję wydania w twardych okładkach. Proszę, oto mój najnowszy nabytek [Vizzini podaje mi książkę ze stolika ]: "Sombrero Fallout" Richarda Brautigana, pierwsze wydanie z 1976. Jaka to piękna książka! Okładka po prostu zaprasza do czytania.

Cokolwiek powiedzieć o sadze "Zmierzch", okładki ma wspaniałe, okładki kolejnych tomów układają się w graficzną opowieść, którą natychmiast chcemy poznać. Okładka pierwszego tomu, z ręką trzymającą jabłko, przejdzie do historii wzornictwa, to jest mistrzostwo.

Może stąd rozczarowanie krytyków, że treść już nie jest taka dobra jak okładki?

- Nie sprowokuje mnie pan do powiedzenia ani jednego złego słowa o "Zmierzchu", bo sprawia, że młodzi czytają. Skończą "Zmierzch", sięgną po inne książki, bo jak się odkryło przyjemność czytania, to się już jej nie zapomni.

Pamiętam spotkanie z czytelnikami w jakiejś bibliotece w 2005 r., gdy zobaczyłem pierwsze fanki "Zmierzchu". Rozmawiały o nim ściszonym głosem, jakby zdradzały sobie jakiś sekret. "Słyszałaś o tej książce? Jest niesamowita!" - szeptu, szeptu, szeptu. Czy może być większe uznanie dla pisarza? Pan jako krytyk może uważać, że pisarze marzą o dobrych recenzjach albo o nagrodach literackich. Ale tak naprawdę nie ma dla nas większej nagrody niż szept czytelnika, który poleca naszą książkę innemu czytelnikowi.

''Dom tajemnic'' , Chris Columbus, Ned Vizzini, Przeł. Katarzyna Janusik, Znak, Kraków

* Chris Columbus - ur. 1958, amerykański filmowiec. Reżyser lub scenarzysta wielu kasowych hitów, m.in. "Gremliny rozrabiają" (1984), "Kevin sam w domu" (1990), "Pani Doubtfire" (1993), "Dziewięć miesięcy" (1995), dwa pierwsze "Harry Pottery" (2001 i 2002), "Noc w muzeum" (2006) i "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" (2010 i 2013).

** Ned Vizzini - ur. 1981, amerykański dziennikarz i pisarz. Autor komediodramatu "Całkiem zabawna historia", który sfilmowano z udziałem Zacha Galifianakisa i Zoe Kravitz. To opowieść o młodym człowieku, który musi szukać szpitalnej pomocy, żeby walczyć z depresją.

Wspólnie napisali powieść "Dom tajemnic". Opowiada o trójce współczesnych nastolatków z San Francisco, którzy zostają uwięzieni w dziwnym domu należącym do zmarłego przed laty ekscentrycznego pisarza Denvera Kristoffa. Okazuje się, że cały dom przenosi się w pełen przygód i grozy świat jego powieści.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.