Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Filip Springer: W 1999 r. po raz pierwszy wszedł pan do Stoczni Gdańskiej, by tam fotografować. W 2003 r. zamieszkał pan na terenie Stoczni, w Kolonii Artystów. W 2008 r. kupił pan mieszkanie, z którego balkonu Stocznię widać jak na dłoni. Ale żeby zrobić tę rozmowę, wsiedliśmy do pociągu w Warszawie i właśnie dojeżdżamy do Gdańska. Dlaczego już tam pan nie mieszka?

Michał Szlaga: Moja wyprowadzka do Warszawy była podyktowana względami zawodowymi, utrzymuję się głównie z pracy fotografa prasowego i reklamowego, większość rynku redakcji i agencji, z którymi pracuję, ma siedziby w Warszawie. Nie zrobiłem tego wcześniej właśnie z powodu Stoczni, ale po wydaniu książki „Stocznia/Szlaga” i uporządkowaniu innych stoczniowych tematów mogłem w końcu to zrobić. W tej chwili pracuję głównie z archiwum, mogę więc nadal pracować ze Stocznią z innego miejsca. Oczywiście wyprowadzka na kilka lat z Gdańska pozwoli mi spojrzeć z dystansu na temat Stoczni.

Jak pan tam trafił?

- Pod koniec lat 90. zeszłego wieku wchodziłem na teren zakładu jako student gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Miałem pismo z uczelni, wiedziałem, że zakład został sprzedany i będzie się zwijać. Chciałem się temu przyglądać za pomocą aparatu. To miał być mój twórczy poligon. Interesowali mnie ludzie, ich praca, historie, proces technologiczny, sposoby udomawiania czy oswajania fabrycznych przestrzeni.

Treść tego zakładu była ważna. Architektura i wątek „Solidarności” właściwie mnie nie interesowały, pierwszy raz się połączyły chyba w portrecie Anny Walentynowicz, który robiłem na zlecenie „Newsweeka” w 2004 r. Zaprosiłem ją na spacer po Stoczni, sfotografowałem na tle ruin jednego ze stoczniowych budynków.

Ale zanim dojedziemy do Gdańska, chciałem panu pokazać inne zdjęcie, które moim zdaniem z tym całym procesem bardzo się łączy. Proszę zobaczyć.

Jakaś uroczystość na placu "Solidarności".

- To wmurowanie kamienia węgielnego pod Europejskie Centrum Solidarności. Maj 2011 r. Zrobiłem to zdjęcie z balkonu. Widać na nim garstkę ludzi, może dwieście osób, scenę, telebim. Głównym gościem był prezydent Bronisław Komorowski, jeśli się przyjrzeć, to się zobaczy, że na tym wielkim ekranie widać, jak wita się z dziećmi.

Gdańska grupa Nic o Nas bez Nas zrobiła tego dnia Marsz Pustych Garnków, którego uczestnicy sprzeciwiali się polityce socjalnej miasta. Całą tę uroczystość odgrodzono więc szeroką strefą buforową, żeby nic nie zburzyło podniosłości tej chwili. Ochroniarze, Biuro Ochrony Rządu. Z jednej strony mamy więc ludzi celebrujących budowę za 280 mln zł, z drugiej przepychankę, bo do takiej tam doszło, przy barierkach.

Zrobiłem to zdjęcie wielkim formatem, potem wykonałem powiększenia ludzi stojących w tym tłumku. Proszę się im przyjrzeć: oni są tam zajęci swoimi sprawami, ktoś dzwoni, ktoś z kimś rozmawia, ktoś stoi plecami do całej sceny. Nie ma w ich zachowaniu żadnej wielkiej celebracji. Obserwacja tego kulminacyjnego momentu pozwala dojść do wniosku, że ten najważniejszy moment wcale nie jest ważny. O, już Gdańsk, chodźmy, wysiadamy.

Gdy w 2008 r. kupował pan mieszkanie, wiedział pan, że ECS powstanie na pana oczach? Że będzie pan mógł się temu procesowi przyglądać właśnie z tego balkonu?

