Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Warszawa: 25 lat mojej Rakowieckiej

Fot. Gazeta Wyborcza To nie jest główna warszawska ulica, żadna Marszałkowska, Krakowskie albo pl. Defilad, ale Polskę widać tu jak nigdzie indziej. Wszystkich tu masz - pana, wójta i plebana, a do tego owoce ostatnich 25 lat - urbanizację, dekomunizację i sprawną komunikację.

Znam Rakowiecką jak zły szeląg - w stojącym przy niej kościele mnie ochrzczono, tu załatwiałam dowód w urzędzie, tu mam swój warzywniak dla tych, co pracują do późna, czyli czynny do 22.

Tylko kina już nie mam - a stało u wylotu Rakowieckiej. To była słynna na całą Polskę, wybudowana pod koniec lat 40. Moskwa. Dzięki fotografii Chrisa Niedenthala stała się symbolem stanu wojennego. Każdy to widział: pod neonem Moskwy bijący po oczach tytuł "Czas Apokalipsy", a na chodniku transporter opancerzony skot i żołnierze.

To był symbol i upadek kina też jest symbolem tego, co wydarzyło się w Warszawie przez ostatnie 25 lat. Wcale nie poszło o ideę, ale o pieniądze.

Moskwę zburzono w 1996 r. nie w rewanżu albo z niechęci do Wielkiego Brata. Po prostu przestała się opłacać - miała tylko jedną salę, za to od razu na 1,2 tys. osób. Trudno wypełnić taką widownię. Stała na dużym skwerze, a tu ceny działek rosły jak oszalałe. W jej miejscu postawiono chaotyczny, brzydki gmach o architekturze typowej dla lat 90., która wtedy wydawała się nowoczesna, a dziś zgrzytam na jej widok zębami. W piwnicy powstał multipleks, ale czas przyspieszał i po kilkunastu latach okazało się, że wielosalowe i nowoczesne kino to za mało, bo według nowej mody musi sąsiadować z centrum handlowym. Multipleks zamknięto w 2009 r., dziś w jego miejscu jest klub fitness, a na parterze pojawił się Starbucks - ta amerykańska sieć barów z kawą od czterech lat z powodzeniem kolonizuje Warszawę i dla wielu jest dziś symbolem Zachodu, jak przed 25 laty McDonald's.

Fot. Chris Niedenthal
Warszawa. Kino Moskwa

***

Dalej Rakowiecka jest dość ponura - ciągną się tu monumentalne budynki instytucji nie bez przyczyny nazywanych "siłowymi". Mało mam do nich sentymentu, ale zdradzę, że wieczorem lubię przystanąć tuż obok Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. I nie z troski o losy ojczyzny, ale by podziwiać w przesmyku między budynkami widok na warszawskie city - rosnące w górę rozświetlone wieżowce.

Rzadziej, i za dnia, wpadam do mieszczącego się przy Rakowieckiej urzędu dzielnicy. I jak nigdzie widzę: lokalna władza zrozumiała, że obywatel to klient i musi być zadowolony. Jeszcze w latach 90. zgubiłam się w nim nieraz i musiałam znosić fochy urzędników. Sprawę załatwiało się na czwartym piętrze, czekało pod zamkniętymi drzwiami w korytarzu bez krzesła i zawsze trzeba było donieść znaczek skarbowy - do kupienia na parterze. Dziś na parterze jest urządzony w jasnych kolorach punkt obsługi mieszkańców, bierze się numerek i czeka (o ile w ogóle) na ławce. A uśmiechnięci urzędnicy pomagają wypełnić każdy druk, długopis podadzą, nie jedzą przy tym kanapek, min nie robią. I sami zadzwonią po kilku dniach, że już sprawa załatwiona.

Naprzeciwko urzędu bar orientalny Nhanh Nhanh - pozostałość po fali wietnamskiego jedzenia, pierwszej z szeregu kulinarnych mód, które przetoczyły się przez Warszawę w ostatnim ćwierćwieczu. Potem były kebaby, sushi, belgijskie frytki, hamburgery. Nhanh Nhanh nadal dzierży sztandar i do dziś cieszy się opinią solidnej firmy.

Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
Warszawa. Kino Moskwa (powyżej) zastąpił nijaki, biurowo-handlowy gmach

Po drugiej stronie ulicy - słynny Areszt Śledczy Warszawa Mokotów, czyli więzienie przy Rakowieckiej - pomnik dramatycznej polskiej historii XX w. Zbudowane ponad 100 lat temu zyskało ponurą sławę w latach stalinowskich. Tu w przepełnionych celach przetrzymywano żołnierzy AK i NSZ. Torturowano i zabijano ich strzałem w tył głowy. Tu zginął zastępca komendanta AK gen. Nil. W jednej celi z katem warszawskiego getta Jürgenem Stroopem trzymano Kazimierza Moczarskiego.

