Lutty jest Brazylijczykiem, mieszka w Portugalii. "Jak powstał język polski? Dawno, dawno temu pewien mądry człowiek był bardzo znużony, więc postanowił, że stworzy zupełnie przypadkowy, wymykający się wszelkim regułom język, który będzie najtrudniejszy na świecie. Tak powstał polski".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Krzysztof Usakiewicz (1989) - nauczyciel języka polskiego w Bednarskiej Szkole Realnej oraz Wielokulturowym Liceum Humanistycznym im. Jacka Kuronia. Laureat IV edycji Stypendium im. Leopolda Ungera.

– W mojej grupie są osoby z Niemiec, Chile, Uzbekistanu, Iranu, Turcji, Japonii i Chin – wylicza Jason. Sam pochodzi z Pensylwanii, dorastał w Teksasie, a po ślubie z Polką przeprowadził się do Wawra. Uczy fizyki w prywatnym warszawskim liceum, w którym wszystkie lekcje odbywają się po angielsku. Na kurs w Polonicum zapisał się ze względu na córkę. – Jest dwujęzyczna, Kiedy miała trzy, może trzy i pół roku, nagle tak bardzo się rozgadała. Przestałem nadążać za jej polskim. A nie może być tak, że nie rozumiem własnego dziecka!

– Nazywam się Tobias, przyjaciele wołają na mnie Tob – opowiada uczestnik z Austrii. – O razu wiedziałem, że muszę nauczyć się języka, w którym ludzie mówią „Myślę o Tobie”, a do tego „Tobie” zapisują dużą literą.

Wszyscy pytają „dlaczego?”

Pierwszy wakacyjny kurs języka polskiego dla cudzoziemców na Uniwersytecie Warszawskim odbył się w 1956 roku na fali odwilży. Początkowo były to zjazdy o charakterze bardziej seminaryjnym i specjalistycznym. Przyjeżdżali tłumacze, profesorowie slawistyki, z czasem zamieniło się to w pospolite ruszenie – w 2017 roku, w 62. edycji udział wzięło 187 uczestników podzielonych na 18 grup zaawansowania.

– Przyjeżdżają do nas ludzie, którzy zainteresowali się Polską i językiem polskim. Często z powodów zupełnie prozaicznych: spodobało im się brzmienie języka, zjedli gdzieś w świecie smaczne pierogi. Nasza praca polega na tym, żeby taką chwilową fascynację, początkowo często nic nieznaczącą, przekuć w coś głębszego i zarazić polskim bakcylem na dobre – mówi Piotr Kajak, adiunkt w Centrum Języka Polskiego i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców UW.

Wielu uczestników ma polskie korzenie. Dziadkowie Renego, Niemca, pochodzili z Wałbrzycha. Jego ulubioną polską książką jest teraz „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. – Bardzo ją uwielbiam – mówi.

Związani z Polską byli także dziadkowie Ricardiasa z Litwy, który na wakacyjny kurs przyjechał już po raz drugi. – Oboje znali polski. Ale to był trochę inny język niż ten, którego uczę się teraz w Warszawie. Mój dziadek zawsze mówił 'dzyń dobry'

Veronika z Uzbekistanu już od kilku lat mieszka w Warszawie. W wakacyjnym kursie po raz pierwszy wzięła udział w 2012 roku. – Po licencjacie z arabistyki w Taszkiencie od razu rozpoczęłam pracę w ambasadzie Egiptu. Tam, podczas wernisażu wystawy edukacyjnej, wpadłam na polskiego ambasadora, któremu zupełnie mimochodem wspomniałam, że mój pradziadek pochodził z Galicji. A on wtedy zrobił wielkie oczy i mówi: „A masz to udokumentowane? Wyrabiaj natychmiast Kartę Polaka, jedź do Warszawy, będziesz mogła za darmo zrobić studia magisterskie”. Dwa miesiące później siedziałam już w sali na Krakowskim Przedmieściu i zaczynałam naukę polskiego. Od zera.

Kristina ma 75 lat, mieszka w Helsinkach. W przeciwieństwie do większości uczestników, którzy mają rządowe stypendia, ona czesne za kurs opłaciła z własnych środków. Z wykształcenia jest biochemiczką. Męża, Polaka, poznała, bo często jeździł do Finlandii w interesach. Handlował jabłkami. W 1969 roku namówił ją na przyjazd do Warszawy, gdzie zamieszkali na Mokotowie, na ulicy Dolnej. Życie w komunistycznej Polsce okazało się zbyt ciężkie, szczęśliwie udało im się wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie się rozwiedli. On został w Stanach, a Kristina z dwuletnią córką wróciła do Finlandii.

