Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

88-latka poruszająca się o kulach została [śmiertelnie] potrącona na przejściu dla pieszych. Prokuratura uznała […], że kobieta wtargnęła na jezdnię i to ona ponosi winę za wypadek - doniesienie prasowe.

Wyrodne państwo to państwo, które zachowuje się wobec swoich obywateli jak podstępny gracz, oszust, a w skrajnych wypadkach – jak rzezimieszek. Wyrodne państwo i niby-państwo uzupełniają się wzajemnie. Niby-państwo nie działa tam, gdzie państwo działać powinno, a wyrodne państwo owszem działa, ale przeciwko własnym obywatelom.

Niby-państwo jest słabe, spuchnięte i bezsilne wobec silnych, a wyrodne państwo jest agresywne wobec słabych. Co więcej, jest ono silne wobec słabych właśnie dlatego, że jest słabe wobec silnych. Musi tworzyć pozory działania, musi poprawiać statystyki. Robi to więc tam, gdzie o to najłatwiej, a nie tam, gdzie to jest potrzebne.

Wyrodne państwo często zachowuje się tak, jakby chciało nam aktywnie zaszkodzić. Nie chodzi w tym jednak o jakiś spisek, układ czy ciemną siłę, która szuka osobistej wendety. Jest znacznie gorzej. To nie jest spisek, to jest logika systemu.

Tak jak promień światła biegnie po linii najkrótszego czasu, a „woda ma to do siebie, że spływa do Bałtyku”, tak instytucje państwowe kierują się zasadą minimalizacji pracy. To nie jest niczyja wina, tak po prostu jest. Wszyscy robimy tak, żeby się nie narobić. Urzędnikom łatwiej będzie zainterweniować tam, gdzie jest łatwo zainterweniować, choć nie ma to sensu, niż tam, gdzie interwencja jest trudniejsza, ale potrzebna. I to przekłada się na fatalny obraz wyrodnego państwa.

Historia podana dzięki nieocenionemu Facebookowi: jedno z miast wojewódzkich, zwykłe polskie życie, szczęśliwe małżeństwo, klasa średnia, dwójka dzieci (12 i 14 l.), których akurat nie ma w domu. Małżeństwo wspólnie wypija butelkę wina. Żona stwierdza, że upiecze placek, i wysyła męża do sklepu ulicę dalej. Żeby dojechać szybciej, mąż wsiada na rower. Niestety, zatrzymuje go policja. Jazda na rowerze pod wpływem. Zdawałoby się, że historia jakich wiele. Ale na tym się tym razem nie skończyło. Chwilę później policjanci stoją pod drzwiami mieszkania. Otwiera żona. Okazuje się, że policjanci przyszli sprawdzić, czy żona też piła i czy nie mają dzieci pod opieką... bo gdyby mieli, to policjanci mieliby szansę na podwójny „sukces”. Nie dość, że złapaliby pijanego rowerzystę, to jeszcze znaleźliby „zaniedbane” dzieci.

Mamy tutaj nie tylko szariat drogowy, czyli ściganie relatywnie niegroźnych zachowań, takich jak jazda na rowerze po osiedlu pod lekkim wpływem alkoholu, ale też coś znacznie gorszego.

Kombinacja kultu statystyk i braku kultu zdrowego rozsądku popycha policjantów do „wykazywania się” przez gnębienie obywateli. Sytuacja jest postawiona na głowie: ścigani są nie najgroźniejsi, ale najłatwiejsi do złapania.

Pomyślmy. Gdyby dzieci tej pary były akurat w domu, Rzeczpospolita Polska miałaby podstawy do wszczęcia jakiegoś straszliwego postępowania. W wersji maksimum mogłoby się ono oprzeć na odebraniu czy ograniczeniu praw rodzicielskich, a wersja minimum, jakakolwiek by była, i tak byłaby straszna. Nawet jeśli to postępowanie nie okazałoby się skuteczne, to i tak jakiś smutny urzędnik mógłby potencjalnie przyjechać po dzieci i zabrać je do domu opieki do czasu wyjaśnienia sprawy. Sprawy, która mogłaby trwać tygodnie, jeśli nie miesiące. Mówiąc krótko, byliśmy o krok od tragedii. Byłaby to tragedia, której policjanci nie tylko by nie zapobiegli, ale którą sami by sprowokowali swoją zaskakującą jak na polskie warunki gorliwością. Zachowanie tego ojca, nawet jeśli sprzeczne z prawem, nie było specjalnie groźne, a z całą pewnością nie było groźne dla dzieci. Kto jednak miałby za całą sytuację zapłacić? Jak zwykle w wyrodnym państwie zapłaciliby najsłabsi, a więc dzieci tej pary, które mogłyby dostać od państwa polskiego prezent w postaci rozłąki z rodzicami, domu dziecka i traumy na całe życie.

