Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Znowu pragnąć, znowu chybić – chybić lepiej."
Martín Caparrós, „Głód”

Chicago to niebezpieczne miasto. W 2016 roku doszło w nim do niemal trzech i pół tysiąca strzelanin, w których zginęło ponad 760 osób. Wiele więcej zostało rannych. To średnio dziesięć incydentów z użyciem broni palnej i dwie śmiertelne ofiary dziennie. Codziennie – w mieście niewiele większym od Warszawy, a mniejszym od Berlina. Nie wysłalibyście tam babci na wakacje ani dzieci na stypendia, choćby zarzekały się, że nie wyściubią nosa z biblioteki University of Chicago, jednej z najzacniejszych uczelni świata.

Dariusz Rosati: Gdy trwoga, to do Platformy

There’s a battle outside and it is ragin’*

Najgorzej jest w południowej i zachodniej części miasta. Tam, gdzie klasa średnia miesza się z niższą i najniższą, a american dream zmienia się w koszmar. Jeśli wychowujesz tu dziecko, każdego dnia zastanawiasz się, czy wróci ze szkoły, czy nie zrobi nic głupiego, czy nie będzie o złej porze w złym miejscu.

Jeśli jesteś tym dzieckiem, dorastasz na froncie – i dorastasz szybko. Zawierasz sojusze i modlisz się, żeby nikt nigdy nie zmusił cię do udowodnienia lojalności w nie twojej sprawie albo do wyświadczenia przysługi z rodzaju tych, których się nie odmawia.

"W chwili, kiedy mecz oglądasz,/ czytasz, co wykazał sondaż,/ bawisz dziecko śmieszną miną – /ludzie giną", pisał Josif Brodski w "Piosence o Bośni". Dziś jedna "Bośnia" jest w Aleppo, druga – w Chicago. Trzecim mieście Ameryki, w kolebce politycznych tytanów, w ziemi obiecanej przeszło 180 tysięcy naszych rodaków.

Sytuacja jest tak zła, że sam Donald Trump zatweetował dekret o wysłaniu sił federalnych na pomoc policji Wietrznego Miasta.

Your sons and your daughters are beyond your command

Ale to nie federalni wstrząsnęli Ameryką. Po tym, jak w urlopowym czasie Dnia Niepodległości ulice Chicago zmieniły się w rzeźnię, coś pękło. Nie w policyjnych weteranach, gdy zobaczyli o jedną śmierć za dużo, nie w urzędnikach miejskich, o ten jeden raz za wiele bezradnych i bezużytecznych, ani nie w Baracku Obamie, który, jak mogłoby się wydawać, wisi swojemu politycznemu matecznikowi przysługę lub dwie.

Coś pękło w dzieciakach. Może dlatego, że to ich krwią miasto syci się najchętniej. Może z innego powodu. Ważne, że to dzięki organizacjom takim jak The Resurrection Project czy ruchowi Increase the Peace pewnego piątkowego popołudnia setki ludzi, głównie młodych, wyszły na najniebezpieczniejsze ulice Zachodu.

Zamiast strzałów rozległo się bicie w bębny. I wzmocnione siłą dziesiątek gardeł hasło: Czyje są ulice? Nasze są! Ktoś rozstawiał grille, kto inny stoły, przy których animatorzy zabawiali dzieci, a edukatorzy uświadamiali młodych i starszych, jak wyrwać się z gangów i otaczającej ich beznadziei. Niektórzy tańczyli.

To nie były "grupy fokusowe", nikt nikogo nie dowoził autobusami. Dzieciaki nie miały ani wielkich funduszy, ani federalnej obstawy. Nie było tam tweeterowych kumpli "The Donalda" ani spragnionych sensacji dziennikarzy-podżegaczy. „Wyszliśmy na ulice –mówili młodzi – żeby ich pilnować. Zostaniemy całą noc. Bo gdy jest tu tak wielu dobrych ludzi, ci źli zostają w domach. Albo dołączają do nas, bo wcale nie są źli. Zagubieni, zdesperowani, złamani – ale nie źli”.

Zbigniew Ziobro w gwałtach sobie przebiera

25.07.2017, Warszawa. Zbigniew Ziobro na posiedzeniu rady ministrów25.07.2017, Warszawa. Zbigniew Ziobro na posiedzeniu rady ministrów Adam Stępień / Agencja Gazeta

Your old road is rapidly agin’

Z całym szacunkiem dla pańskiej znakomitej przeszłości i dla Pana, profesorze Rosati: czegoś takiego nie wymyśliłby ani Pan, ani Grzegorz Schetyna, ani żadna inna liderka czy lider parlamentarnej opozycji. Nie ma w tym niczyjej winy. Jest znak, że czas waszych polityk dobiega końca. Wkroczyliśmy w przejściową erę kryzysu, kiedy (cytuję Antonio Gramsciego) stare umiera, lecz nowe jeszcze się nie narodziło.

Nic dziwnego, że brakuje Panu słów na opisanie tej rzeczywistości. Inni, podobni do młodych z Chicago, muszą je znaleźć za Pana. Znajdą. Tymczasem pomówmy o tym, w czym jesteśmy mocni – o tym, co było.

The line it is drawn

W swojej polemice z publicystami „Gazety Wyborczej” nazywa Pan Stanisława Skarżyńskiego i Jakuba Majmurka „radykalnymi symetrystami”.

Mogę się tylko uśmiechnąć na zarzut „radykalizmu” i pozazdrościć, że oszczędzone jest Panu śledzenie dyskusji w moich zakątkach internetu i, szerzej, w bulgocącym światku idei, na obrzeżach którego przyszło mi żyć.