Kazimierz Moczarski. Kim był autor "Rozmów z katem"?



Teraz nazwiska ofiar upamiętnia tablica, pod którą często palą się znicze, portret gen. Nila odsłaniał Olgierd Łukaszewicz, który zagrał go w filmie Ryszarda Bugajskiego.

Dawny pawilon "S", w którym w latach 50. torturowano i dokonywano egzekucji, to dziś miejsce obserwacji sądowo-psychiatrycznych. W dawnej celi śmierci jest siłownia.

Ale Rakowiecka to wciąż najsłynniejszy areszt. Bogdan Wróblewski, reporter sądowy "Wyborczej", pisał w 2004 r.: "Nie największy, ale z powodu położenia niemal w centrum miasta, a przede wszystkim historii - najważniejszy. Nieraz widziałem, jak na procesach oskarżeni pytani, skąd zostali doprowadzeni, dumnie podnosili głowę i meldowali: 'Mokotów'".

Niemal sto lat po zbudowaniu aresztu otwarto w nim specjalny pawilon dla najgroźniejszych przestępców z matowymi szybami, przez które wpada światło, ale świata nie widać. To tu trafili najsłynniejsi gangsterzy pierwszych lat wolności: "Malizna", "Słowik", "Uchal", "Mutant". Drzwi są pancerne, a więźniów obserwuje się 24 godz. na dobę.

Na Rakowieckiej siedzieli i Lew Rywin, i doktor G. Gdy opuszczali to miejsce, można było zobaczyć, jak zmieniły się media. Przed '89 rokiem areszt na Rakowieckiej w nich się raczej nie pojawiał. Gdy więzienna furta otwierała się przed Lwem Rywinem i doktorem G., na Rakowieckiej koczowały tłumy dziennikarzy i fotoreporterów, wozy transmisyjne zastawiły chodniki.

***

I tak dotarliśmy do Niepodległości (alei). 25 lat temu to skrzyżowanie było rozryte przez budowę. W 1995 r. otwarto stację metra Pole Mokotowskie. Nic tak nie zmieniło tej okolicy, a i całej Warszawy. Codziennie wylewa się tu tłum studentów Szkoły Głównej Handlowej (w PRL-u Szkoła Główna Planowania i Statystyki). Morze ludzi przesiada się do tramwajów, by dojechać do pobliskiego centrum biurowego (w 1989 r. były tam zakłady przemysłowe i pola kapusty).

Metro jest niezawodne, czyste i punktualne. I szybciej dojadę nim do centrum niż samochodem.

Ale kiedy patrzę na tę osiemnastoletnią stację, widzę też, jak zmieniły się nasze wymagania. Otóż nie sposób wydostać się z niej windą na przystanek tramwajowy, trzeba pokonać strome schody. Odkryłam to kilka lat temu, pchając wózek z dzieckiem.

Jak to możliwe? Ta stacja, jak i cały otwarty w 1995 r. fragment pierwszej linii warszawskiego metra, była wymyślona jeszcze w PRL-u pod dyktando projektantów radzieckich, którzy nie uważali, że trzeba zapewnić jakiekolwiek wygody rodzicom z dzieckiem czy niepełnosprawnym. Niech siedzą w domu. Dziś nowe stacje projektuje się inaczej - nauczyliśmy się, że prawem obywatela z wózkiem/na wózku jest wygodnie dojechać i bez problemów się przesiąść. No i metro budujemy za unijne pieniądze.

***

A po skrzyżowaniu z Niepodległości jest moja ulubiona Rakowiecka - pełna pięknych kamienic (jeszcze niedawno na wszystkich były ślady po powstańczych kulach, teraz znikają, bo wspólnoty remontują elewacje), z dawną szkołą dla rosyjskich uczniów (dziś słychać tu rosyjski, ale na nikim nie robi to wrażenia). Na pętli stoją już tylko niskopodłogowe, nowoczesne tramwaje. Tu wciąż jest stary fryzjer, zegarmistrz i jeden sklep, w którym można kupić coś, co nazywa się "reformy damskie" (nie do dostania w centrum handlowym).

