Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polscy politycy od lat manewrują. Chcą mieć ciastko i zjeść ciastko – być członkiem struktur Unii Europejskiej, Rady Europy, ONZ, ale tak, żeby to nic nie kosztowało i niczego nie wymagało. Walutą jest zmiana społeczna – politycy podpisują i ratyfikują w imieniu Polski konwencje i traktaty, ale nie traktują ich poważnie.

W teorii akt przystąpienia do UE potwierdza zobowiązania wynikające z europejskiej konwencji praw człowieka i obywatela oraz wielu innych porozumień.

Dobrym przykładem praktyki są prawa osób z niepełnosprawnością, które często padają ofiarą zaniedbań. Strategia Komisji Europejskiej w sprawie niepełnosprawności powołuje się na konwencję ONZ o prawach osób niepełnosprawnych – konwencję, którą Polska podpisała i ratyfikowała, ale nie wykazuje chęci do jej wdrożenia. I na tym polega problem.

Konsensus co do roli państwa demokratycznego zakłada, że istnieje ono po to, by dbać o obywateli i przestrzegać ich praw. To nie naród jako abstrakcja jest suwerenem, ale każdy obywatel i każda obywatelka – w całej różnorodności – przyznaje państwu mandat do działania. System międzynarodowych konwencji stanowi instrukcję obsługi różnorodności, konwencja o prawach osób niepełnosprawnych jest jednym z „rozdziałów” tej instrukcji, a dokumenty takie jak strategia Komisji Europejskiej wytyczają sposoby jej realizacji.

Ratyfikowanie konwencji nie jest więc członkostwem w ekskluzywnym klubie, tylko nałożeniem na instytucje państwa zobowiązań. Mechanizm nie będzie jednak działał bez pokory państwa sygnatariusza, którego politycy muszą uznać, że instrukcja obsługi jest im potrzebna.

Polska zrealizowała część instrukcji, resztę lekceważy. W 2008 r. ogłosiła, że części zobowiązań nie chce przyjmować – nie ratyfikowała w całości Karty Praw Podstawowych UE.

Ujmując rzecz brutalnie, Polacy i Polki nie mają wszystkich praw, którymi cieszą się pozostali Europejczycy. W ramach tak zwanego protokołu brytyjskiego Polska zaznaczyła, że w obszarze opisywanym przez tytuł IV Karty Praw Podstawowych – „Solidarność” – chce być związana tylko prawem krajowym.

Choć zasada integracji społecznej osób z niepełnosprawnościami szczęśliwie zmieściła się w tytule III, to jej realizacja w wielu obszarach życia codziennego (prawo pracy, życie rodzinne, zabezpieczenie społeczne czy ochrona zdrowia) podpada pod tytuł IV. Unia nie ma tu więc do powiedzenia nic więcej niż Polska.

Takie zastrzeżenie było zresztą warunkiem ratyfikacji przez Polskę traktatu lizbońskiego – tylko dzięki temu decyzję Sejmu w 2008 r. poparła niezbędna liczba posłów PiS.

Przyznanie i pomocniczość

Stanisław Skarżyński w tekście „Triumf babci endeczki” zadał pytanie: „Co polscy niepełnosprawni zawdzięczają Unii?”. Wyzierała zza niego gorycz – czy UE jest nam potrzebna, skoro najsłabsi tak mało wynoszą z tego, że jesteśmy częścią Wspólnoty?

Przekonanie, że Unia nic nie robi dla niepełnosprawnych, jest złudzeniem optycznym. W zakresie, w jakim pozwalają na to konstrukcja UE oraz decyzje Polski o charakterze i ograniczeniach członkostwa w jej strukturach, od 2004 r. wydarzyło się bardzo dużo.

Unia nie jest państwem, ale rozbudowanym mechanizmem współpracy państw – przede wszystkim na niwie życia gospodarczego. Ramy tej współpracy (i wyrównywania sytuacji w krajach członkowskich dzięki redystrybucji funduszy oraz wdrażaniu wspólnych wartości) zostały ściśle określone. Polska zadbała o zachowanie jak najszerszej autonomii.