Inna relacja, tym razem kuratora społecznego:

W świetle prawa rodzinnego i reprezentującego go sądu sprawa ciężarnej szesnastolatki, która ma dziecko nie wiadomo z kim (ojców było wielu, […], a średnia ich wieku wynosi 30+), jest beznadziejna i nic nie można zrobić. Kurator ma tylko dwa razy w miesiącu odwiedzić, o ile zastanie, rodzinę, sprawdzić, czy żyją, i napisać z tego raport.

Ale na szczęście:

[…] jest też inna rodzina, zwana żargonem jako zrekonstruowana, oznacza to nie więcej, że samotna matka poznała porządnego faceta i teraz tworzą tą podstawową komórkę. Mają trójkę dzieci, ona opiekuje się domem i dziećmi (mieszkają w dużym, pięknym 4-pokojowym mieszkaniu), on pracuje, zarabia powyżej 4 tys. złotych miesięcznie (tak, jest to możliwe i nawet legalnie), dwie córy uczą się w szkołach, a trzecia ich bardzo wspólna ma dopiero roczek.

Kiedyś jedna z córek na lekcji przysnęła, powodem tego było, iż w nocy spać nie mogła, bo chora mała siostra płakała. Pani wychowawczyni, będąc asem prewencji, powiadomiła psychologa, a ten już rozkręcił taką aferę, że słów szkoda. W każdym razie w ciągu kilku miesięcy sąd przyznał rodzinie nadzór kuratora i na nic zdały się tłumaczenia. Psycholog ze szkoły napisał, że dziecko zasnęło na lekcji, ponieważ prawdopodobnie jest wykorzystywane w domu przez rodziców do prac, musi opiekować się małą siostrą i przez to nie może się uczyć, a ojczym pewnie jeszcze ją molestuje. Na nic zdały się tłumaczenia rodziców, badania biegłych, które wskazywały na irracjonalizm tezy. Sąd młotkiem stuknął – bum! – i orzekł nadzór.

Streszczając, polskie instytucje pomocowe nie są w stanie pomóc tam, gdzie pomoc by się przydała, natomiast tam, „gdzie nadzór kuratora, to [są] zmarnowane publiczne pieniądze, [tam] rozkręca się nowe afery, by móc uruchomić całą machinę”. A nawet więcej, specjalnie tworzy się problemy, żeby mieć po co puścić ten mechanizm w ruch. I to jest właśnie wyrodne państwo w pełnej krasie.

Państwo, które stara się odebrać dzieci rodzicom tam, gdzie to jest niepotrzebne, żeby powetować sobie, że nie umie pomóc dzieciom naprawdę potrzebującym. Państwo, które unika działania w sprawach wymagających działania, ale trudnych, a odbija to sobie, działając w sprawach działania niewymagających, ale łatwych. Państwo, które całe jest jak ci strażnicy miejscy, którzy nie podejdą do grupy osiedlowych kulturystów pijących wódkę w parku, a zamiast tego bohatersko legitymują licealistki, które piją radlery trzy ławki dalej.