Na końcu ulicy, na dawnych działkach i nieużytkach kilka lat temu stanęło nowe osiedle. Czasem tam chodzę, ale trudno spacerować, bo chodniki wąskie i dużo samochodów - to problem wielu nowych warszawskich osiedli.

No więc zamiast się zastanawiać, ile kosztuje tam metr ekskluzywnego mieszkania, zatrzymajmy się jeszcze na chwilę w kościele - sanktuarium św. Andrzeja Boboli. Ma akurat tyle lat, ile wolna Polska - jego budowę zakończono 25 lat temu. Wcześniej księża jezuici odprawiali msze w sąsiedniej kaplicy. Przed ołtarzem w szklanej trumnie leżą relikwie św. Andrzeja. Wystrój jest skromny. Kazania - zazwyczaj o Piśmie. W ogłoszeniach parafialnych zaproszenia na modlitwy ekumeniczne. Z księdzem, który kiedyś przyszedł po kolędzie, pogadaliśmy sobie o kłopotach prasy drukowanej. Pierwszy raz w polskim kościele widziałam tu służącą do mszy ministrantkę (opiekujący się ministrantami ks. Stanisław Pacholik mówił "Wyborczej": - Była pani, która uważała, że koniecznie powinny mieć związane włosy, żeby nie wpadły do kielicha. Tylko jeden pan miał pretensje, że ministrantki go rozpraszają).

A wszystko to piszę w podziemiach kościoła, gdzie kawiarenkę przejął nowy ajent, więc jest kącik dla dzieci, na stoliku leży "Tygodnik Powszechny" i można zamówić latte (cena warszawska). A na święta zamówiłam tu ryby, bo warszawskie gospodynie coraz częściej zamawiają, zamiast się przed świętami urobić. I dzięki temu miałam czas, żeby z synem posiedzieć na peronie i pogapić się na metro.

Płock: Jak wioska zabiła tysiącletni gród

Dokładnie ćwierć wieku temu w Płocku zaczął powstawać mój blok. Brzydki jak wszystko z wielkiej płyty, samotny. A jednak chciałam w nim mieszkać, bo - ku zdumieniu rodziny - marzyło mi się życie na wsi. Czy mogłam przypuszczać, że to miejsce stanie się kiedyś faktycznym centrum miasta?

Jest rok 1982. Wieś Podolszyce, taka prawdziwa, z uprawami rolnymi, końmi, krowami, świniami i drobniejszym inwentarzem, zostaje przyłączona do Płocka. Ma tam powstać osiedle mieszkaniowe. Pierwsze bloki zasiedlają powodzianie, ofiary wielkiej wody, która zalała lewobrzeżne Radziwie w latach1981-82.

Fot. Tomasz Niesłuchowski
Płock. 25 lat temu stały tu w błocie pierwsze bloki. Sklepów nie było

Pod koniec lat 80. zaczęli stawiać kolejny blok - jeszcze dalej od miasta, właściwie na samym jego skraju, w kompletnej pustce. Komuna właśnie wydawała ostatnie tchnienie, robotnicy budowlani mieli jakieś problemy z pensjami, więc pracowali według zasady: "Jak nam płacą, tak my robim". I robili - długo i byle jak. Wreszcie w roku 1991 wezwano nas, przyszłych lokatorów, na odbiór mieszkań. - Jak się będzie mieszkać na takim odludziu? - zastanawiali się wszyscy. Rzeczywistość przerosła nasze najgorsze oczekiwania - tych mieszkań jeszcze nie było! W niektórych klatkach nawet schody były niekompletne, a przez cały blok można było przejść na jednym poziomie, bo w ścianach między lokalami ziały otwory robocze wielkości drzwi, które ułatwiały komunikację budowlańcom. No i je zostawili. Wybuchło piekło: ludzie toczyli pianę, prezes spółdzielni się bronił, ktoś się popłakał. "Alternatywy 4" niech się schowają!

Nie pamiętam, czy tych odbiorów było jeszcze trzy, czy cztery, ale w końcu zaczęły się przeprowadzki. Horror! Nie było żadnej drogi, ulicy, szklane rzeczy grzechotały w starych żukach, które dostaliśmy do transportu, część się tłukła, pasażerowie wpadali w szał, i tak się to wesoło toczyło.

Po rozpakowaniu tego majdanu okazywało się, że wszyscy przewieźliśmy mnóstwo śmieci, więc szły pielgrzymki do śmietnika, a tu... śmietnika nie ma! No to siup - wyrzucało się to przed klatkę schodową.

