Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Agata Sikora (1983) – kulturoznawczyni, krytyczka literacka. Stypendystka Narodowego Centrum Nauki, wyróżniona w konkursie Narodowego Centrum Kultury na najlepszą pracę doktorską z zakresu nauk o kulturze (w przygotowaniu książka „Szczerość nowoczesna jako kategoria kulturowa – napięcia, geneza, paradoksy”). Publikowała m. in. w „Nowych Książkach”, „Twórczości’, „Dwutygodniku”, „Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej”, „Res Publice Nowej”, „Krytyce Politycznej”. Pracuje nad książką o kulturowych sprzecznościach liberalizmu.

Doceniam wytrwałość kolegów i koleżanek wskazujących seksizm i uprzywilejowanie reprezentantów starszego pokolenia. Mimo powtarzalnych filipik przeciw „symetryzmowi” dużo osiągnęli: dziś trudno opowiadać historię III RP w pełnej samozadowolenia tonacji, tak jak robiono to przed kilkoma laty.

Skoro ta krytyka dostała się już do społecznego obiegu i „teraz pora na nas” (jak napisał ostatnio Bartosz Lisowski w odpowiedzi Dariuszowi Rosatiemu), czas pójść w ślady Marcina Króla i pozwolić sobie na odrobinę dojrzałego samokrytycyzmu.

Retoryka wypowiedzi Lisowskiego mimowolnie odsłania nasze słabości. Autor sam stawia nas w pozycji politycznych bamboccioni, kiedy pisze: „Pchnęliście rowerek odrobinę za mocno. (…) Trzymajcie kciuki, krzyczcie rady, dodawajcie otuchy (i rad, i otuchy bardzo potrzebujemy), ale pamiętajcie: jedziemy sami ku przyszłości”.

Ten sympatyczny obraz raźnych malców pozwala przemilczeć to, że przecież jesteśmy już całkiem dorośli i sami mamy szkraby testujące granice równowagi na swoich rowerkach.

W naszym wieku Adam Michnik, Antoni Macierewicz czy Bronisław Komorowski uprawiali poważny downhill bez kasku: zakładając KOR, działając w "Solidarności", siedząc w więzieniach.

Nie pytali nikogo o zgodę, nie szukali akceptacji. A my – jak na porządnych bamboccioni przystało – kłócimy się z rodzicami, domagamy uznania, ale wciąż nie wiedziemy samodzielnego życia politycznego.

Ta postawa odbija się w tekście Lisowskiego. Odwołuje się do Boba Dylana i manifestacji młodzieży w Chicago, ale stroni od osadzonych tu i teraz, w Polsce XXI wieku konkretów. Cisną się na usta pytania: jakie postulaty zgłaszamy prócz ogólnikowej krytyki neoliberalizmu? Jaką partię zamierzmy stworzyć, żeby wejść do parlamentu w przyszłych wyborach? Co konkretnie ma się zmienić prócz tego, że Leszek Balcerowicz oraz duopol PO-PiS muszą odejść?

W kwestii politycznej wizji zdecydowana większość z nas uśmiecha się czarującym uśmiechem Grzegorza Schetyny: trzeba na nas postawić, bo taka konieczność dziejowa.

Bernie Sanders: „Demokracja nie jest widowiskiem sportowym. Nie możemy już bezczynnie siedzieć z założonymi rękami” [fragment książki]

Nasze królestwa nie z tego świata

Diagnozę pokolenia dorastającego w III RP postawił na łamach „Res Publiki Nowej” Piotr Czerski, który napisał, że uznawszy politykę za sferę zamkniętą i zawłaszczoną przez ojców, „nasi ludzie polityczni porozłazili się (…) po różnych pięknych instytucjach, fundacjach, teatrach i czasopismach”, zajęli się humanistyką czy „robieniem w reklamie”.

Nasze „królestwa” zatem „nie z tego są świata”: wszak zdecydowaliśmy się działać w sferze symbolicznej, niepoddawanej twardemu kryterium politycznej skuteczności.

„Pozyskując granty, badając zjawiska i wystawiając rewolucję”, chcieliśmy wierzyć, że kształtujemy postawy społeczne. Wiara ta była bardzo wygodna, bo pozwalała widzieć własną samorealizację – intelektualną lub materialną – jako wkład w budowę społeczeństwa obywatelskiego, nowoczesnej Polski. Kiedy wynik wyborów 2015 r. obnażył nieskuteczność tych działań, nie wzięliśmy za nie odpowiedzialności – zamiast tego skrytykowaliśmy starsze pokolenie, odmieniając przez wszystkie przypadki słowo „prekariat”.

W retoryce krytycznych młodych intelektualistów neoliberalizm jawi się bowiem tak jak PRL dla części ówczesnej inteligencji: zły system, który wprowadził nam ktoś inny (komuniści i ojcowie założyciele III RP) i z którym nic nie możemy zrobić, ale który nas nie kształtuje i nie kala. Smutna prawda jest natomiast taka, że przy całej naszej krytyczności jesteśmy częścią tego systemu i postępujemy zgodnie z jego logiką: w NGO-sach, kulturze czy akademii.

