Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Fundacja im. Kazimierza i Zofii Moczarskich oraz Dom Spotkań z Historią przyznają Nagrodę im. Kazimierza Moczarskiego dla najlepszej książki historycznej ubiegłego roku. Na łamach „Wyborczej” prezentujemy książki dziesięciu tegorocznych finalistów dziewiątej edycji Nagrody. Laureata poznamy 8 grudnia. Szczegóły na Wyborcza.pl/moczarski.

Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście
Agata Zysiak
wyd. Nomos

Chłopscy, robotniczy studenci byli wyśmiewani za naleciałości gwarowe, styl wypowiedzi, ubiór. Inteligencja, zawsze gotowa nieść ludowi kaganek oświaty, nie chciała go w swym mateczniku.

W Wielkiej Brytanii – inaczej niż w Polsce, gdzie samo słowo funkcjonuje na prawach marksistowskiego nietaktu – istnienie klas społecznych jest oczywiste niczym morze, monarchia i deszcz. Kiedy jednak znajomy Walijczyk zasugerował, że należę do polskiej upper middle class, parsknęłam śmiechem. Był zdziwiony: mam mieszkanie w stolicy, doktorat, a rodzice – wyższe wykształcenie. Mnie w głowie zakiełkowały obrazy jak z Monty Pythona: brytyjska profesura w realiach peerelowskich bloków i polskich wypłat, moja rodzina w angielskim ogrodzie, dajmy na to – z chartem.

Tyle że ta anegdota jest poważna: uzmysławia, jak bardzo wciąż próbujemy prześnić naszą polską społeczną rewolucję.

Paradoks PRL-u polegał na tym, że było to niedemokratyczne państwo opresyjne, w ramach którego dokonała się społeczna emancypacja milionów ludzi. Tę dwoistość bada Agata Zysiak w książce „Punkty za pochodzenie. Powojenna modernizacja i uniwersytet w robotniczym mieście”.

Zysiak przyjmuje perspektywę tych, którzy w budowie nowej Polski widzieli obietnicę nowoczesnego ładu, zarazem ukazując ich rozczarowania i polityczne uwikłanie. Odtwarza projekty formułowane przez pierwszych rektorów założonego zaraz po wojnie Uniwersytetu Łódzkiego, przygląda się wypracowaniom robotników z „kursów przygotowawczych” i statystykom.

Wnioski podważają popularne wyobrażenie o opanowaniu akademii przez „chłopców o twarzach ziemniaczanych”, „bardzo brzydkich dziewczyn o czerwonych rękach” – jak opisywał ich Zbigniew Herbert w „Potędze smaku”.

Awansujący studenci i studentki rzeczywiście wierzyli w socjalizm i chcieli spłacić krajowi dług – wszak to dzięki państwowym kursom, internatom i stołówkom mogli w ogóle podjąć studia.

Na uczelniach czekało ich jednak klasowe wykluczenie: byli wyśmiewani za naleciałości gwarowe, styl wypowiedzi, ubiór. Inteligencja, zawsze deklarująca gotowość, by nieść ludowi oświaty kaganek oświaty, nie chciała widzieć go w swym mateczniku.

Zysiak stawia tezę, że wyobrażenie o pokoleniu ZMP zostało stworzone przez ludzi, którzy argumentacją polityczną maskowali klasowy ekskluzywizm: akademia służy przede wszystkim podtrzymaniu symbolicznej przewagi klas wyższych – a w tym kluczową rolę odgrywa wyniesiony z domu „dobry smak”.

Okazał się skuteczną bronią: inteligencja utrzymała monopol na wyznaczanie wzorców akademickich nawet w apogeum stalinizmu. A potem nie podejmowano już śmiałych projektów wyrównywania edukacyjnych szans na uniwersytecie – ani w PRL-u, ani w III RP.

Mimo to szeroki dostęp do edukacji był olbrzymim osiągnięciem PRL-u. Socjolodzy szacują, że w czasach powojennych 24-35 proc. Polaków awansowało społecznie.

Tę głęboką zmianę i jej wyparcie opisał Andrzej Leder w „Prześnionej rewolucji” – a rewolucje, nawet te prześnione, sprzyjają nieoczywistym biografiom.

I tak chłopska córka z pięcioma latami szkoły przeprowadzi się do Lublina, gdzie pozna szewca, imigranta z Chin, i podejmą decyzję o wyjeździe do Warszawy, z myślą o edukacji dzieci: moja mama i jej siostra skończą Uniwersytet Warszawski. Inna dziewczyna, córka działacza PPS-u, zbuntuje się przeciw prawniczo-lekarskiej rodzinie i rozpocznie studia na polonistyce. Warunkiem zaliczenia roku będzie przygotowanie do egzaminu studentów chłoporobotniczych: będzie płakać, że tym tumanom pomóc się nie da. Wyjdzie jednak za syna naczelnika poczty w Tarnopolu, który skończy politechnikę i podejmie pracę w FSO. Ich syn, a mój tata, zrobi doktorat z elektroniki.

Ja natomiast, traktując te biografie jako zwykły element historii rodzinnej, ze zdumieniem odkryję, że w Wielkiej Brytanii – gdzie trwałość podziału klasowego jest oczywista niczym morze, monarchia i deszcz – brzmi ona abstrakcyjnie jak skecz Monty Pythona.

Agata Sikora – kulturoznawczyni, krytyczka literacka

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nagroda Historyczna Moczarskiego 2017. Dziesięć nominowanych książek

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.