Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gdyby to była baśń:

W 2004 r. była wielka radość – do Polski przyjechał wziąć ślub najprawdziwszy Książę. Na białym koniu, mądry, sprawiedliwy, uśmiechnięty, znakomicie ustosunkowany, bajecznie bogaty. Znający języki, elegancki, dla wszystkich uprzejmy, nucąc „Odę do radości”, bez trudu wszystkich oczarował.

Z jednym wyjątkiem – wiecznie gderającej Babci Endeczki. – On ma taki żydowski nos! – warczała na widok księcia, żegnała się znakiem krzyża i pluła przez lewe ramię; jej plwocina w kontakcie z ziemią syczała i zamieniała się w zielonkawy, gryzący oczy dym.

Wiadomo było, czemu tak sarka: chciała wydać Polskę za sobie podobnego Karła. Był podstarzały, z popsutymi zębami, ale ją ujmował charakterem. Tak pięknie jej opowiadał o wielkiej Polsce katolickiej od morza do morza, o postkomunistycznych układach, lewacko-żydowskich spiskach. Ledwo maskował antysemityzm, muzułmanów miał za dzicz, pod szarmanckimi manierami ukrywał pełen pogardy stosunek do kobiet. Deklarował, że gdyby on został zgwałcony, to z pewnością by urodził. „Aborcja to morderstwo”, „dziecko nie jest przecież niczemu winne”, „Polsce potrzeba żołnierzy” – argumentował, słowem nie wspominając o tym, że dysponuje cudzym życiem, nie swoim, bo przecież nie miał macicy.

Co wieczór Babcia Endeczka klęczała godzinami przed obrazkiem Matki Boskiej Hetmanki Polski, próbując tyle nienawiści i obrzydzenia zakląć w słowo „pedały” – nigdy jej się to nie udało. Tylko on potrafił tak to niewymuszenie powiedzieć, że z jakichś Bogu ducha winnych ludzi, których nie znała, robiły się rozdeptane pantoflem karaluchy.

Wspólnie podejrzewali wszystkich o chciwość, podstępność, jak najgorsze intencje. Nie przekonali Polski – ślub się odbył, a parze młodej pobłogosławił sam Jan Paweł II, krótko przed śmiercią wołając: „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”. Babci Endeczce zrobiło się wtenczas trochę przykro – lubiła papieża, a Karzeł jej powiedział, że „znów się podlizuje Żydom”.

Byłem na tym weselu, wszyscy byliśmy. Unia Europejska wydawała się rozstrzygnięciem odwiecznego dylematu, z którego Adolf Bocheński w 1937 r. ukuł tytuł książki „Między Rosją a Niemcami”. Rosję rozpad ZSRR zepchnął właściwie do Azji, a niemieckie państwo, stając się filarem zjednoczonej Europy, w końcu przestało być zagrożeniem. Polska wreszcie mogła być jednocześnie całkowicie suwerenna i w pełni należeć do kręgu cywilizacji zachodniej.

Przeczytaj też: Marek Prawda dla "Wyborczej": Unia Europejska nie rozcieńcza naszej tożsamości

2005. Koleżanka wraca z wymiany studenckiej. Pół roku w Barcelonie – imprezy, studia, noc w areszcie po udziale w jakiejś katalońskiej zadymie. Zachwycona, zakochana w Javierze, rzuca studia, wraca do Barcelony. Nie „wyjeżdża” – „wraca”. Mieszka tam do dziś.

2008. Autokar przejeżdża granicę polsko-niemiecką. Obok mnie siedzi plus minus pięćdziesięcioletnia pani, w spoconej dłoni ściska paszport. Polska jest już w Schengen, samochody nawet nie zwalniają, wjeżdżając do Niemiec. – Już przejechaliśmy granicę – mówię. – Ja nadal nie mogę w to uwierzyć – odpowiada, chowając paszport. W oczach ma łzy.

Nie minęło 15 lat, a Babcia Endeczka triumfuje – w 2015 r. Polska w demokratycznych wyborach zdecydowała o przywróceniu autorytarnej władzy i zaczęła błyskawicznie dryfować na wschód.

Porównując twarde dane – ofertę gospodarczą, skalę pieniędzy – trudno uwierzyć, że europejska opowieść zawiodła. Stało się tak, bo w Polsce nigdy nie zdecydowano się na wyciągnięcie konsekwencji z podstawowej, fundamentalnej dla powojennego Zachodu doktryny praw człowieka. Idealizując Unię, przez dekadę tłumaczyliśmy to sobie niedostatkami naszej, polskiej polityki. Sprzyjało temu samooszukiwaniu się to, że w Unii Polska jest tak naprawdę krótko. Rok rządziło schyłkowe SLD, więc prawa człowieka mogły poczekać. Potem przez dwa lata rządziło PiS, w którego czasach problemem była pierwsza fala populizmu pod postacią Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin. Uznano ten czas za „odbicie wahadła” po kosztownym wejściu do Europy; prawa człowieka znów musiały zaczekać.

Osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej miało być czasem, gdy Polska rzeczywiście przyjmie europejskie standardy cywilizacyjne. Tak się nie stało, ale znów wytłumaczyliśmy to sobie właściwościami tutejszej władzy. Europeizacja za czasów PO-PSL znalazła wyraz tylko w projektach infrastrukturalnych – mówiliśmy sobie – bo autostrady, drogi ekspresowe i linie tramwajowe nie wchodzą w konflikt z kościelnym konserwatyzmem oraz neoliberalną doktryną, wedle której państwo ma nie mieszać się do gospodarki, która w dobie globalizacji traktuje słabszych coraz brutalniej. Prawa człowieka znów musiały czekać na lepsze czasy.

Przeczytaj też: Polska rozdysponowała dopiero 34 z 90 mld euro, które mamy do wydania do 2020 r. [#PrzyszłośćJestTeraz]

Polityka spójnościPolityka spójności Danuta Pawłowska

A one nie przyszły; wręcz przeciwnie. Książę okazał się leniwy – po zrobieniu dobrego pierwszego wrażenia zasiadł w fotelu i tam sobie siedział w przekonaniu, że wszystko samo się zrobi. Że jego uśmiech i pieniądze spowodują, że wszystko się samo wydarzy. Unia Europejska okazała się klubem na dobre czasy – dopóki historia stała w miejscu, działała. Budowano drogi i mosty, odnawiano budynki, oszukiwano się, że kiedyś w końcu i w Polsce będzie państwo podobne do europejskiego: z prawdziwym prawem pracy, opieką społeczną, służbą zdrowia, poszanowaniem mniejszości.

Historia ruszyła z kopyta w 2014 r. i wtedy wyszło szydło z worka. Załamanie w stosunkach z Rosją, kryzys uchodźczy, gwałtowna eskalacja wojny w Syrii i zapaść polityczna w Stanach Zjednoczonych spowodowały, że Unia jest zdana sama na siebie.

Już wydarzenia na Węgrzech pozwoliły to podejrzewać – ale tak naprawdę dopiero dojście PiS do władzy i praktyka jej sprawowania pokazały, że Unia jest organizacją o słusznych poglądach, szlachetnych celach, ale pozbawioną prawdziwej mocy oddziaływania cywilizacyjnego.

Jak słabą i powolną, pokazały spory PiS z Komisją Europejską o przestrzeganie praworządności oraz wycinkę Puszczy Białowieskiej. Ani jednego, ani drugiego Wspólnota nie była w stanie powstrzymać, zanim zło zostało wyrządzone. Powstrzymanie zamachu na Puszczę – ostatni taki las w Europie – zajęło instytucjom unijnym dwa lata. Wycinki zaczęły się w 2016 r., a wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE zapadł tej wiosny.

Z konstytucją jest jeszcze gorzej. PiS zdeptało ją po raz pierwszy już chwilę po wyborczym zwycięstwie, w 2015 r., gdy zarządzany przez Jarosława Kaczyńskiego Sejm bez żadnej podstawy prawnej uchwalił unieważnienie wyboru sędziów Trybunału przez posłów poprzedniej kadencji, Andrzej Duda zaprzysiągł wskazanych przez prezesa ludzi, a władza zupełnie zignorowała „ostateczny i powszechnie obowiązujący” wyrok Trybunału z 3 grudnia, który pomysły PiS wysyłał do kosza

W klasycznym słowniku politycznym to ma nazwę: zamach stanu. Na wydarzenie o tej randze Unia Europejska zareagowała gromko, bo wszczęciem procedury z art. 7 unijnego traktatu – ale dokładnie dwa lata później, w grudniu zeszłego roku. Do tej pory w Polsce z trójpodziału władzy nie zostało właściwie nic, a Unia wciąż nie była w stanie stwierdzić nawet „ryzyka naruszenia wartości” zjednoczonej Europy.