Sama świadomość strukturalnych nierówności nie wystarczyła wszak, by Nowy Wspaniały Świat zatrudniał kelnerów na etat. Gdy na Zachodzie rodził się Ruch M15 albo Occupy Wall Street i ludzie wylegli na ulice, my co najwyżej życzliwie kibicowaliśmy, prowadząc intelektualne debaty. Czy nie dlatego, że kryzys 2008 r. przeszedł jednak bokiem i wciąż była ciepła woda w kranie?

Zaangażowanie polityczne – nie bez chlubnych wyjątków – było bowiem dla naszego pokolenia więcej niż passé.

Uwierzyliśmy, że „brudną” politykę polegającą na realnej walce o władzę i ścieraniu się interesów możemy zostawić „onym” cynicznym politykom, podczas gdy sami zajmiemy się realizacją siebie w życiu prywatnym i intelektualnym (które przecież też jest polityczne!). To w końcu kwestia smaku: kto chciałby się w tym babrać, jeśli nasi starzy odrobili już za nas pracę domową: nam pozostało już tylko ironicznie zbudować tę upragnioną polską „normalność”, czyli - tłumacząc na konkret - styl życia klasy średniej.

Można się zatem śmiać z koncepcji patriotyzmu Bronisława Komorowskiego (weź kredyt, zjedz czekoladowego orła), ale pamiętajmy, że podobną koncepcję wyśpiewywała Polsce znacznie popularniejsza Marysia Peszek w „Sorry Polsko”: „Płacę abonament/ I na bilet płacę/ Chodzę na wybory/ Nie jeżdżę na gapę”. Między patriotyczną martyrologią a mieszczańskim opłacaniem rat i komunikacji miejskiej zabrakło zatem przestrzeni aktywnego obywatelskiego zaangażowania: jakiejś, za przeproszeniem, wspólnoty.

Kokaina z certyfikatami "organic" i "fair trade"

Brudne sekrety 'białych nosków'Brudne sekrety 'białych nosków' Karolina Skrzyniarz

Zagrożona demokracja jak czarna wołga

No bo w końcu obiecano nam epokę końca historii i indywidualizmu, a my uwierzyliśmy w to tak bezkrytycznie jak starsze pokolenie Balcerowiczowi. Mogliśmy sobie oczywiście czytać książki historyczne albo straszne reportaże, ale wojny, zamachy stanu, autokracje, emigracja polityczna – to wszystko nie dla nas.

Horyzont naszych potencjalnych cierpień wyznaczały rozczarowania miłosne i reguły rynku, toksyczna matka, depresja i nieautentyczność: nigdy polityka.

Nic dziwnego więc, że pokolenie, które z dużym opóźnieniem zadebiutowało w odczuwaniu politycznego strachu, opowieści o zagrożeniu demokracji traktowało jak legendę o czarnej wołdze, co porywa dzieci.

To, że przez lata byliśmy tą wołgą instrumentalnie straszeni, nie usprawiedliwia naiwności, z jaką uznaliśmy, że instytucje demokratyczne należą się nam jak psu buda. I niby zatem wiemy – bo czytaliśmy książki historyczne i straszne reportaże – że osłabienie tych instytucji otwiera drogę do państwowej przemocy, ale jesteśmy w szoku, gdy dzieje się to na naszych oczach. Gdy dzieje się nam. Tak, jak płacząca dziewczyna z relacji Bartka Sabeli, która w czasie brutalnej interwencji policji „nie mogła uwierzyć, że to się dzieje w jej kraju”.

Timothy Snyder: Patrz w telewizor, bój się i módl. O to chodzi prawicy

Zbawienia od polityki nie będzie

Może zatem starsi nie traktują wystarczająco poważnie przemocy symbolicznej ukrytej w języku, bo mają za sobą doświadczenie władzy sprawowanej przy pomocą najzupełniej materialnych pałek? A my, tak raźno śmigający Foucaultem, też mamy do odrobienia swoją lekcję?

Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystko źle, a będzie jeszcze gorzej. Świetną robotę wykonują aktywiści miejscy, których postulaty przedostały się do mainstreamu i oddolnie (choć wciąż w małym zakresie) przekształcają sposób myślenia o demokracji.

Mamy swoje środowiska intelektualne, jak „Krytyka Polityczna” czy „Kultura Liberalna”. Strajk Kobiet i protesty lipcowe pozwoliły zabłysnąć nowym organizacjom, młodym polityczkom i politykom, aktywistom i aktywistkom. Założona zaraz przed wyborami Partia Razem buduje struktury i szuka swojej drogi. A wreszcie wiele i wielu z nas, co to „robią w symbolach”, pojęło, że zbawienia od polityki nie będzie, i zaczęło się angażować.

Podobnie jak Lisowski mam zatem nadzieję, że to dopiero początek i że może jeszcze sami sobą będziemy zaskoczeni. Na razie jednak nie mamy zasług politycznych starszego pokolenia, ale już dzielmy jego najgorszą wadę: zbyt dobre samopoczucie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.