Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tyle warte są państwa, ile warta jest ich kultura. Nie ma przesady w tej maksymie, jeśli przyjmiemy za ekspertami, że dostęp do kultury wspomaga rozwój twórczych kompetencji jednostek i zbiorowości, a w efekcie przesądza o tym, jakie mamy społeczeństwo, model gospodarki i praktyki polityczne.

Jednak takie podejście do kultury, od lat upowszechniające się wśród badaczy społeczeństwa i coraz głośniej przywoływane dziś w obliczu kryzysów drążących demokracje Zachodu, pozostaje najczęściej poza horyzontem elit politycznych i ekonomicznych. Dominuje inne pojmowanie kultury, wyrosłe z twardego liberalizmu, zgodnie z którym jest ona istotna tylko jako zasób komercyjno-przemysłowy oraz dziedzictwo przeszłości, dające się przeliczyć na twarde korzyści.

W tej wersji wartość kultury mierzy się liczbą turystów odwiedzających zabytki czy dzieła sztuki w muzeach oraz dochodami z przemysłów rozrywkowych, zwłaszcza popkultury. Kultura jest też niezbędna jako design, czyli estetyczne projektowanie wytworów przemysłowych oraz usług; dziś przekształcone w system projektowania już nie samej estetyki, ale również technologii produkcji, przestrzeni publicznych czy ciągów komunikacyjnych, np. na lotniskach. W tych tradycyjnych wyobrażeniach kultura służy też przemysłowi reklamowemu, w tym budowaniu marek; nie tylko firm czy konkretnych wyrobów, lecz także miast, regionów i państw.

Wynika z tego, że najpełniejszym użytkownikiem kultury jest rynek, który zaprzęga ją do celów komercyjnych.

'Rynek', czyli sieć prywatnych interesów nastawionych na zysk, już dawno rozpoznał wzorotwórczą siłę kultury – za jej pośrednictwem narzuca tożsamości, style życia, systemy wartości, aspiracje i lęki

Tej siły wciąż nie uznały elity polityczne w większości państw europejskich oraz w samej Unii. Z jednym wyjątkiem: ugrupowań autorytarno-nacjonalistycznych, które instrumentalizują dzieła i praktyki kultury, by stabilizować własną władzę lub wspomagać marsz do niej.

Jak to się odbywa, dobrze widać na przykładzie Polski. Mecenat publiczny jest nastawiony na zbudowanie hegemonii tradycji bliskiej obozowi rządzącemu. Służą temu potężne inwestycje w muzea (choćby Muzeum Żołnierzy Wyklętych, Muzeum Historii Polski czy projektowane przez wicepremiera Glińskiego Muzeum Getta Warszawskiego) mające formatować zbiorową pamięć czy przerabianie programów muzeów już istniejących, jak w przypadku Muzeum II Wojny Światowej.

Służy temu też „polityka pomnikowa”, zwłaszcza honorowanie monumentami i nazwami ulic Lecha Kaczyńskiego, co ma utrwalić nadzwyczajną pozycję Jarosława Kaczyńskiego i jego partii w życiu publicznym.

Wprowadzanie hegemonii jednej tradycji wspomagają też system dotowania instytucji kultury, wymiana nie „swoich” kadr oraz nagonki inicjowane przez obóz rządzący na tych, którzy podważają nacjonalistyczną wersję historii

PiS chciał nawet narzucić tę interpretację historii ustawą o IPN. Musiał jednak się z tego wycofać wskutek światowej awantury. Te mechanizmy jeszcze ostrzej działają na Węgrzech, a podobne do PiS-u i Fideszu europejskie ugrupowania, ubiegające się o władzę, wśród ważnych propozycji programowych wymieniają nową politykę kulturalną.

Nacjonaliści w całej Europie dobrze wiedzą, jak używać kultury do rozniecania „wojen kulturowych” i umacniania własnej władzy. Natomiast demokratyczni politycy – od lewicy po prawicę – lekceważą kulturę jako zasób sposobów na wprowadzanie „kulturowego pokoju” i wydobywanie demokracji z kryzysu.

Petentka możnych

Wnioski te znajdują swoje dobitne potwierdzenie w budżecie Unii Europejskiej.