- Jedną z pierwszych rzeczy po kupnie mieszkania było wykonanie panoram z balkonu. Pracowałem już wtedy nad tematem niszczenia architektury Stoczni, balkon dał mi po prostu kolejną oś obserwacji. Wiedziałem, że temat ECS-u będzie w tym wszystkim ważny. Sfotografowanie tej przestrzeni bez niego nadawało sens i wartość zdjęciu, które miało powstać kilka lat później, gdy budynek będzie już gotowy. Było jasne, że ECS szalenie zmieni wymowę i odbiór tego miejsca. Stocznia została nim przysłonięta. On ją w jakimś sensie zastąpił.

W jednym ze swoich tekstów o Stoczni zabytkoznawca dr Waldemar Affelt pisze wręcz o „koncepcji urbanistycznej zakładającej zasłonięcie panoramy Stoczni”.

- I dalej w swoim wywodzie Affelt posuwa się wręcz do refleksji nad związaną z tym wszystkim polityką niepamięci.

Zastanawiam się jednak, czy bryła ECS-u celowo miała zasłonić Stocznię. Może po prostu tak wyszło.

- Też uważam, że to po prostu niezaplanowana konsekwencja. Chodziło o postawienie w tym miejscu czegoś dużego i ikonicznego. No to postawili. Ale żeby było jasne, ja całkowicie rozumiem zaistnienie ECS-u w tym miejscu. Ten budynek miał być przedłużeniem placu "Solidarności".

Tutaj, proszę spojrzeć, jest pomnik Poległych Stoczniowców, dalej ta symboliczna brama z wartownią, kawałek dalej Sala BHP. To przez całe lata były jedyne obiekty zabytkowe związane ze Stocznią wpisane do rejestru zabytków. To też jest problem, że w popularnym obiegu Stocznia to „Solidarność” i żurawie. A ten zakład ma historię sięgającą połowy XIX wieku. Budynki pamiętające tamten czas żadnej skutecznej ochrony konserwatorskiej nie miały. Można je więc było bezkarnie wyburzać. Dlatego dzisiaj dookoła ECS-u jest tak pusto.

Potrafię sobie jednak wyobrazić lokalizację funkcji ECS-u także głębiej w terenie, np. w zespole hal przy ulicy Narzędziowców, na pewno można by stworzyć uzasadnione połączenie między placem "Solidarności" a tymi halami, planowana Droga do Wolności była idealnym pretekstem. Wydarzenia wokół powstania ECS-u przebiegały jednak tak szybko, że nie było miejsca na otwartą dyskusję i zmiany pierwotnego założenia. ECS stanął tam, gdzie zaplanowano, czyli na granicy miasta i Stoczni.

Ile wyburzono? Jesteśmy już na balkonie pana mieszkania. Widać stąd skalę zniszczeń?

- Trudno je jednoznacznie oszacować, ale będąc ostrożnym, można powiedzieć spokojnie, że 50 proc. Co ważne, mówimy o wyburzaniu w sytuacji, w której nie ma żadnej koncepcji, co tu ma powstać, żadnego planu rozwoju tych terenów, poza hasłem tzw. Młodego Miasta i ogólnej zmiany funkcji tej przestrzeni. Czyli to wyburzanie jest po prostu czyszczeniem pola.

Ta wielka łąka na prawo od ECS-u to był wydział K2. Wyburzono go pod budowę wielkiego centrum handlowego, które nigdy nie powstało, bo w 2008 r. przyszedł kryzys i zmieniły się realia robienia takiego biznesu. Chodźmy, zejdziemy na dół i przejdziemy się dookoła. Chcę panu pokazać kilka miejsc.

O czym pana zdaniem opowiada architektura ECS-u

- To ma być niby-kadłub statku obłożony kortenową blachą przypominającą tę, która wędrowała przez kolejne wydziały Stoczni, aż na końcu spływała jako gotowy statek z pochylni. Takie nawiązanie do tożsamości miejsca. Był nawet moment, kiedy tę interpretację kupowałem. Wtedy gdy cały obiekt obstawiony był rusztowaniami, wyglądał rzeczywiście jak statek na pochylni. Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu.