Obowiązujące traktaty unijne opierają się na zasadach przyznania i pomocniczości. Pierwsza oznacza, że Unia działa wyłącznie w granicach kompetencji przyznanych jej przez państwa członkowskie do osiągnięcia celów określonych w tychże traktatach. Druga natomiast, że w dziedziny, które do jej wyłącznej kompetencji nie należą, wkracza wtedy, gdy celów nie da się osiągnąć środkami dostępnymi dla państw członkowskich.

Sytuacja osób z niepełnosprawnościami znakomicie pokazuje napięcie między kompetencjami unijnymi i krajowymi.

Komisja Europejska obecnie działa na podstawie strategii Komisji Europejskiej w sprawie niepełnosprawności na lata 2010-20. Pod hasłem „Odnowione zobowiązanie do budowania Europy bez barier” kryje się konkretny dokument, który identyfikuje osiem pól działania: dostępność, uczestnictwo, równość, zatrudnienie, kształcenie i szkolenie, ochrona socjalna, zdrowie i działania zewnętrzne.

Strategia powinna być realizowana zgodnie z zasadą pomocniczości – zatem przede wszystkim przez kraje członkowskie, zaś przez UE tam, gdzie cele te nie mogą być osiągnięte inaczej.

Oznacza to, że jeśli państwo członkowskie odstąpi od budowy „społeczeństwa zapewniającego pełne włączenie”, Unia nie ma czego wspomagać. Traktaty i strategie przyjmowane są bowiem w trybie dobrowolnych zobowiązań, a sankcje karne Unia może nakładać w przypadku niewdrożenia dyrektyw, czyli aktów prawnych uchwalonych przez Parlament Europejski.

Przeciwdziałanie dyskryminacji

Jednak sporo udało się zrobić. W procesie tzw. acquis communautaire (uspójniania unijnych systemów prawnych) Polska wdrożyła dyrektywy antydyskryminacyjne, w tym przepisy o zakazie dyskryminacji ze względu na niepełnosprawność w życiu zawodowym i społecznym.

Zatem dopiero dzięki wejściu do UE w polskim kodeksie pracy pojawiła się kategoria dyskryminacji.

W 2008 r. do dyrektywy w sprawie równego traktowania w zakresie zatrudnienia i pracy doszła dyrektywa o ochronie antydyskryminacyjnej także w innych obszarach, m.in. zabezpieczenia społecznego, opieki zdrowotnej, świadczeń społecznych, edukacji i dostępu do towarów i usług.

Jednak, jak stwierdził Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny, ochrona ta wciąż jest niewystarczająca, a zasada pomocniczości uniemożliwia skuteczne wyrównanie prawnych osłon osób z grup narażonych na dyskryminację.

Środowiska konserwatywne od lat blokują dalsze działania, uznając je za ingerencję w zasadę wolności gospodarczej. W 2014 r. organizacje pozarządowe z całej Europy (w tym Ordo Iuris i Centrum im. Adama Smitha) wezwały szefa Komisji Europejskiej do zarzucenia prac nad „kontrowersyjną dyrektywą antydyskryminacyjną”, która mechanizm rynkowy ma zastąpić administracyjnym przymusem.

Oczywiście żadne państwo nie chce, żeby ponadnarodowa organizacja wtrącała się w to, jak kształtuje ono system osłon społecznych. W gestii UE nie leżą więc zabezpieczenia socjalne – rozwiązana została jedynie kwestia uprawnienia do nich związana z zasadą swobodnego przemieszczania się.

Kolejne polskie rządy uznawały, że dofinansowanie jednych obszarów w praktyce zdejmuje z nich inne zobowiązania związane z niepełnosprawnymi. Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) skupia się więc na dwóch obszarach: rehabilitacji i zatrudnieniu. Pierwszy pozostaje poza obszarem działania UE, na drugi chętnie bierze się unijne środki.

Likwidacja barier architektonicznych

Zasada dostępności – likwidowania barier architektonicznych i gwarantowania np. tłumaczeń na język migowy, oznakowania w alfabecie Braille’a i innych sposobów umożliwiania osobom z niepełnosprawnościami uczestnictwa w życiu społecznym i instytucjonalnym – jest stopniowo realizowana.