Z mężem zawsze rozmawiała wyłącznie po angielsku i na emeryturze, kiedy zaczęła mieć więcej czasu, uznała, że chce nauczyć się polskiego. Poszła na organizowany w Helsinkach kurs. – Niestety, jedna godzina w tygodniu to zdecydowanie za mało, żeby nauczyć się języka obcego, a już szczególnie polskiego. Dopiero teraz, w Warszawie, nadrabiam zaległości.  – opowiada.

Powodów jest tyle, ilu uczestników. Saadet bierze udział w kursie już po raz trzeci, od dziesięciu lat jest związana z wydziałem polonistyki w Ankarze. Zaczynała jako studentka, teraz pisze pracę doktorską i prowadzi na swoim wydziale zajęcia z gramatyki opisowej języka polskiego. Keizo z Japonii w zeszłym roku wykładał na orientalistyce w Toruniu. Uznał, że nadszedł czas na zamianę ról. Samuelowi z Włoch spodobała się melodia polszczyzny. Uważa, że polskie „miłość” brzmi dużo bardziej romantycznie niż włoskie „amore”.

Andrzej Dethloff: Nie stać nas na tanią szkołę [wywiad]

Andrzej Dethloff, założyciel Akademeia High School.
Andrzej Dethloff, założyciel Akademeia High School.  ilustracja: Karolina Skrzyniarz

„Dzień dobry panienkom”

– W domu byłem Jerzy, nigdy Jurek. W szkole - George. Ojciec urodził się w 1911 roku na Pradze. W czasie wojny został pojmany przez Wehrmacht, trafił do Braunschweig. Matkę z ulicy zgarnięto do obozu pracy w Salzgitter. Po wojnie nie mogli wrócić do Polski. Ojciec był inżynierem, rodzina matki miała niewielkie gospodarstwo pod Wyszkowem, zostali uznani za burżuazję. Wyjechali do Australii. Do końca życia rozmawiali ze mną tylko po polsku. Ojciec zmarł w 1971 roku, matka dopiero pięć lat temu, miała 95 lat. Znajomi mówili, że jak hitlerowcy sobie nie poradzili, to i Panu Bogu nie będzie z nią łatwo. 

Do Polski po raz pierwszy przyleciał w 1976 roku. – O wizę nie było trudno, wystarczyło zapłacić. Dziesięć dolarów za dzień. Ale nie mówiłem po polsku na tyle dobrze, żeby porozumieć się na ulicy. Tu wszyscy uczyli się wtedy rosyjskiego, angielski znali tylko pracownicy lotniska i hotelu Bristol. Kiedyś mężczyzna zatrudniony na stacji benzynowej spytał, skąd pochodzę. Odpowiedziałem, a on zaczął mówić po niemiecku. Australia pomyliła mu się z Austrią.

– Mój polski jest starożytny. Oficjalny. Mówię jak moi rodzice 60 lat temu. Wiele rzeczy mnie dziwi. Na przykład to „dzięki”. Moja matka nigdy nie zwróciłaby się do ojca w taki sposób. To byli wykształceni ludzie, znali języki obce, również łacinę, zawsze mówili „dziękuję” i „proszę bardzo”.

Któregoś dnia przyszedłem na lekcję, w sali siedziały młode panie. Chciałem się przywitać, powiedziałem: 'Dzień dobry panienkom'. Nie wiedziały, o co mi chodzi

„Nie peniaj”, „fagas”, „chyba ty”, „żenua” oraz „ssanie po niewinnym buszku”. Warsztaty o slangu i wulgaryzmach prowadziła Anna Rabczuk, znana na całym świecie adiunkt Uniwersytetu Warszawskiego, która w zeszłym roku wraz z innymi pracownikami Polonicum rozpoczęła pracę nad kursem języka polskiego online. Na YouTubie dostępnych jest 11 lekcji. Pierwsza, poświęcona narzędnikowi, ma trzydzieści tysięcy wyświetleń. W komentarzach podziękowania, uśmiechy i serduszka. 

– Przynajmniej pasywna znajomość tego rodzaju słownictwa jest bardzo ważna. Tym bardziej że tego nie ma w żadnym podręczniku, więc jeśli my tego nie nauczymy uczestników kursu, to zdani są tylko na życzliwość innych. Zawsze robię lekcję z małych, ważnych wyrazów. Bo później mój student usłyszy „oj tam, oj tam” i co z tym zrobi? Albo „o to, to, to!” – sformułowanie nie do odnalezienia w słowniku, w którym dodatkowo kluczową rolę odgrywa intonacja. Na piśmie ten zwrot będzie wyglądać dziwnie nawet dla Polaków.