Gdzie jesteśmy?

- To jest ulica Nowa Wałowa, a właściwie już Popiełuszki. Na razie ma tylko dwa pasy, ale być może zostanie poszerzona o kolejne dwa, a środkiem zostanie poprowadzone torowisko dla tramwajów. Powstała kilka lat temu, przecina całą Stocznię na pół.

Tutaj, przy tym drzewie, stała willa dyrektora Stoczni, obiekt absolutnie bezcenny z konserwatorskiego punktu widzenia. Został wyburzony pod budowę tej drogi, choć można ją było wytyczyć inaczej, mogła być węższa, a niektóre koncepcje mówią, że nie musiała wcale powstawać. To jest zresztą symboliczne, że jednego z pierwszych wyburzeń, i to tak cennego obiektu, nie dokonał żaden chciwy deweloper, tylko właśnie miasto. To był znaczący sygnał dla prywatnego biznesu, który miał wejść na ten teren. Ale proszę zobaczyć tutaj.

Wydeptany trawnik.

- Nie, to jest dawna ulica Dyrekcyjna. Architekt Jacek Dominiczak stworzył kilka lat temu koncepcję układu komunikacyjnego terenów postoczniowych bazującą na siatce starych, pamiętających jeszcze XIX wiek ulic. Ulica Dyrekcyjna była jedną z nich. Chodzili tędy stoczniowcy z miasta do zakładu, brama była o tam, kawałek dalej.

Czasami myślę o tych brukach, których resztki gdzieś tam pewnie jeszcze leżą pod ziemią. Od lat 70. XIX wieku, dzień w dzień, kilkanaście tysięcy par butów. Wyobraża pan to sobie? Po wybudowaniu tej Nowej Wałowej ulica Dyrekcyjna została wymazana z mapy. Ale ten wydeptany trawnik dowodzi, że nie dało się jej wymazać z pamięci ludzi. Oni nadal chodzą tak, jak chodzili robotnicy w 1980 r. i sto lat wcześniej. To jest powidok, który przetrwał tę masakrę.

Tuż obok biegnie Droga do Wolności.

- Tak, to jest taki koncept zbudowany na tym pisaniu historii na nowo. Droga do Wolności to trakt łączący plac "Solidarności" i stojące przy nim obiekty z Salą BHP, w której podpisano Porozumienia Sierpniowe, i dalej, z kanałem. Z punktu widzenia narracji historycznej ma być rekonstrukcją drogi, jaką przemierzali stoczniowcy. To jednak raczej konstrukt, czego ta historia z ulicą Dyrekcyjną jest jednym z dowodów. Szlaki stoczniowców były bardziej skomplikowane, zostały jednak zamazane. Co ciekawe, Droga do Wolności została przecięta tą nową ulicą, ewidentną przestrzenną barierą. Idąc do wolności, musisz się zatrzymać na czerwonym i przepuścić trochę samochodów. A jest to jedyne przejście dla pieszych na odcinku kilkuset metrów.

Rozmawiając z panem, mam czasem wrażenie, że rozmawiam z architektem albo urbanistą, a nie fotografem.

- Musiałem się tego nauczyć. Gdy zamieszkałem w Kolonii Artystów, cały czas myślałem, że zrobię książkę o ludziach Stoczni. Fotografowałem ich, rozmawiałem z nimi. Przyglądałem się jednak tym wyburzeniom i coraz częściej zabierałem głos w tej sprawie. Rozmawiałem z mediami, urzędnikami. Aram Rybicki, który był wtedy radnym, pomagał mi, a ja pomagałem jemu. Pamiętam, jaki był przerażony tym, że gruz ze stoczniowych hal jest wywożony na teren budowy Ergo Areny. Mówił, że my, mieszkańcy i włodarze tego miasta, popełniamy wielki błąd, wymazując Stocznię z jego mapy, że nasze dzieci i wnuki nam tego nie wybaczą. Rybicki zginął w katastrofie smoleńskiej. Bardzo go w dyskusji o Stoczni brakuje.