Bywa też, że wyrodne państwo, z całą mocą swojego prawa i orzełka na czapce, myli się i ściga kompletnie niewinnych ludzi. I nie chodzi tu o jakąś dynamiczną sytuację na ulicy, gdzie zdarza się podjąć złą decyzję, bo nie ma czasu na myślenie. Niestety, pod zły adres potrafią też trafić sprawy administracyjne, a czasem wręcz karne, które powinny przecież być prowadzone z atencją, spokojem i rozwagą. I bywa, że trudno je potem odkręcić, bo państwo zasłania się swoją bezwładnością. Zdarzyło się wszak w Polsce, że komornik – a więc instancja z definicji ostateczna – zajął mienie nie tej osobie, co trzeba. W grudniu 2014 roku w gminie Wieczfnia Kościelna w powiecie mławskim (lokalizacja nie taka istotna, ale nazwa Wieczfnia – wspaniała!) człowiek stracił traktor za długi sąsiada. Niefortunny rolnik:

stracił [...] pojazd o wartości ok. 100 tys. zł w ramach postępowania egzekucyjnego przeciw dłużnikowi, którym – jak się okazało – był sąsiad. Po zabraniu ciągnika na wniosek wierzyciela trafił on do komisu, gdzie sprzedano go za ok. 40 tys. zł. Poszkodowany rolnik skierował do sądu wniosek o wstrzymanie postępowania egzekucyjnego, jednak zanim został on rozpatrzony, traktor miał już nowego właściciela.

Jeżeli to nie jest wyrodne państwo, to co to w ogóle jest? Komornik zabrał traktor nie temu, komu trzeba, na nic się zdały protesty, a wszystko działo się tak szybko, że zanim odwołanie, zanim sądy – traktor został sprzedany i szukaj wiatru w polu.

Szczególnie spektakularna jest ta podstawa (tudzież antypodstawa) prawna: człowiek stracił swoją własność, bo sąsiad miał długi. Ograbiony rolnik ma pełne prawo pomyśleć, że nie żyje w państwie prawa, ale w jakimś demonicznym antymatriksie. Komornik sądowy nie jest przecież – przynajmniej teoretycznie – gangsterem czy innym wyzyskiwaczem, ale oficjalnym przedstawicielem państwa polskiego. W chwili gdy rekwiruje on własność nie temu, komu trzeba, kończy się wszelka logika.

Podobnie było w Sieradzu, gdzie komornik zabrał trzy samochody plus prywatnego citroëna właścicielki firmy, która nie miała długów, ale miała niefart być zarejestrowaną pod tym samym adresem, co inna firma, która zadłużona była. 16 października 2014 roku wizyta komornika przypominała plądrowanie i wywożenie łupów.

Komornik przeszukuje pokoje, żeby znaleźć wartościowe rzeczy […]. Na biurku K. znajduje kluczyki od citroëna. Samochód stał przed budynkiem obok trzech innych. Asesor decyduje się zająć wszystkie. Wycenia je na 74 tys. zł, choć dług jest prawie trzykrotnie niższy”. Samochody zostają zabrane, właścicielka „pomocy szuka w sądzie. W pozwie pisze, że zajęte samochody nie należą do dłużnika. 19 listopada sąd zawiesza postępowanie egzekucyjne”, co nie przeszkadza temu, że „2 grudnia asesor […] sprzedaje citroëna w trybie komisowym”.

Wyrodność państwa jest tu widoczna szczególnie wyraźnie. Państwo się pomyliło, państwo przyznało, że to pomyłka, ale nie zdołało samo siebie powstrzymać od sprzedaży tego samochodu. A miało na to dwa tygodnie! Na tym jednak nie koniec. Doszło do takiego absurdu, że nowy właściciel citroëna, ten, który kupił go w komisie, złożył na ręce państwa polskiego „doniesienie na panią Katarzynę [właścicielkę], że przywłaszczyła jego mienie”. Tak właśnie! Właścicielka „na policji musiała się tłumaczyć, dlaczego przetrzymuje własny samochód”. Jak to komentuje dziennikarka, „sytuacja wygląda tak, jakby asesor [a więc przedstawiciel państwa] działał na rzecz komisu samochodowego i nowych nabywców pojazdów”. A przeciwko komu? Przeciwko nam, obywatelkom i obywatelom, a w szczególności przeciwko pani Katarzynie, która w wyniku stresu spowodowanego zajściem poroniła.

Sytuacja, w której urzędnik państwowy jeździ sobie po kraju z legitymacją z orzełkiem i rekwiruje ludziom mienie wedle uznania, jest trudna do zrozumienia jako pomyłka, bałagan w dokumentach czy niedopatrzenie. Tę sytuację łatwiej zrozumieć w kategoriach Rzeczypospolitej szlacheckiej.