Ranek, dzień po przeprowadzce. Dzieci chcą jeść, a sklepu oczywiście nie ma. Z ryczącą z głodu progeniturą jadę więc do cywilizacji, a że popadało, to do szosy i autobusu przedzieramy się przez bagno. Pasażerowie krzywo patrzą na widok błotnych ludków. Potem sąsiedzi wymyślili patent - na normalne buty naciągało się torby foliowe, które po pokonaniu błota lądowały w rowie. Chyba w żadnym rowie na świecie nie było tylu worków foliowych.

Dla czytelnika, który ma nieco więcej niż 25 lat, ta opowieść nie jest niczym nadzwyczajnym, bo właściwie wszędzie tak było. Nie to, co teraz, kiedy blok powstaje krócej niż rok, od razu z drogami dojazdowymi, trawnikami, placami zabaw. Myśmy o to wszystko musieli przez lata toczyć boje. Podolszyce tymczasem rosły, a moje osiedle zyskało wdzięczną nazwę Zielony Jar. I wciąż były to peryferie, na które nikt nie chciał się sprowadzać, choć sielsko skakały tu króliki i przemykały bażanty, a ceny mieszkań należały do najniższych w Płocku. Aż nadszedł ten dzień - dzień, kiedy zadziałała ręka rynku...

W 2001 roku właśnie na Podolszycach powstał pierwszy w mieście hipermarket sieci Auchan. Płock ruszył szeroką ławą na zakupy, a kapitał dalej inwestował w dawnej, peryferyjnej sypialni miasta. Obok powstał hipermarket budowlany Obi, potem dwie galerie handlowe, duży salon meblowy Agata Meble. Mamy tu dziś najnowocześniejszy w Płocku, naprawdę wspaniale wyposażony plac zabaw dla dzieci, rośnie też park. Wkrótce zakończy się budowa kolejnego centrum handlowego. To my jesteśmy teraz centrum Płocka.

Miasto próbowało się przed tym ratować, remontując dawną, reprezentacyjną ulicę Tumską. Niewiele to dało, bo po remoncie Tumska opustoszała. Ceny najmu lokali tak wzrosły, że stać było na taki luksus tylko banki. A ileż można chodzić do banków?

Dlatego to do nas na Podolszyce przyjeżdżają dziś pielgrzymki z całego miasta i okolicy, a starówkowe centrum umiera: nie ma w nim ludzi, tylko nasze zacne płockie zabytki.

Ożywianie centrum, czyli orka na skalistym ugorze



Pewnie gdyby wciąż trwała komuna, zapyzielibyśmy całkiem na naszych Podolszycach i Zielonym Jarze. Nie jestem jednak pewna, czy ta przemiana ostatniego ćwierćwiecza tak bardzo mi odpowiada. Znów marzę o przeprowadzce na prawdziwą wieś.

Łódź: Od Chinatown do OFF Piotrkowskiej

Na przełomie XIX i XX wieku na półtorahektarowej działce przy ul. Piotrkowskiej Franciszek Ramisch wybudował fabrykę bawełny. Po stu latach, wraz z ponownym nadejściem kapitalizmu, fabryka zbankrutowała. Supermarket, który tam otworzono, nie miał szans z blaszanymi hipermarketami, które oplotły Łódź. Kiedy upadł, na terenie fabryki została tylko obskurna pijalnia piwa, obok której wyrosły paskudne plastikowe budki z azjatyckim jedzeniem. Tak powstało łódzkie Chinatown. Przez lata w sercu miasta unosił się zapach tłuszczu, sajgonek i moczu, bo w głębi podwórka urządzono dziką toaletę.

Na początku XXI wieku właścicielem fabryki Ramischa została Orange Property Group. Nowi właściciele snuli opowieści o pasażu z restauracjami, ekskluzywnych sklepach, eleganckim hotelu i kasynie. Z biegiem lat ich projekty się zmieniały: miały być lofty, food court pod szklanym dachem, a nie zmieniało się tylko jedno - Chinatown.

Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Łódź. Modna dzisiaj OFF Piotrkowska - do niedawna miejsce wstydu

Kiedy łodzianie przestali już wierzyć, że z Piotrkowskiej 138 kiedykolwiek wyparuje zapach spalonego tłuszczu, plastikowe budy zniknęły. Orange Property Group zdecydowała o stworzeniu OFF Piotrkowska - miejsca nie tylko dla gastronomii, ale także centrum modnych "przemysłów kreatywnych". - Wynajmujemy przestrzenie w fabryce, szukamy osób z fajnymi pomysłami, które chciałyby tu zrobić coś ciekawego. Obok restauracji pojawią się klubokawiarnie i biura architektoniczne. Wiele zależy od inwencji osób, które zaangażują się z nami w projekt - mówili szefowie firmy.