Walczył pan o te budynki, ale ich pan nie fotografował?

- Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że moje zaangażowanie, nazwijmy to, społeczne odciąga mnie od tego, czym naprawdę powinienem się zajmować - od dokumentowania tej rozwałki. Zabrałem się do fotografowania. To był wariacki proces, zbudowałem sieć kontaktów - stoczniowców, ludzi z biur zlokalizowanych na terenie, z firm wyburzeniowych, okolicznych mieszkańców. Dzwonili do mnie, gdy tylko coś się zaczynało dziać. Jechałem na miejsce, sprawdzałem, zostawiałem asystenta, który czasami przez kilka dni siedział w samochodzie, żeby przewidzieć moment samego wyburzania i mnie zaalarmować. Fotografowanie było na końcu tego całego procesu.

W pewnym momencie uświadomiłem sobie, dlaczego przegrywam, dlaczego przegrywają też inni obrońcy Stoczni. Zrozumiałem, że wyburzenia są możliwe i nikogo nie obchodzą, bo nie ma opracowania konserwatorskiego tego terenu. Dziś to brzmi kuriozalnie, ale naprawdę tak było. Gdzieś kiedyś z góry założono, że tam niemal nic wartościowego nie ma, i tej wersji się trzymano przez całe lata.

Pan, fotograf, zrobił więc opracowanie zabytkoznawcze.

- Tak, pomyślałem, że to jedyna droga. Zrobiłem coś, przed czym przez te wszystkie lata się wzbraniałem - bo po pierwsze, uważałem, że to zadanie państwa robić takie rzeczy, po drugie, to jest robota dla interdyscyplinarnego zespołu kilkunastu badaczy. Byłem sam, poprosiłem więc o pomoc wspomnianego dr. Waldemara Affelta. On zjadł zęby na badaniu dziedzictwa poprzemysłowej architektury. Od czasu do czasu dołączał do nas dendrolog albo inni fachowcy. Chodziliśmy po Stoczni, dokumentowaliśmy. Hale padały jedna za drugą, ECS rósł w górę. Wiedzieliśmy, że musimy się spieszyć.

Kto za to płacił?

- Właściwie nikt, ja sam w temat Stoczni wpakowałem kilkaset tysięcy złotych.

W 2013 r. ukazała się książka „Stocznia/Szlaga”. I to jest zupełnie inna opowieść niż ta, którą pan planował, wchodząc na ten teren ponad dziesięć lat wcześniej.

- Tak, tymczasem ze strony, nazwijmy ją, prowyburzeniowej pojawiły się głosy, że Szlaga robi smutne zdjęcia stoczniowców tracących pracę, a przecież trzeba iść do przodu, patrzeć w przyszłość, a nie wzdychać nad przeszłością. Bo te czasy, kiedy w Stoczni pracowało 17 tys. robotników, już nie wrócą. Zrozumiałem, że ta książka, którą wtedy chciałem zrobić, będzie zbyt sentymentalna i zaszkodzi całej tej sprawie. Że tutaj coś innego jest ważne. Powstał więc album, który jest też opracowaniem zabytkoznawczym, taki, jakiego odpowiedzialne za to służby nigdy wcześniej nie zrobiły.

W 2013 r. spotkaliśmy się w Warszawie, dał mi pan książkę i powiedział w tajemnicy, że za pół godziny ma pan krótkie spotkanie z premierem Donaldem Tuskiem. Jak ono przebiegało?

- Miało trwać kwadrans, trwało godzinę i kwadrans. Donald Tusk znalazł w książce nawet kilka literówek. Wyszedłem stamtąd z poczuciem, że jakoś ten mój przekaz do niego trafił, ale oczywiście nie miałem żadnej obietnicy, że to się jakoś przełoży na działania rządu czy władz miasta.