"Seks przyszłości. Nowa wolna miłość". To nie poradnik dla neohipisów, a studium współczesnej seksualności

Najtrudniejszy język świata

– Nie można dać się ogłupić obiegowym opiniom, że polski to jeden z najtrudniejszych języków na świecie. Walczymy z tym, bo to dobre hasło reklamowe i nic więcej. Polska gramatyka oparta jest na łacińskiej, ma słowiańską specyfikę, ale nie jest to żadna fanaberia – przekonuje Piotr Kajak. 

Rzeczywistość okazuje się jednak znacznie bardziej brutalna. Liza pochodzi ze Słowenii, gdzie studiuje polonistykę. – Kiedy zaczynaliśmy, było 13 osób. Teraz są trzy. Kiedyś myślałam, że romantyzm jest trudny, ale potem okazało się, że Mickiewicz przy Schulzu to jak bajka dla dzieci! Czytałam „Sklepy cynamonowe”, rozumiałam wszystkie słowa, a zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi. Poddałam się przy „Transatlantyku”. Odłożyłam po kilku stronach.

Uczy się polskiego trzeci rok, mówi niemal bez akcentu. – Wiesz, co jest najgorsze? Po słoweńsku „poljska”, „poljski” wyglądają, jakby zostały utworzone od rzeczownika „polje”, czyli waszego „pole”. Ciągle muszę tłumaczyć, że moje studia nie mają nic wspólnego z agronomią.

Językami ojczystymi Veroniki są uzbecki i rosyjski: – Rosyjski ma pomagać w nauce polskiego?! Dobre sobie! Jak chcesz dogadać się na dworcu kolejowym, to oczywiście, inny język słowiański się przyda. Ale jeżeli chcesz rzeczywiście mówić bezbłędnie, to tylko przeszkadza. Dla mnie polski i rosyjski to jak Oxford English i American English. Polski jest konserwatywny, trochę staroświecki, z tysiącem wyjątków i formami, które dla was są zupełnie normalne, a po rosyjsku brzmią archaicznie, jak sprzed 500 lat. Na przykład zaimek „one”, albo forma czasownika „były”. Po rosyjsku zawsze powiesz „oni” i „byli”, nawet jak masz na myśli kobiety. 

Denis z Dniepru: „Divan” na Ukrainie i w Rosji to jest „kanapa”. U was leży na podłodze.  – Po macedońsku – do rozmowy włącza się Nikołaj ze Skopje – “zapomnij” znaczy wasze „zapamiętaj”. Całkiem na odwrót. 

Rene: Mnie się podoba, że po polsku są przypadki i jest ich więcej niż po niemiecku. To bardzo ułatwia wyrażanie się. Chcesz coś powiedzieć, od razu wiesz, że tu musisz użyć biernika, tu narzędnika, tu dopełniacza. To logiczne

Amir pochodzi z Egiptu, od pięciu lat jest w związku z małżeńskim z Polką. Teraz są skazani na angielski. Przyjechał na kurs, bo chce to zmienić. – Dla mnie polski jest trudny, nielogiczny. Długo nie mogłem się pogodzić ze słowem „kochanie”. To „nie” na końcu zupełnie nie ma sensu! To brzmi tak, jakby ktoś nie kochał, powinno się mówić „moje kochatak” – tłumaczy.

Sarah z Niemiec: Od czasu ukończenia kursu moje absolutnie ulubione polskie słowo to „dżdżownica”! To „dżdż” na początku jest takie słodkie! Choć, prawdę mówiąc, przyjechałam z pewnymi obawami. Wiedziałam, że w czasie II wojny światowej Warszawa została doszczętnie zniszczona i cały czas miałam w tyle głowy, że jestem Niemką. Sądziłam, że mogę spotkać się z jakąś agresją.

Bernie Sanders: "Demokracja nie jest widowiskiem sportowym. Nie możemy już bezczynnie siedzieć z założonymi rękami" [fragment książki senatora z Vermont]

Okładka książki 'Guide to Political Revolution'
Okładka książki 'Guide to Political Revolution'  Macmillan

„Warszawa stołówką Polski”

Anna Rabczuk: – Interesujące są różnice kulturowe zapisane w języku. Polski wykazuje opory przed nazywaniem rzeczy po imieniu. Angielskie zdanie: „I missed the bus”, przetłumaczymy jako: „Uciekł mi autobus”. Po angielsku winien jest pan, po polsku – autobus. Duże kłopoty sprawia nam też odmawianie. Mówimy „niekoniecznie”, „nie za bardzo”, „nie do końca”, „niezupełnie” albo „no tak średnio”. Nie ma siły, żeby proste „nie” przeszło przez polskie gardło.