W Łodzi żyje się lepiej niż w Krakowie? List do redakcji



I udało się. Fabryczne mury wypełniły kluby, galerie, butiki, pracownie i sklepy. Zasada była jedna - lokale i sklepy musiały być oryginalnym pomysłem, sieciówki nie wchodziły w grę. I właśnie oryginalność zdecydowała o sukcesach sklepu Pan Tu Nie Stał, klubu Mebloteka Yellow, alternatywnego Klub Dom, klubokawiarni Spaleni Słońcem, restauracji Drukarnia czy Tari Bari. Na OFF Piotrkowska są też sale prób i pracownie artystyczne. Siedziby mają tu biura architektoniczne, sklepy odzieżowe lokalnych marek i niezależne wydawnictwa. W ciągu dnia kluby zamieniają się w kiermasze, w soboty odbywa się Eko Targ.

Dla młodych łodzian OFF Piotrkowska stała się przeciwwagą dla komercyjnej Manufaktury. Dlatego właśnie ta alternatywna, artystyczna przestrzeń - jako nowa wizytówka Łodzi - trafiła do porannej "Kawy czy herbaty" w telewizyjnej Dwójce.

Szczecin: Kontenerowce i kajaki

Połowa lat 90. Jedna z moich pierwszych kajakowych wycieczek po Szczecinie. Dopływam Odrą w rejon stoczni. To zaledwie kilkaset metrów na północ od nabrzeża przy Wałach Chrobrego - wizytówki Szczecina, efektownych tarasów i gmachów z początku XX wieku, które królują na pocztówkach. Druga wizytówka to właśnie Stocznia Szczecińska z dwiema wysokimi na 70 metrów, żółtymi suwnicami. Nabrzeża zajęte przez zwodowane już kadłuby statków, kolejne montowane są na dwóch pochylniach. Huk uderzeń w stal, maszyn, nakładające się głosy...

Stocznia jest wtedy dumą miasta. Podobne zakłady w Trójmieście po 1989 r. ledwo zipią, z kolebką "Solidarności" Stocznią Gdańską na czele. A w Szczecinie odnaleźliśmy się w nowych czasach. Budujemy rozchwytywane przez armatorów ponad 200-metrowe kontenerowce i nowoczesne chemikaliowce. Gdy ogólnopolskie gazety piszą o gospodarczym cudzie lat 90. nad Odrą, wzorcu dla Trójmiasta, szczecinianie odkrywają przedwojenną historię miasta i stoczni. To na naszych pochylniach na początku XX w. powstawały największe i najszybsze transatlantyki świata zdobywające prestiżową Błękitną Wstęgę Atlantyku. Budowaliśmy nawet pancerniki dla Chin. To, że Szczecin był wówczas niemiecki, nie ma większego znaczenia. Bo to przecież nasze, szczecińskie pochylnie. Po wojnie mozolne podnoszenie zakładu z ruin, setki zwodowanych statków i nie mniej znaczący niż w Trójmieście udział stoczni i stoczniowców w dramatycznym Grudniu '70i Sierpniu '80.

Rok 2009. Prowadzę kajakową wycieczkę. Dopływamy przed jedną z pochylni. Cisza. Tak nienaturalna dla tego miejsca. Mamy wrażenie, że nastąpił koniec świata, że zamarło całe miasto.

- I gdzie się podziała wasza duma? - pyta jeden z uczestników wycieczki.

Głupio stracona. Niedozwolona pomoc publiczna, interwencja Komisji Europejskiej, nakaz podziału i sprzedaży zakładu. Wcześniej amatorskie zarządzanie, bałagan, polityka, a jeszcze wcześniej niejasne do dziś wyrwanie firmy z prywatnych rąk przez państwo i bezpodstawne oskarżenie jej szefów.

Zapomniane urodziny symbolu Szczecina. Stocznia miałaby dziś 65 lat. Wspomnienia i ZDJĘCIA



Rok 2013. Zdewastowany majątek, niejasny stan własnościowy, prawny, kolejne obietnice znalezienia inwestorów. Stocznia staje się symbolem upadku wszystkich większych zakładów działających po wojnie w Szczecinie.

Przez cały roku trwa dyskusja, po co do dziś w rejon stoczni jeżdżą aż cztery linie autobusowe i trzy tramwajowe. 1 stycznia 2014 r. jedną z nich skierowano na inną trasę.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.