Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mateusz Mazzini - socjolog pamięci, doktorant na University College London i w Polskiej Akademii Nauk. Absolwent Uniwersytetu Oksfordzkiego, współpracownik m.in. tygodnika "Przegląd", magazynów "Foreign Affairs" i "Foreign Policy”

Sierpień to w polskiej polityce miesiąc pamięci. Przyzwyczailiśmy się, że pod koniec wakacji politycy wszystkich partii starają się zbić kapitał polityczny przy okazji rocznic wybuchu Powstania Warszawskiego czy stworzenia "Solidarności".

Jednak trwające niemal od początku kadencji obecnego rządu upartyjnienie polityki pamięci przebija wszystko, co oglądaliśmy w tej dziedzinie od 1989 r.

Najnowsze pomysły PiS pokazują, że rewizjonizm w polskiej polityce pamięci wkracza w drugą fazę.

Do tej pory był jedynie instrumentem polityki wewnętrznej. Spory o kompromis Okrągłego Stołu, kontrowersje wokół "żołnierzy wyklętych" czy kolaboracja ze służbami PRL dawnych liderów opozycji mieściły się w granicach retorycznej wojny polsko-polskiej.

Działania PiS na tej płaszczyźnie były naprawdę skuteczne: Kaczyński zdołał na nowo przypisać polityce pamięci kluczową rolę. Polaków w niemal darwinistyczny sposób podzielił na dwa sorty, do których przynależność determinowały „geny”, przez co ten gorszy, postkomunistyczny sort ma być biologicznie odmienny od popleczników rządu.

W rewizjonizmie dzielnie wtórowali mu akolici prezesa, każdą z ważniejszych dla funkcjonowania państwa ustaw synchronizując z czymś przynajmniej retorycznie związanym z najnowszą historią Polski. Dzięki temu PiS sukcesywnie gwałcił konstytucję i trójpodział władz, podczas gdy Polacy, niemal trzy dekady od zmiany ustroju, na nowo zajęli się dyskusją o dezubekizacji i współpracy z SB. Gdy retoryczne podwórko polityki pamięci zostało zdobyte, przyszedł czas na nowe płaszczyzny: prawną swobodę kommemoracji i politykę zagraniczną.

O pamięć wojna totalna

Ostatnie tygodnie przyniosły prawdziwy wysyp rewizjonizmu historycznego w tych dziedzinach. Najpierw wiceminister obrony Bartosz Kownacki dał popis dyplomatycznej wrażliwości, mówiąc o Niemcach, że „dzieci i wnuki zwyrodnialców nie będą nas pouczać”, jak ma wyglądać demokratyczny kraj. Potem szef MSW Mariusz Błaszczak wystrzelił z jeszcze delikatniejszym posunięciem, jakim była propozycja uwzględnienia w nowych wzorach polskich paszportów widoków takich jak Ostra Brama w Wilnie (dla przypomnienia, dzisiaj znajdująca się na Litwie) i cmentarz Obrońców Lwowa (dzisiaj: Ukraina).

Następnie pojawił się pomysł zażądania od Niemiec odszkodowania za straty poniesione w II wojnie światowej. Sierpniowy karnawał zakończył poseł Marcin Horała, przyrównując chęć zorganizowania przez KOD i opozycję własnych obchodów Sierpnia '80 do organizacji przez Niemców uroczystości rocznicowych na Westerplatte.

Wszystkie te deklaracje pokazują jasno, że w dziedzinie polityki pamięci PiS dokonuje „poszerzenia pola walki”. Do tej pory polityka zagraniczna nie była ważną płaszczyzną konfliktu o pamięć zbiorową Polaków. Kolejne rządy po 1989 r. prowadziły ją w oparciu o wspólny azymut członkostwa, a następnie wzmacniania pozycji w NATO i Unii Europejskiej, a jej generalne założenia pozostawały poza sferą konfliktu. PiS w swoim obecnym wydaniu usiłuje to brutalnie zmienić.

Przedsmakiem poszerzenia pola walki o pamięć była gloryfikacja roli samego Kaczyńskiego i Jana Parysa, dziś szefa gabinetu politycznego w MSZ, w wejściu Polski do NATO, oraz decyzja o przeprojektowaniu wystawy stałej Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, tak aby pokazywała ona „polską” perspektywę wojny. Dwa sorty Polaków mają wybór: albo podpisują się pod naszą narracją o polityce pamięci, albo przestają być częścią tego kraju. Kompromisu tu nie będzie - blokując konkurencyjne ceremonie i wprowadzając rewizjonizm do dyplomacji, PiS idzie na totalną wojnę o pamięć.

Problem jedynie w tym, że rola pamięci w polityce zagranicznej jest skrajnie różna od tej, którą odgrywa w rywalizacji partyjnej. O ile wewnętrznie prowadzenie nastawionej na wykluczenie wojny o pamięć zbiorową ma jeszcze jakiś polityczny sens - wzmacnia polaryzację, cementuje własny elektorat wokół symboli i roztacza zasłonę dymną nad bieżącymi problemami - to w polityce zagranicznej granie solo przeciw wszystkim na dłuższą metę nie sprawdza się nigdy.

Polityka pamięci nastawiona na wykluczenie wszystkich, którzy nie przyjmują jako swojej narracji Kaczyńskiego, z wielu powodów niemal na pewno skończy się ślepym izolacjonizmem.