– Studenci wciąż potrafią nas zaskoczyć neologizmami stworzonymi za pomocą reguł, które im wcześniej przekazaliśmy. Przykład z wczoraj: „Warszawa jest stołówką Polski”. Temu rozumowaniu nie można odmówić logiki. Rdzeń ze „stołeczności” został wzięty jak najbardziej słusznie, tylko pomylił się sufiks. Mojemu koledze, który chciał utworzyć przymiotnik od rzeczownika „kobieta” wyszło „kobieceryjny”.  Zapadło mi jeszcze w pamięć to: „Gdzie kucharek sześć, tam jest restauracja” – opowiada Piotr Kajak.

Anna Rabczuk: – Dla mnie to fantastyczne, że cudzoziemcy tworzą formy, które wprawiają w zakłopotanie nas, Polaków, specjalistów od języka. Ćwiczyliśmy ostatnio ze studentami liczebniki. Ja podawałam im zdania, a oni mieli wskazać, czy są poprawne, czy błędne. Dyskusję wywołało zdanie „Na kursie letnim w Polonicum jest ponad dwieście studentów”. Ktoś mówi, że niedobrze, powinno być „dwieścioro”. Wytłumaczyłam, że w tej sytuacji najczęściej usłyszą formę „dwustu studentów”. Ale forma „dwustu” jednak sugeruje, że wśród studentów są sami mężczyźni i z punktu widzenia logiki to utworzone na moich zajęciach „dwieścioro” jest poprawne. A do tego zagadka matematyczna: gdyby studentów na kursie w Polonicum było dwa razy mniej, to ilu by ich było? „Storo”?

Dziwne wybory języka polskiego dostrzegają również zaawansowani uczniowie. Meng uczy się polskiego niecały rok, ale po dziesięciu miesiącach nauki trafiła do jednej z najwyższych grup. W październiku rozpocznie studia na warszawskiej socjologii. – Kiedy ktoś mnie pyta, czy mogę zrobić jakąś rzecz, i ja opowiadam, że ”mogłabym”, to wszystko jest w porządku. Ale jak zamienię kolejność i powiem, że „bym mogła”, jeszcze z dobrą intonacją, to wtedy już znaczy, że tak trochę mogę, ale nie mam na to wcale ochoty. To jest dla mnie bardzo dziwne.

Veronika przez dwa lata uczyła rosyjskiego w gimnazjum w Konstancinie-Jeziornie. – Coraz rzadziej, ale wciąż zdarzają się sytuacje, kiedy zaplątuję się w polskim. Na moich lekcjach w ławce siedziało dwóch Jakubów, którym buzie się nie zamykały. Nigdy nie wiedziałam, jak im zwrócić uwagę. „Kuby, nie rozmawiajcie!” czy „Kubowie, cicho być!”? W końcu nie wytrzymałam i spytałam: „Jak wy właściwie się odmieniacie?” Innym razem na koniec lekcji mówię: „Proszę przygotować się do kartkówki leksykalnej”. Od razu widzę, że nie zrozumieli, o co mi chodzi. Przestraszyłam się, że użyłam jakiegoś rusycyzmu. Myślę, ale przecież wszystko w porządku, „leksykalna” to polskie słowo. Tłumaczę im: „Leksykalna. Nie będzie gramatyki, nie będzie słuchania, proszę was o nauczenie się słówek”.

I wtedy głos z głębi klasy: „To może zamiast rosyjskiego pani pouczy nas najpierw polskiego?”. 

Tłumaczenie kultury

Wykładowcy Polonicum podczas pracy zwiedzają świat. Prowadzą lektoraty języka polskiego w Reykjavíku, Budapeszcie, Kalkucie, Toronto, Daegu i Glasgow. – Ludzie mają na tyle podobne problemy historyczne, że przy zachowaniu wszelkich proporcji i upraszczając narrację, da się wytłumaczyć polską rację stanu. Zawsze znajdzie się potężniejszy sąsiad, który stwarza liczne problemy, albo postać historyczna, która stanowi łącznik między dwoma krajami. Najważniejsze to znaleźć wspólny mianownik – mówi Piotr Kajak.