Fundusz Spójności nie uwzględnia kultury jako zasobu wzorów i praktyk wspomagających budowanie społeczeństwa obywatelskiego i wpływających na model rozwoju gospodarczego

A przecież ma on „redukować dysproporcje gospodarcze i społeczne oraz promować zrównoważony rozwój”. O tak rozumianej kulturze nie wspomina też Europejski Fundusz Społeczny, choć inwestuje on w „kapitał ludzki”, rozumiany jako wspieranie zatrudnienia, mobilności na rynku pracy i edukacji oraz przeciwdziałanie ubóstwu. Minimalnie obecna jest natomiast w Europejskim Funduszu Rozwoju Regionalnego, mimo że stawia on sobie za cel „wzmacnianie spójności gospodarczej i społecznej Unii Europejskiej”. Owszem, EFRE może finansować programy biblioteczne, świetlicowe bądź transgraniczne, ale rządzi nimi zasada: ubogo i na małą skalę.

Kulturze przyznano miejsce w budżetowym kącie: obejmuje ją program Kreatywna Europa, dysponujący na lata 2014-20 kwotą 1,46 mld euro

Dzięki Kreatywnej Europie dofinansowanych zostanie „przynajmniej 250 000 artystów i osób zawodowo zajmujących się kulturą, 2 000 kin, 800 filmów i 4 500 tłumaczeń książek”. Program wspiera też małe przedsiębiorstwa z obszaru kultury, ułatwia transnarodowe kontakty artystyczne i współpracę między instytucjami.

Kulturę potraktowano więc jako uciążliwą petentkę polityków oraz niszowy sektor o niejasnej użyteczności, któremu, skoro już istnieje, trzeba coś rzucić

W dodatku Kreatywna Europa stawia przede wszystkim na pomoc dla indywidualnych twórców i pojedynczych dzieł. Pięknie, tyle że anachronicznie. A mówiąc bardziej dramatycznie: również samobójczo.

Po co komu kultura

Przekonują o tym liczne badania i ekspertyzy. W Polsce wpływem kultury na społeczeństwo i rozwój gospodarczy najpełniej zajął się prof. Jerzy Hausner z zespołem. Rezultaty tych prac są po części zgodne z intuicjami każdego przytomnego obserwatora kultury i życia społecznego, ale sprzeczne z praktykami politycznymi w Polsce i Europie.

„Nie ma żadnego zamkniętego i uniwersalnego zestawu rozwiązań instytucjonalnych, po który można sięgnąć w reakcji na strukturalne problemy zbiorowości i systemów społecznych” – wywodzi Hausner w pracy „Kultura a rozwój”. Życie społeczne nabrało takiej dynamiki, „że konieczne staje się stałe poszerzanie repertuaru rozwiązań i żadne z nich nie może zostać uznane za zamknięte i dostatecznie efektywne. Tym samym kreatywność nie jest już tylko cechą wybitnych indywidualności; stała się wymogiem wszystkich organizacji i struktur społecznych”.

Zwłaszcza że „praca niematerialna stała się kluczowym zasobem ekonomicznym”, „w ciągu kolejnych cywilizacji materialnych kultura i kategorie kulturowe pozwoliły ludziom wyjść poza swoją naturalną otoczkę i stworzyć nową, wirtualną przestrzeń”. Toteż, żeby „móc się w niej poruszać, ludzie muszą nauczyć się uczestnictwa w cywilizacji symbolicznej”. W efekcie „kultura znalazła się tym samym w centrum, a nie na obrzeżach rozwoju” – pisze Hausner. „Współcześnie kultura wytwarza zasoby i umiejętności, które nie tylko mają znaczenie w długich cyklach rozwojowych, ale są niezbędne na co dzień. Kompetencje kulturowe są zaś zasadniczym składnikiem kompetencji zawodowych, a ich brak jest głównym czynnikiem wykluczenia społecznego. Proces ten proponuję określić jako 'kulturyzację rozwoju'” – dodaje Hausner.