Ja celowo promocję tej książki zacząłem wtedy od Warszawy, uznałem, że wszelkie możliwości rozmowy w Gdańsku na ten temat zostały wyczerpane. Problem polega na tym, że teren po Stoczni nigdy nie należał do miasta, to skarb państwa wyprzedał poszczególne tereny deweloperom. Miasto miało więc zawsze świetną wymówkę, by się do tego nie mieszać, choć było wiadomo, że powstanie tam nowa dzielnica.

Dla mnie jednak jest niezwykle ważne, żeby nie mówić o tym problemie w kategoriach politycznych. Wszystkie ekipy, zarówno rządowe, jak i te w urzędzie miasta, przyłożyły się do demontażu Stoczni. Na szczęście w 2014 r. obudzili się konserwatorzy. Dokonano pierwszych rozległych wpisów.

Ostatnio ochroną konserwatorską objęto puste działki na terenie Stoczni. Podniósł się rwetes, że rękami „pisowskiej” konserwator zabytków Kaczyński dokonuje zemsty na Gdańsku za przegrane wybory samorządowe. Bo ten nowy wpis zamroził kilka procesów inwestycyjnych. Nadawanie temu politycznego kontekstu to jednak najgorszy rodzaj dyskusji.

Mimo upływu czterech lat od włączenia się konserwatorów do działania miasto nie przedstawiło żadnej nowej wizji dla terenu po Stoczni, nie zmieniono w szerokim zakresie planów zagospodarowania, nawet nie udało się mu zainicjować dyskusji, która przyniosłaby odpowiedź na pytanie, czy nowa dzielnica ma być zabudowana nisko, czy wysoko. Wciąż nie wiadomo, jak dokładnie miasto wyobraża sobie swoją przyszłą nową, postoczniową dzielnicę.

Deweloperzy przedstawiają swoje nowe wizje tych terenów, niektóre są interesujące i widać, że doszło do pozytywnej zmiany w sposobie planowania, niektóre jednak mogą budzić spore obawy, np. budowa prawie stumetrowego wieżowca. Urząd konserwatora powinien pracować tak długo, jak to jest potrzebne, do czasu wypracowania dobrej miejskiej wizji dla tych terenów. Moim zdaniem to właśnie miasto powinno być łącznikiem na linii konserwator - deweloperzy. Po to jest prawo, aby z niego korzystać.

Jak się do tego wszystkiego ma Europejskie Centrum Solidarności, do którego właśnie wchodzimy?

- ECS miał być symbolem nowego otwarcia, wizytówką dzielnicy, która ma tu powstać, Młodego Miasta. Kosztował blisko 300 mln zł. Te pieniądze można było włożyć w mądrą rewitalizację zabytkowych, fabrycznych hal. Bo robotnicy nie siedzieli w ECS-ie, tylko pracowali w zakładzie. Takie działanie byłoby czytelnym sygnałem dla deweloperów, że myślimy o tym miejscu w kontekście jego historii, ale nie piszemy jej na nowo, tylko otaczamy troską to, co przetrwało. Bo to jest prawdziwa kolebka tego zrywu.

Jeszcze pod koniec lat 90. żywe były pomysły, żeby instytucję z misją, którą dziś realizuje ECS, umieścić w jednym z postoczniowych budynków. To byłoby wysokie ustawienie poprzeczki, wyznaczenie standardu. Postawiono jednak na budowę czegoś nowego.

Co w tym złego?

- Czasami mam spotkania z różnymi grupami zwiedzającymi Gdańsk. Zdarza się, że słyszę od nich, że w Stoczni już byli. Pytam, gdzie dokładnie, mówią, że w ECS-ie. Staram im się uświadomić, że ten budynek ze Stocznią ma niewiele wspólnego, bo to jest wyrób stoczniopodobny. Tamtej Stoczni już nie ma, zniknęła. Andrzej Wajda, gdy promował swój film o Wałęsie, kilka razy w wywiadach mówił, że żałuje, że nie zabrał się do tego wcześniej. Bo mu znaczna część oryginalnej scenografii przepadła. Oni sporą część stoczniowych scen kręcili nie tutaj, gdzie to się rzeczywiście działo, tylko w stoczni remontowej.