Oto na gospodarstwo pana Radosława czy pani Katarzyny uczyniono zajazd, załadowano łupy na lawetę i wywieziono je. Różnica między dzisiejszą sytuacją a I RP jest taka, że zajazdu nie dokonał sąsiad, jak nakazuje tradycja, ale państwo we własnej osobie, to jest w osobie komornika. Komornik nie zachowuje się tu jak organ egzekucyjny państwa polskiego, ale raczej jak przedstawiciel jakiejś Kompanii Dalekowschodniej czy innej kolonialnej instytucji, której zadaniem jest grabież podbitych ziem. Komornik nie jest tutaj funkcjonariuszem państwa, ale raczej piratem tego państwa.

 

Wyrodne państwo wpycha się czasem z całą swoją brutalną siłą w tematy niejednoznaczne, w sytuacje domagające się mediacji, a przynajmniej środków subtelnych. Niestety, ponieważ wyrodne państwo tych środków nie zna, a mediować nie umie, używa siły, bo nie wie, że można inaczej.

Weźmy skłoty. Budynek w centrum miasta pustoszeje, ale od jego opróżnienia do wyburzenia, remontu czy innej przebudowy jest jeszcze sporo czasu. Na tym pustostanowym etapie wprowadzają się anarchiści. Montują drzwi i przebijają ściany, przynoszą meble i sprzęty. Ożywiają miejscową martwicę tkanki miejskiej. Rzecz jasna, jest to nielegalne, a w najlepszym razie półlegalne. Niestety, jedyne, co wyrodne państwo potrafi wtedy zrobić, to wysłać swoje ramię mundurowe i wymuszać opuszczenie terenu pod groźbą siły.

Jest jesienny wieczór. Ciemno, zimno, pada deszcz. Trwa konfrontacja na jednym ze skłotów. Wynajęci zakapiorzy z firmy ochroniarskiej starają się zmusić anarchistów do opuszczenia terenu. Ci wołają, że nie. Prewencjusze odpowiadają – innymi słowami oczywiście – że anarchiści nie mają prawa tu przebywać, bo prawo własności jest święte i przy kimś innym i ten ktoś chce z tego prawa skorzystać, żeby wyburzyć ruderę, a na jej miejscu postawić multipleks. Na to młody człowiek odkrzykuje: „Ja nie zamierzam komuś płacić tylko dlatego, że czyjś pradziadek miał kamienicę!”.

To jest bardzo ciekawa i bardzo niejednoznaczna sytuacja. Wiadomo z góry, że część z nas będzie sympatyzować z anarchistami, a część z właścicielem posesji. Spór jest nieunikniony, bo mamy tu konflikt dwóch sprzecznych wizji porządku społecznego. Jest to zarazem spór jak najbardziej zasadny, debata, która musi się odbyć, jeżeli Polska ma być poważnym krajem. Niemniej przepychanki na skłocie to nie jest na nią czas ani miejsce.

Owszem, anarchiści sygnalizują tutaj ważny problem, co nie zmienia faktu, że ten konkretny skłot będą musieli w końcu opuścić. Ale praktyczny punkt widzenia chciałby też, by państwo umiało zrobić tutaj coś więcej niż tylko brutalnie egzekwować najdosłowniej rozumianą literę prawa. Rzeczpospolita Polska wchodzi w tę sytuację z całą swoją niezgrabnością, czy właśnie nie wchodzi w nią, bo nie oferuje żadnej mediacji, a jedynie swoją brutalność. Czy za wiele byłoby oczekiwać, że państwo wyśle mediatora, który ustali z anarchistami, do kiedy mogą tu budować alterkulturę, a kiedy muszą się definitywnie wynieść, bo wchodzi turbokapitalizm i deweloperka? Niestety, na razie to chyba wciąż za wysokie oczekiwanie.

Na razie wyrodne państwo nie tylko nie spełnia swojej funkcji minimalnej, czyli nie chroni jednych obywateli przed egoizmem drugich, ale też lubi ułatwiać silnym atakowanie słabych albo wręcz samo ich atakować. W wyrodnym państwie wszyscy żyjemy prawem wilka, bo wyrodne państwo udziela legitymacji prawu silniejszego.