Jakie zatem umiejętności buduje kultura? Jest oknem na różnorodność świata. Pozwala oswajać się z odmiennymi kulturami, stylami życia i wzorami. Pokazuje wszelakie mniejszości jako równoprawnych uczestników życia. Rozwija więc wyobraźnię na to, co niespodziane, łagodząc lęki przed konfrontacją z tym, co odmienne.

Ponadto kultura, wspierając społeczeństwo wielości postaw, pamięci i historii, przyczynia się do rozwijania zmysłu krytycznego wobec zastanego świata. Diagnozuje nadużycia władzy, niesprawiedliwości systemów, pokazuje przemoc społeczną, cierpiących i wykluczonych, uwrażliwiając na ich los

Bez niej nie domagalibyśmy się równych praw dla kobiet czy mniejszości obyczajowych, bylibyśmy też znacznie słabsi w bataliach z rasizmem i nacjonalizmem. Bo kultura ustanawia również zapory przed zalewem iluzji i ideologicznych fikcji zalewających społeczeństwa.

Na gruncie kultury rodzą się także projekty dobrych praktyk instytucjonalnych, wyznaczających kierunki niezbędnych reform funkcjonowania władzy i instytucji publicznych. Niech za przykład posłuży dokument Forum Przyszłości Kultury z 2018 r., określający reguły demokratyzacji instytucji kultury – a w domyśle w ogóle życia społecznego.

Wyrwać kulturę z nisz

Kultura jako inkubator społecznej wyobraźni i wrażliwości oraz projektodawczyni lepszych światów jest kluczowa do tego, byśmy mieli szansę na wyjście z kryzysów. Tak z kryzysu demokracji, jak z katastrofy klimatycznej. Nie da się wprowadzać choćby gospodarek zrównoważonego rozwoju w społeczeństwach o szwankującej świadomości zagrożeń i wyzbytych myślenia wspólnotowego; a właśnie tę świadomość i to myślenie najintensywniej rozbudza kultura.

Zresztą, jak przekonuje Hausner, bez kultury nie powiedzie się żadna modernizacja. 'Współczesna gospodarka to nie tylko konkurencja firm – wywodzi Hausner – ale coraz bardziej konkurencja nowatorskich form organizacyjnych'

Z tych względów, społecznych, politycznych i gospodarczych – konkluduje Hausner – „prawo do kultury to prawo do rozwoju i powinno być ono traktowane jako jedno z podstawowych, konstytucyjnych praw człowieka. Z tego prawa może faktycznie skorzystać tylko jednostka lub zbiorowość autonomiczna i kreatywna. Dlatego samo legislacyjne ustanowienie prawa do kultury jest zdecydowanie niewystarczające”.

Problem w tym, że dostęp do takiej wzorotwórczej, żywej kultury jest ograniczony. Owszem, rozwija się ona żywiołowo w całej Polsce, w dużych i małych miastach. Ale nader często bywa spychana do nisz. Nie tylko dlatego, że brakuje na nią pieniędzy; o jej marnej pozycji przesądza również niechęć władz centralnych oraz, nierzadko, lokalnych rządców do tego, by dać wolność i wsparcie krytycznym przedstawieniom rzeczywistości. Z historii centralnych i lokalnych zamachów na kulturę można by stworzyć wielotomową sagę.

Przyszłe dobre rządy muszą przełamać ten mechanizm. Trzeba upowszechniać i wyrównywać dostęp do kultury. Musimy ją zdemokratyzować, wykorzystując do tego biblioteki, domy kultury, mediateki, internet, umieszczanie dóbr kultury w sieci, czytelnie internetowe, no i misyjne media publiczne.

Ale najważniejsze jest to, by decydenci zrozumieli, że taka będzie w Polsce demokracja, jaka polityka kulturalna. 

Powinna to też pojąć Unia Europejska, tworząc odpowiednie fundusze i programy. Czas już wyciągnąć wnioski z oczywistości: kto najeżdża demokratyczne państwo i społeczeństwo, zaczyna od podboju kultury. Kto chce się temu skutecznie sprzeciwić, również musi do niej sięgnąć.

Korzystałem z: „Kultura a rozwój”, redakcja Jerzy Hausner, Anna Karwińska, Jacek Purchla, Warszawa 2013 i 2018

_____

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.