O, proszę zobaczyć, na wystawie jest oryginalna suwnica, na której pracowała Anna Walentynowicz.

- Tak, pewnie było pięć takich, pracownicy Stoczni rzadko pracowali tylko w jednym miejscu, po prostu co kilka, kilkanaście lat przenosili się ze swoimi wydziałami. Ta tablica przyjść i wyjść jest zrobiona przez jakiegoś scenografa, jej oryginał nadal wisi w budynku dawnej dyrekcji, czyli w dzisiejszej siedzibie deweloperów. Nie udało się jej pozyskać do zbiorów ECS-u, więc zlecono stworzenie jej kopii.

Są tu też metalowe drzwi, niby takie jak w jednej z hal. Ale to też kopia, wystarczy w nią popukać, by się przekonać, że to z drzwiami przemysłowymi nie ma nic wspólnego, są po prostu zbyt cienkie. To jest w dużej mierze scenografia, nie muzeum.

Ludziom się podoba. Turyści szturmują to miejsce.

- Tak, na turystów to może działa. Taka Stocznia w pigułce. Ale jak to się ma do złożonej historii tego całego miejsca? Wie pan, to nie jest tak, że mi się ten budynek nie podoba. Ja może nawet i uważam, że on jest dobry. Całkowicie też doceniam działalność tej instytucji, jej skupienie się na tematach wolności, stawanie po stronie słabszych, te wszystkie debaty o demokracji czy uchodźcach. To jest szalenie ważne. Trochę żałuję, że ECS nie pociągnął z sukcesem debaty o przestrzeni, w której stanął.

Ale ten budynek nie jest zły. On jest zły w tym miejscu. To, co o nim myślę, nie ma jednak znaczenia, ważny jest kontekst tej rzezi, jaka dokonała się tutaj dookoła. Przyglądałem się jego budowie, to się działo w czasie najbardziej intensywnych rozbiórek. Nie mogłem się pozbyć tego dojmującego wrażenia, że ten budynek żywi się tamtymi. Że one padają, żeby on mógł powstać. W tym sensie on stoi na cmentarzu. Ale zaraz powstaną tu bloki, biurowce albo jakieś centrum handlowe i będzie można się cieszyć z postępu.

*Michał Szlaga - ur. w 1978 r. w Gdańsku, fotograf dokumentalista, fotoreporter. Absolwent gdańskiej ASP. Wielokrotnie nagradzany za fotoreportaże i pojedyncze zdjęcia. W jego pracach stale powraca temat Stoczni Gdańskiej - dokumentuje w nich jej zmieniający się poindustrialny krajobraz architektoniczny, pełen ludzi i śladów historii. Temu tematowi poświęcona jest jego wydana w 2013 r. książka „Stocznia/Szlaga”

In Situ, czyli na miejscu

Oto ostatni wywiad z naszego nowego cyklu „In situ” („Na miejscu”). Rozmowy prowadzone są w bezpośrednim sąsiedztwie obiektów miejskich zbudowanych dzięki funduszom unijnym - inwestycje są punktem wyjścia dla szerszej refleksji na temat polskiego krajobrazu.

Filip Springer - dziennikarz, fotograf i autor nagradzanych książek reporterskich - wybiera się na spacery z architektami, aktywistami miejskimi, inwestorami czy intelektualistami w takich miejscach jak dworzec Łódź Fabryczna, Filharmonia im. Karłowicza w Szczecinie, Centrum Nauki i Sztuki „Stara Kopalnia” w Wałbrzychu czy Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku.

Spacerując ze swoimi rozmówcami po konkretnych miejscach, Springer stara się ich zachęcić do rozmowy o tym, co te miejsca mówią o Polakach - ich twórcach, użytkownikach i krytykach - i  jaka wizja wspólnoty i przyszłości z nich wynika i czy ma ona szansę się urzeczywistnić.

***

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.