Tym silniejszym może być bardziej uprzywilejowany czy po prostu bogatszy obywatel albo, niestety, jakaś instytucja samego państwa. Tak przecież zachowuje się policja, która ściga tego ojca i idzie za nim do domu, żeby sprawdzić, czy czasem nie dałoby się dołożyć mu jeszcze sprawy o niedopełnienie obowiązków rodzicielskich. Tak zachowuje się MOPS, który nie udziela pomocy tam, gdzie jest ona potrzebna, a włazi z butami tam, gdzie dopiero jego interwencja jest problemem. Najsmutniejszą zaś stroną wyrodnego państwa jest jego ucieczka od odpowiedzialności tam, gdzie oznacza to w praktyce przerzucanie tej odpowiedzialności na osoby pokrzywdzone.

Oto relacja, jakich wiele:

Kilka lat temu przeżyłam próbę gwałtu. Wyobraźcie sobie biały dzień i mały sklepik w centrum osiedla. Przy ladzie siedzi młoda dziewczyna i z braku lepszego zajęcia czyta książkę. Nagle do sklepu wchodzi facet 2x2, wielki kafar ogolony na zero. Na początku tylko rozgląda się po sklepie, ale zaraz zaczyna zaczepiać ekspedientkę. W pewnym momencie wyciąga mnie zza biurka, wywleka na środek sklepu i powala siłą swojego cielska na podłogę. Tyle wystarczy. Cel nie został osiągnięty, bo zwabiłam krzykami dziewczyny z sąsiednich lokali. Facet uciekł, ale sąsiadki zadzwoniły na policję i starały się jakoś mnie ogarnąć, a ja byłam tak roztrzęsiona i rozhisteryzowana, że nie byłam w stanie myśleć racjonalnie. Przyjechała policja, za nimi pogotowie (zawezwane podobno ze względów proceduralnych), zbadano mnie i zabrano na komisariat. Z uwagi na mój stan w przesłuchaniu brała udział policyjny psycholog i jakaś policjantka [czyli dwie kobiety]. Na początku przesłuchanie było (chyba) normalne, zapytano mnie o dane personalne i okoliczności zdarzenia. Opowiedziałam, jak było – facet przyszedł i zaatakował. Policjantka coś tam skrobała w swoim zeszyciku, aż w końcu padło pytanie: „Czy ma pani męża?”. Pokręciłam głową, ale powiedziałam, że mam chłopaka. Policjantka zasugerowała, że sprowokowałam tego człowieka do próby gwałtu, bo, uwaga, nie miałam na palcu obrączki, co stanowiło dla niego zaproszenie do flirtu. Gdybym wyszła za mąż jak porządna kobieta, to nie doszłoby do takiej sytuacji. Lustrowała mnie od stóp do głów i szyderczo stwierdziła, że letnia spódnica maxi i bluzka z krótkim rękawem to zbyt wyzywający strój jak na pracownicę second handu i ostatecznie być może sama jestem sobie winna. Obecna przy rozmowie psycholog nie odezwała się ani razu, tylko raz po raz kiwała głową i pisała coś skrzętnie w notesie. Na koniec poinformowano mnie, że zgłoszenie zostało przyjęte, ale nie mam co się łudzić, bo pewnie nie znajdą sprawcy i będzie umorzenie.

Oto wyrodne państwo! Policjantka, która zamiast rozmawiać z pokrzywdzoną o gwałcie, dyskutuje z nią o modzie i jej stanie cywilnym. Przerażające. Obwinianie ofiary w najwyższym rozkwicie. A równie strasznie bywa i wtedy, gdy sprawcę uda się już doprowadzić przed sąd. W innej relacji czytamy:

Byłam świadkiem jednej sprawy o próbę gwałtu […]. Ofiara nie życzyła sobie obecności oskarżonego (logiczne), ale przed salą musiała czekać w towarzystwie żony tego Pana [sic!] i matki. Nie licząc roześmianych pań psycholożek. Ta rozprawa była jakąś kpiną i wierzcie, że takie rzeczy się dzieją. […] Panie, zaczynając od policjantki przez psycholożkę, prawniczkę, sędzinę i prokuratorki, próbowały wmówić dziewczynie, że przesadza i sama tego chciała.

