Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Tadeusz Sobolewski: Po "Rzezi" zapowiadał pan duży film o sprawie Dreyfusa, do którego scenariusz pisał, podobie jak do "Autora widmo", Robert Harris. Tymczasem niespodziewanie powstała "Wenus w futrze", adaptacja sztuki Davida Ivesa opartej z kolei na XIX-wiecznej noweli Sachera-Masocha. Nagle taki pomysł?

Roman Polański: Mój agent dał mi scenariusz "Wenus..." w ubiegłym roku w Cannes, gdy pokazywałem odrestaurowaną "Tessę". Nie mogłem się oderwać od lektury - od razu pomyślałem, że to coś dla mnie.

Co w tym pana tak zafrapowało?

- Ja w kinie potrzebuję wyzwań, zadań niezwykłych. Tego, co Francuzi nazywają "un defi". W "Nożu w wodzie" takim wyzwaniem było ograniczenie się do trojga aktorów na łódce. Zawsze chciałem pójść dalej - zrobić film na dwie osoby. Tak właśnie jest tutaj: reżyser i aktorka we wnętrzu pustego teatru. Nikogo więcej.

Sytuacja właściwie wyimaginowana.

- W każdym razie nieoczywista, nie całkiem realistyczna. Musiałem pokazać, jak się zmienia. Na początku jest to zwykła próba, ale potem tych dwoje już nie próbuje. Oni już nie grają sztuki - są wewnątrz niej, zaczynają w nią wierzyć. Pozornie statycznej sytuacji musiałem nadać filmową dynamikę. I to właśnie było wyzwaniem. Kamera raz jest umieszczona na eliminującym wstrząsy stedicamie, raz na wózku. Widz może tych wszystkich zabiegów nie wychwycić, ale poczuje różnicę.

Bóg go ukarał i oddał w ręce kobiety - recenzja "Wenus w futrze".



Ten tekst to modelowe studium męskiego masochizmu. I sztuka, i pana film to jakby nowe rozdziały starej wojny płci. Ona musi trwać. U Masocha kobieta zwycięża.

- Bardzo mnie w tym projekcie pociągał temat seksistowski. Ale nie w sensie "porno", czy nawet, zdrobniale, "pornish" - tego byście chcieli? To jest satyra na wszelki seksizm. Rodzaj zemsty, rewanżu. Bo ja wciąż daję kobietom kwiaty. W kwestii feminizmu staram się nie być hipokrytą i zachować obiektywizm. A to, że zrobiłem film, w którym to kobieta zwycięża, nie znaczy, że wyznaję filozofię women's lib. Przeciwnie, nie podoba mi się maskulinizacja kobiet. Nie chcę się nad tym dłużej rozwodzić, ale proszę popatrzeć, to widać nawet w projektach zmian językowych. W angielskim jest taka tendencja, żeby w ramach równouprawnienia nazywać kobietę aktorkę "aktorem". Ale gdyby tak zacząć uwzględniać różne męskie pretensje, trzeba by mówić o homoseksualiście Laurensie Olivierze "actress". Albo takie zdanko: "wielka aktorka Arnold Schwarzenegger" - u niego przecież tak ważne jest ciało.

W "Wenus w futrze" kobieta zamienia się w groźną boginię Afrodytę.

- No, tak już jest, że dajemy kwiaty raczej boginiom niż bogom mężczyznom, prawda?

Widział pan od razu Emmanuelle Seigner w tej roli?

- To rola stworzona dla niej. Gra aktorkę. I sama jest zadomowiona w teatrze - wnuczka wielkiego Louisa Seignera z Comedie Française. Poza tym Emmanuelle w życiu zachowuje się tak jak Vanda. Nie ma w niej żadnego skrępowania. Mówi od razu, co myśli. A w tej roli wspaniale się zmienia, pozbywa się początkowej wulgarności i w końcu staje się boginią. Alexandre Desplat świetnie zrozumiał tę niedosłowność. Powiedział od razu, że w tym filmie trzeba dużo muzyki. I wypełnił go rytmami przechodzącymi w greckie buzuki.