Dyplomacja bogoojczyźniana. O tym, co Instytut Książki poleca światu do czytania

Books from PolandBooks from Poland Instytut Książki

Wyklucza, obraża, prowokuje

Po pierwsze, polityka zagraniczna z natury zawiera w sobie relacje z nieporównywalnie większą liczbą podmiotów niż polityka prowadzona w społeczeństwie spolaryzowanym. Naczelną zasadą polityki zagranicznej jest dążenie do korzystnego kompromisu, a nie wykluczanie z gry po kolei wszystkich, którzy zasiedli przy stole.

PiS natomiast nie tylko wyklucza („dzieci i wnuki zwyrodnialców” z pewnością należą przecież do innej, gorszej Europy niż Polska Jarosława Kaczyńskiego), ale przy okazji też obraża i prowokuje. Niestety z polityki zagranicznej nie da się zrobić religii zastępczej, tak jak uczyniono to w kraju z dekomunizacją i katastrofą smoleńską.

Nie znajdzie się na arenie międzynarodowej ani jeden ślepy poplecznik rewizjonizmu w wersji PiS, na pewno nie w takim stopniu, jak ma to miejsce w domowym konflikcie z opozycją. Kaczyński lada moment będzie sam jeden groził całej Europie.

Młodzi stanęli przeciw PiS, bo przekroczono trzy fundamentalne granice: ściemy, rozumu i Europy

Wojna dawno się skończyła, PiS tego nie zauważył

Po drugie, „poszerzenie pola walki” przez PiS ma miejsce na płaszczyznach, które nikogo w Europie nie interesują jako potencjalne fronty walki. II wojna światowa skończyła się ponad 72 lata temu, Polska w międzyczasie stała się członkiem tej samej organizacji gwarantującej bezpieczeństwo w tej części świata, co Niemcy, a Berlin bezsprzecznie jest i będzie najważniejszym partnerem gospodarczym Warszawy.

Nasze położenie geopolityczne determinuje konieczność dobrosąsiedzkich relacji z Niemcami. Nie jesteśmy w tym odosobnieni - Niemcy to kluczowy sojusznik dla większości krajów naszego kontynentu. Inni przywódcy, myślący nieco bardziej racjonalnie od posła Kaczyńskiego, nie otwierają jednak konfliktu o pamięć tam, gdzie dawno został on zażegnany. Zyskać możemy niewiele, a stracić bardzo dużo. Co więcej, starcie z Niemcami na niwie prawa międzynarodowego w kwestii reparacji wojennych szybko przerosłoby PiS na niwie kompetencji.

Trudno spodziewać się, że partia, która od początku zmaga się z ogromnymi deficytami kadrowymi w dyplomacji i brukselską porażkę 27:1 celebruje niczym zwycięstwo, nagle będzie w stanie wypluć z siebie ekspertyzę prawną zmuszającą Berlin do wypłacenia Polsce monstrualnych sum.

Wyszehrad głuchy, Czechy i Słowacja pokazują plecy

Po trzecie, w ciągu dwóch lat od wygrania wyborów rząd PiS udowodnił, że w polityce zagranicznej ma dokładnie zerową zdolność koalicyjną. Spośród krajów tzw. starej Europy zdążył już zrazić do siebie praktycznie wszystkich.

Marzenia o przywództwie regionalnym też trzeba odłożyć na półkę. W Grupie Wyszehradzkiej Polski za bardzo słuchać nikt nie chce, Czechy i Słowacja odwracają się do polskich pomysłów plecami.

Nawet Węgry Viktora Orbána, które miały być bratnią duszą w walce ze zgniłymi liberałami z Zachodu, grają z Polską tylko wtedy, kiedy im to na rękę, prowadząc jednocześnie politykę przyjazną Kremlowi na wielu płaszczyznach.

Co więcej, ostatnie machanie paszportową szabelką z Ostrą Bramą może do Polski zniechęcić jeszcze tych, którzy jakimś cudem mogli w polityce zagranicznej z Warszawą znaleźć wspólny język, czyli chociażby Litwinów połączonych z Polską strachem przed rosyjską inwazją i dążeniami do wzmocnienia wschodniej flanki NATO.

"Duchowe życie zwierząt". Literacki apel do sumienia ministra Szyszko

Polityka zagraniczna: między partią a opozycją

Polityka pamięci to broń obosieczna, którą bardzo łatwo skaleczyć się samemu. Wprowadzając ją agresywnie, w sposób wykluczający, do dyplomacji, i prawnie ograniczając możliwość kommemoracji ważnych wydarzeń, PiS otwiera kolejne fronty konfliktu o pamięć zbiorową.

Problem jedynie w tym, że zwłaszcza front dyplomatyczny może Jarosławowi Kaczyńskiemu wymknąć się spod kontroli. Nie można go zmitologizować tak jak walki o smoleńską prawdę. Nie ma w nim bezwarunkowych sojuszników ani tłumów wierzących w partyjną narrację jak w zastępczą religię.

Dla pamięci w polityce zagranicznej jest miejsce, dla wykluczenia - już nie. Nazywanie Niemców synami zwyrodnialców czy wkładanie do polskich paszportów Ostrej Bramy prowadzi tylko do kompletnej izolacji na arenie międzynarodowej.

Jeśli PiS nie zejdzie z tego kursu, niebawem jedyną polityką zagraniczną, jaką Kaczyński będzie mógł prowadzić, będzie polityka między jego partią a opozycją, do czego zresztą ustawy takie jak „promiesięcznicowa” zdają się uwerturą. Polska podzieli się wtedy na dwa kraje i wówczas nawet dyplomacja będzie elementem „wojny polsko-polskiej”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.