W tej smutnej scenie nie ma żadnych facetów poza sprawcą – wymiar sprawiedliwości RP ma tu czysto kobiecą twarz. Ale i tak nie chroni to ofiary od upokorzenia i szyderstw. A z polskimi mężczyznami jest jeszcze gorzej. Burmistrz jednej z warszawskich dzielnic po głośnym gwałcie na biegaczce w Lesie Kabackim w 2013 roku napisał na Twitterze, zacytujmy: „Tragedia. Współczuję. Nie biegajcie samemu po zmroku w miejscach odludnych. Tylko jak ona biegła po ciemku?”.

Twitter tamtych lat to 140 znaków. Można tyle przegrać na tak małej przestrzeni? Można! „Nie biegajcie samemu po zmroku w miejscach odludnych”. Ale właściwie dlaczego? Bo się partyzanci chowają po krzakach i będą gwałcić, rabować pulsometry i ajfony? Jest przeszło siedemdziesiąt lat po wojnie, mieszkamy we własnym kraju, w wolnym kraju, i czego konkretnie mamy się bać? Własnego cienia? Mamy biegać między samochodami po alei KEN, żeby było „nieodludnie”, a nie po Lesie Kabackim, który po to właśnie został posadzony, żeby można było zażyć świeżego powietrza?

I dlaczego właściwie burmistrz Guział apeluje do mieszkańców swojej dzielnicy, żeby chowali się po domach i nie biegali, gdzie i kiedy mają na to ochotę? Proponuję lepszą wersję tweeta do wykorzystania w podobnych okolicznościach: „Jeśli spotkasz samotną biegaczkę po zmroku i w miejscu odludnym – to nie gwałć jej!”.

Przy kolosalnej dawce dobrej woli można by jeszcze ten wpis uznać za głupi dowcip czy niezdarne użycie języka polskiego. Burmistrz Guział wrócił jednak do sprawy po kilku miesiącach i napisał, że „nigdy nie było sprawcy”, „od początku było to dęte” i że „nie ma poszkodowanej, case »Magda Madzi«” (pisownia oryginalna – powinno być „mama Madzi”), słowem, że gwałtu nigdy nie było, a cała sprawa jest wymysłem.

Zanim pan burmistrz w końcu wycofał się z tego i przeprosił, zdążył jeszcze zasugerować, że zgwałcona dziewczyna złożyła fałszywe zeznania („są zawiadomienia o zdarzeniach, które nie miały miejsca”), domagać się podania do publicznej wiadomości jej badań lekarskich („Niech opublikują protokół z obdukcji”) i zażądać przeprosin od feministek („Gwałt? A może paranoja i fala medialna? Kto przeprosi? Zacznijmy od feministek”).

Burmistrz Guział sam biega (4:50 w maratonie, bez rewelacji, ale zawsze). Zaledwie tydzień po pierwszej awanturze o ten gwałt chwalił się na Twitterze, że przebiegł „23 km po Lesie Kabackim”… czyli po tym właśnie lesie, który sam odradzał. Cóż, widać burmistrz nie biegł po ciemku. Dlaczego jeden biegacz nie rozumie, że inna biegaczka trenuje w dzień powszedni w godzinach wieczornych, tego nie wiem. Przede wszystkim jednak, oto przedstawiciel państwa polskiego, i to (z całym szacunkiem) nie p.o. wicesołtysa Wieczfni Kościelnej, ale burmistrz dzielnicy Warszawa-Ursynów, publicznie sugeruje, że ofiara gwałtu jest sama sobie winna, bo źle biegała, tudzież, że sobie ten gwałt wymyśliła.

To jest właśnie wyrodne państwo. Policjantka i burmistrz, jedno z orzełkiem na czapce, drugie z orzełkiem na ścianie, zwracają się przeciwko zgwałconej kobiecie, a więc przeciwko najsłabszej ze słabych. To jest właśnie ta siła państwa kierująca się przeciwko słabym dla zrekompensowania sobie tego, że nie umie stawić czoła silnym.

***

Piotr Stankiewicz - filozof, pisarz, autor "Sztuki życia według stoików" (WAB, 2014), stoickiej strony na Facebooku i bloga "Myślnik Stankiewicza". 18 kwietnia br. w wydawnictwie Bellona ukaże się jego najnowsza książka - „21 polskich grzechów głównych”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.