Historia Romana Polańskiego - przypominamy serię reportaży o życiowej i artystycznej drodze reżysera



Wszyscy mówią, że Mathieu Amalric, który gra reżysera, jest pana fizyczną kopią.

- A właśnie on na początku nie był do tego przewidziany. To Spielberg, kiedy kręcił w Paryżu "Monachium", mi go przedstawił. Mathieu od razu powiedział: "Chciałem cię poznać, bo ludzie często biorą mnie za ciebie". Z początku tego nie dostrzegałem, ale potem, jak przyjrzałem się fotosom, uznałem, że coś w tym jest.

Ten film odbieram jako hołd teatrowi. Bo teatr sublimuje życie, wszystko, co w nas podejrzane.

- Ja znam teatr. Lubię jego przestrzeń, jego zakamarki, maszynerię. Tam przecież zaczynałem - w krakowskim Teatrze Młodego Widza. Czternastolatek w głównej roli. Dziecięca gwiazda. Sukces. Potem w życiu zawsze regularnie wracałem do teatru, wystawiałem sztuki, grałem w nich. Reżyserowałem nawet opery. "Wenus w futrze" jest mi bliska, bo aż za dobrze wiem, co to jest casting i jak wyglądają próby. We Francji casting teatralny odbywa się często na scenie, w pustym teatrze, wśród dekoracji do innej sztuki. Tak właśnie jest w filmie, inaczej niż w sztuce Ivesa: stoi dekoracja do "belgijskiego musicalu" według westernu "Dyliżans" Johna Forda. Wymyśliliśmy taki idiotyzm: "belgijski musical"!

I ten falliczny kaktus, do którego reżyser będzie przykuty... Często chodzi pan do kina?

- Oglądamy z Emmanuelle masę filmów. Ale w "Wenus w futrze" chciałem pójść pod prąd, zrobić film kameralny, niskobudżetowy. Wiadomo: im większy budżet, tym mniej wolności. O, jak ja znam te maile z wytwórni: "Roman, wspaniały scenariusz, tylko trzeba w nim jeszcze...".

A co z projektem filmu o Dreyfusie?

- Najpierw scenarzysta Robert Harris wyda powieść "Oficer i szpieg". Jak wiadomo, sprawa Dreyfusa podzieliła na przełomie wieków nie tylko Francję, ale też całą Europę. Powstało na ten temat ponad dwieście książek i wciąż wychodzą nowe fakty w związku z otwieraniem się archiwów.

Włodzimierz Kalicki przypomina 22 XII 1894: ogłoszenie wyroku w sprawie Alfreda Dreyfusa.



Oficer żydowskiego pochodzenia oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Nagonka na niego zjednoczyła narodowców i prawicę. Film polityczny na dziś? Nowe "Oskarżam" - jak w słynnym artykule Emila Zoli?

- Niezupełnie tak, trochę inaczej. Robert wydobył postać, która dotąd pozostawała w cieniu sprawy. To Georges Picquart, młody francuski oficer. Można nawet powiedzieć - antysemita. W każdym razie nie lubił Dreyfusa. Został szefem komórki wojskowej, która nazywała się "sekcją statystyki", a miała po prostu inwigilować armię. I właśnie on odkrył, że oskarżenie Dreyfusa o szpiegostwo było fałszywe. Szpiegiem, który sprzedawał informacje Niemcom, był inny oficer, z pochodzenia Węgier, Esterhazy. Picquart nie chciał sprawy odpuścić, ale minister wojny kazał mu milczeć, nie chciał przyznać, że wojsko popełniło błąd. Żeby się go pozbyć, wysłano go do Tunisu na niebezpieczną misję. Ale Picquart był zbyt inteligentny, żeby dać się zabić. W końcu znalazł się we Francji w więzieniu. Obaj byli uwięzieni, bo Dreyfus był na zesłaniu na Diabelskiej Wyspie. Po słynnym "J'Accuse" Zoli Dreyfus wrócił do kraju i zaczął się nowy proces. No, a co było dalej, dowiecie się z filmu... Czy to nie jest współczesna historia?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.