– Piłsudski! – wykrzykuje Keizo z Japonii, zapytany o znanych Polaków. Chodzi mu o Bronisława, brata Józefa, który był etnografem i w pierwszych latach XX wieku badał lud Ajnów na wyspie Hokkaido. Keizo wie również, że podczas tej wyprawy towarzyszył mu Wacław Sieroszewski, w Polsce lepiej znany dzięki monografii o zamieszkujących środkową Syberię Jakutach. – Z tego, co wiem, i Japończycy, i Polacy odnoszą się do Rosjan z pewną dozą nieufności – uśmiecha się.

Simant w Indiach studiował stosunki międzynarodowe, od roku kontynuuje edukację na studiach doktoranckich w Warszawie. Lubi słuchać Radia Eska. - Na pierwszy rzut oka Delhi i Warszawa nie mają nic wspólnego. Delhi jest ogromne, 20 milionów mieszkańców, tyle co pół Polski. Ale polonistyka w Indiach ma ponadczterdziestoletnią tradycję, w Delhi jest też wielkie rondo Kopernika i każdy doskonale wie, kim on był. A na Ochocie jest skwer Dobrego Maharadży, czyli Jama Saheba Digvijaysinhjiego, który przez wiele lat interesował się Polską, a w czasie II wojny światowej założył obóz dla polskich sierot z ZSRR. Na fasadzie Biblioteki Uniwersyteckiej masz tekst sanskrycki. A, i ja uwielbiam Bollywood. Spacerując po Warszawie, rozpoznaję kolejne miejsca, w których kręcony był „Kick”, ten film ze sceną, w której piętrowy autobus spada z mostu Gdańskiego.

Podczas kursów w Polonicum w jednej klasie mogą się spotkać przedstawiciele 12 państw z sześciu różnych kontynentów, którzy widzą się po raz pierwszy w życiu. Dla nauczyciela poprowadzenie takiej grupy jest dużym wyzwaniem. - Trzeba szukać tematyki, która wciągnie każdego. Niedawno prowadziłam zajęcia o miłości. Studenci zaczęli opowiadać, po czym poznają, że są zakochani, staraliśmy się stworzyć jakąś jej uniwersalną definicję. Studentka z Argentyny powiedziała, że ona wie, co to jest miłość, bo poznała swojego męża 12 lat temu i kiedy jej się oświadczał, to powiedział: „Nie wiem, czy będziemy mieli pieniądze i czy będziemy mieli wspaniały dom. Nie wiem, jak długo będziemy ze sobą, bo życie zawsze zaskakuje. Ale mogę ci obiecać, że jeśli zostaniesz moją żoną, to zawsze będę robił ci śniadanie”. I proszę sobie wyobrazić, że on od 12 lat te śniadania robi. Nawet jak są pokłóceni. Pary powstają również na kursach. Holender z Hiszpanką są już ze sobą od kilku lat. Poznali się na kursie, na który przyjechali, bo mieli polskich partnerów.

Alina Czyżewska: Obozy to miejsce, w którym uchodźcy znienawidzą Europę [wywiad z wolontariuszką]

Poloneza czas zacząć

Na kursach w Polonicum utarł się już zwyczaj, że podczas imprezy kończącej kurs wszyscy uczestnicy tańczą poloneza.

Meng: - To jest najprostsze! Żeby wasze liczby były takie łatwe…

Samuele: - Polonez nic trudnego. Krakowiak - to jest wyzwanie!

Ricardias: - Tylko brakuje nam mężczyzn. Dziewczyny muszą tańczyć z dziewczynami i są kłótnie.

Dominik: - No tak, ja wczoraj nie poszedłem. Zrobili nam próbę w ogrodzie Biblioteki Uniwersyteckiej. Głupio tak trochę, ludzie się gapią.

Amir: - Jest mały problem z tym polonezem. Kazaszka, z którą tańczę w parze, jest ode mnie dwa razy niższa. Ja naprawdę bardzo się staram, robię bardzo drobne kroki, a ona i tak musi skakać, żeby za mną nadążyć.

*Dyrekcji 62. Wakacyjnego Kursu Języka Polskiego i Kultury Polskiej dziękujemy za pomoc podczas pracy nad tekstem

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Urocze. Dziękuję wszystkim wariatom którzy chcą się uczyć tego języka choć nie muszą.
już oceniałe(a)ś
15
0
Bardzo ciekawy tekst. Dziękuję!
już oceniałe(a)ś
15
0