Polscy Europejczycy mają prawo być bardzo rozczarowani, bo prawda jest taka, że w momencie kryzysu Wspólnota nie była w stanie ich obronić. Szybkość i siła jej reakcji była, jakby w Polsce włamano się do garażu. Pozostaje się cieszyć, że władza PiS nie zdecydowała się na rozstrzeliwanie ludzi na ulicach albo zamykanie ich w obozach. Instytucje Unii najprawdopodobniej w okolicach pierwszego miliona ofiar ogłosiłyby, że to „niepokojące zjawisko”.

Prawdziwe pytanie brzmi jednak, czy do tego kryzysu w ogóle by doszło, gdyby Unia Europejska naprawdę oddziaływała cywilizacyjnie na Polskę od 2004 r.

Europejskie prawo jest dziurawe jak sito oraz pozbawione narzędzi szybkiej i skutecznej egzekucji. Jedna z tych dziur stała się ostatnio w Polsce szczególnie widoczna – Unia nie ma regulacji chroniących osoby z niepełnosprawnościami przed dyskryminacją. Tzw. dyrektywa horyzontalna jest uchwalana od lat, więc gwarancje międzynarodowe dla niepełnosprawnych wynikają z (ratyfikowanej przez Polskę w 2012 r.) konwencji ONZ z 2006 r. ONZ jako klasyczna organizacja międzynarodowa nie ma żadnych narzędzi zmuszających państwa do przestrzegania tych praw – a Polska nie podpisała protokołu dodatkowego do konwencji, który dawałby niepełnosprawnym prawo do poskarżenia się na swoje państwo.

W efekcie protestujący w Sejmie niepełnosprawni i ich rodziny nie mają powodu, by na transparentach narysować niebieską flagę ze złotymi gwiazdami. Oni chcą tylko do lepszej Polski, a nie do Europy – bo Europa nie ma dla nich żadnej oferty. Nie oni jedni, ale to dobry przykład tego, jak Unia marnuje swój potencjał, finansując pojedyncze inwestycje i drobne udogodnienia (tu o niepełnosprawnych pamięta), zamiast poprzeć argumentem finansowym standard cywilizacyjny, którego podstawą jest przestrzeganie praw człowieka.

Taki sposób myślenia pojawił się we Wspólnocie dopiero teraz, gdy w reakcji na postępowanie rządu w Warszawie Komisja Europejska zaproponowała uzależnienie transferów z budżetu unijnego od przestrzegania praworządności.

Rozczarowanie bierze się stąd, że to, co Bruksela ze Strasburgiem ogłaszają jako nowinkę i przełom, jest oczywiste i powinno być europejską normą od 2004 r.

I to nie tylko w odniesieniu do rozwiązań ustrojowych, ale wszędzie tam, gdzie państwa członkowskie łamią standardy praw człowieka. Wypłata funduszy powinna być zależna nie tylko od praworządności, ale od poprawy w przestrzeganiu praw człowieka – bo to one wyrażają standard zachodniej cywilizacji.

Przeczytaj też: Trump zrywa z Iranem. Dlaczego Zachód nie odwróci sojuszy, nie zerwie z Arabami i zaprzyjaźni z Persami?

Polska byłaby dziś w innym miejscu, gdyby dostęp do unijnych funduszy zależał od tego, czy niepełnosprawni mogą prowadzić niezależne życie. Od tego, czy kobiety mają prawo i możliwość przeprowadzenia legalnej aborcji, czy są standardy opieki okołoporodowej, system egzekucji alimentów z prawdziwego zdarzenia, miejsca w żłobkach i przedszkolach i transport publiczny niezależnie od rozmiarów miejscowości. Czy zbuduje się porządny system wsparcia bezrobotnych i zapewni rozstrzygnięcia spraw sądowych w rozsądnym czasie.

To tylko kilka przykładów z długiej listy zadań, które Książę mógłby przedstawić rządzącym w Polsce jako ekwiwalent kilkudziesięciu miliardów złotych, jakimi co roku ją wspiera. I tym sposobem spowodować, że zajmą się sprawami obywateli, a nie własnymi słupkami wyborczymi.

Koniec końców, Polska może się rozwieść z Europą: suwerenne społeczeństwo może przecież zawsze zdecydować, że nie chce jej i jej pieniędzy. Niech rządzą tu Karzeł z Babcią Endeczką, takie prawo demokracji.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl

***

Projekt „Future is Now – Przyszłość jest teraz” jest współfinansowany przez Dyrekcję Generalną ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej (DG REGIO) Komisji Europejskiej. Informacje i poglądy przedstawione na tej stronie są wyłącznie opiniami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko Unii Europejskiej. Ani instytucje i organy Unii Europejskiej, ani żadna osoba działająca w ich imieniu nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych tu informacji

Polityka spójności

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.