Przede wszystkim dlatego, że od lat 90. to jeden z kierunków wydatkowania funduszy europejskich – najpierw z programu Phare dla krajów kandydujących do UE, a następnie z funduszy spójności i rozwoju regionalnego.To dzięki nim coraz rzadziej w Polsce spotyka się urzędy bez rampy dla osób na wózkach. Nawet szkoły i uniwersytety miewają windy i oznakowanie odpowiednie dla osób niedowidzących.

Trzeba otwarcie powiedzieć, że z programu chętnie korzystano, bo umożliwiał połączenie robót likwidujących bariery z przynajmniej częściowymi remontami budynków użyteczności publicznej.

Sporo dopłat poszło na inwestycje o charakterze komercyjnym, np. przystosowując nowe mieszkania dla osób z niepełnosprawnościami, podwyższano standardy budynków mieszkalnych.

Co ciekawe, nawet krytykujące Unię PiS opiera swoje programy dla osób z niepełnosprawnościami na środkach płynących z Europy. Przedstawiony pod koniec kwietnia program „Dostępność plus” – usuwający bariery, poprawiający wyposażenie szkół i dostępność transportu, wspomagający digitalizację usług itp. – będzie finansowany z funduszy europejskich, funduszy norweskich i funduszy Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz, w ostatniej kolejności, z krajowych środków publicznych.

Ministerstwo nie wskazało dotychczas proporcji środków, ale program „Dostępność plus” wygląda na administracyjną czapę służącą przejęciu kontroli nad środkami płynącymi z Europy także w tych dziedzinach, w których rząd PiS wcześniej w całości zdawał się na Brukselę.

Integracja społeczna i godność

Obszarami, w których sytuacja wydaje się najtrudniejsza, są integracja społeczna i godność.

Zaniedbany i niedopracowany program edukacji integracyjnej został porzucony na etapie reformy minister Zalewskiej, więc dzieci w szkołach nie będą się oswajać z tym, że ktoś może się poruszać albo mówić inaczej, a dzieci z niepełnosprawnościami, skazane na indywidualny tok nauczania, będą się czuły wyizolowane i odrzucone przez społeczeństwo.

A skoro Rzeczpospolita będzie taka jak jej młodzieży chowanie, to kształcenie życzliwego, by nie powiedzieć „normalnego”, stosunku do odmienności jest warunkiem istnienia społeczeństwa godności i szacunku.

Z godnością w ogóle mamy problem. W polskiej konstytucji, podobnie jak w traktatach unijnych, jest to wartość nadrzędna, źródło innych wartości, takich jak inkluzja społeczna.

Marta Lempart słusznie zwróciła niedawno w „Wyborczej” uwagę na to, że dopóki o dorosłych z niepełnosprawnościami nie zacznie się mówić tak jak o każdej innej dorosłej osobie – nie „Adrian i Kuba”, ale „Jakub Hartwich i Adrian Glinka” – niemożliwe będzie zrozumienie stanowiące warunek włączenia ich w życie społeczne oraz kształtowania innych przepisów prawa dotyczących ich życia tak, by nie odbierać im godności, szansy na szczęście i rozwój osobisty.

Pracę należałoby zacząć m.in. od uelastycznienia myślenia o pracy osób niepełnosprawnych, lepszego uwzględniania osobistych zdolności i ograniczeń, poprawy poszanowania intymności, polepszenia dostępu do opieki zdrowotnej i urzędów, wspierania życia kulturalnego.

Nade wszystko potrzebna jest przebudowa całego systemu wsparcia. Dzisiejszy – zorientowany na urzędnika – powinien zastąpić taki, który będzie wychodził od potrzeb osoby mającej z niego korzystać. 500 złotych zasiłku rehabilitacyjnego tych braków nie wypełni, ale może być dobrym początkiem zmiany w myśleniu o godności najsłabszych członków społeczeństwa.

Wyborcza to Wy! Piszcie: 89@wyborcza.pl

***

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.