Ci dwaj naprawdę są umiarkowani – może być, i pewnie będzie, gorzej. Uśmiech znika, kiedy czytam pańską wykładnię symetryzmu: „[dla symetrystów] rywalizacja między PO i PiS-em jest pozorna, a obu partiom chodzi w istocie tylko o utrzymanie duopolu w sprawowaniu władzy. Obywatele mają więc rację, odwracając się plecami od takiej polityki”. To nie tak.

Neoliberał składa samokrytykę, czyli jak Wojciech Maziarski chciał zadrwić z młodej lewicy, a skrytykował samego siebie

The curse it is cast

Nie wierzymy w utrzymanie duopolu PO i PiS ani w system dwupartyjny, w którym każdy może się odnaleźć, o ile jest prawicowcem, a nawet konserwatystą.

Rozumiemy, że prezes Kaczyński pała szczerą nienawiścią do pańskiej formacji i też nam się to nie podoba. Dostrzegamy jednak, że podglebie PiS-owi przygotowaliśmy – my, naród polski – podczas wychwalanych przez Pana ośmiu lat prosperity i wzrostu.

Przez zaniedbania w edukacji obywatelskiej, przez zastąpienie człowieczej bliskości i troski religią wzrostu gospodarczego, przez warszawocentryzm politycznych decyzji, estetyk i priorytetów. Przez nie dość silne decentralizowanie władzy, przez nie dość stanowcze zabieganie o samorządność i nietworzenie zdrowych i "oświeconych" wspólnot lokalnych.

Nie chcieliście tego, nikt z nas nie chciał – ale stało się. Mówmy o tym, co jest, a nie o tym, co powinno albo mogło być.

For the loser now will be later to win

Rację ma redaktor Maziarski, który zarzuca nam sprowadzanie całego bólu i gniewu „ad balcerewiczum”. Słusznie nie przekonują go zaklęcia o neoliberalizmie jako jedynej przyczynie obywatelskiego wzburzenia. Nie była jedyna. Ale czy naprawdę pociesza Was, że pacjent umiera nie od grypy, lecz od powikłań?

Społeczeństwo się bogaciło, macie rację, ale nie stawało się od tego szczęśliwsze i zapragnęło zmiany. No tak, bo społeczeństwo to kategoria z tej samej półki, co PKB. Społeczeństwu rosło, ale pani Takiej czy panu Takiemu – spadało. Bo chwilówka, bo drogi nie ma i w busie trzeba się telepać, żeby lekarstwa babce kupić, zapłacić rachunki, a czasami – bo dlaczego nie? – zapiwkować w pubie. Bo kolejka do doktora. Bo sensu brak. Bo robić się nie chce. Z różnych powodów.

Ale Wy, nie bez racji, i tak byliście dumni. Wszak daliście nam coś wcześniej w Polsce nieznanego: stabilną gospodarkę i o wiele więcej szans, niż sami kiedykolwiek dostaliście. Uwierzyliście, że wystarczy te szanse sprawiedliwie (umiarkowanie, ale przez chwilę nie kłóćmy się o diabły tkwiące w szczegółach) rozproszyć między nas, a my już będziemy wiedzieli, co z nimi zrobić. Jedni wiedzieli, inni – nie. Rozumiem, dlaczego nie chcieliście wziąć za tych drugich odpowiedzialności. My sami dopiero do niej dojrzewamy.

Ale PiS, renesans ONR-u, fala internetowego hejtu i rasizmu są zatrutymi owocami tego zaniechania. Myślicie, że szesnastolatek w Chicago naprawdę marzy o tym, żeby zabijać innych szesnastolatków? Albo, że każdy narodowiec budzi się codziennie ku chwale wielkiej białej Polski nienawistnej? Jesteście – a i wielu z nas też, bo poza młodością i "symetryzmem" nie wszystko nas łączy – w tym bardzo podobni do Trumpa: wypieracie problem, licząc na szybkie rozwiązania (zamknąć, zdelegalizować, wysłać więcej strzelb na patrole) wieloletnich zaniedbań. Bo tym razem na pewno się uda, co?

Dalej śpicie, a my dopiero się budzimy. Ale mamy czas i Wasze doświadczenia, żeby się z nich uczyć – i o tyle jesteśmy od Was bogatsi.

For he that gets hurt will be he who has stalled

Politykowi Pańskiej klasy nie wypada prosić o zmiłowanie. Darzę olbrzymim szacunkiem każdego człowieka, któremu wystarczy odwagi na pełnienie jakiejkolwiek funkcji publicznej – Pana, prezydenta Biedronia, posłankę Pawłowicz, mojego radnego – ale nie mam litości. Szacunek, zrozumienie, uznanie, ale nie litość.

Trochę dlatego, że tak mi wygodniej, ale też dlatego, że wiem, jaki los mnie czeka. W zapewne mniejszej skali – taki sam, jak Was, skrzywdzonych ojców i matki III RP. Krytyka, której boję się najbardziej, a która musi nadejść, nie spadnie na mnie z łamów gazet ani z sejmowej mównicy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z moim planem na życie, przyjmie mniej więcej taką formę: "Tato, nie masz racji. Ja to zrobię lepiej".

Spór o symetryzm, profesorze, jest niczym więcej niż zdrowym i zwyczajnym jak następstwo pór roku konfliktem pokoleń. My z dzisiaj kłócimy się z wami z wczoraj o jutro naszych dzieci. Mam prośbę: służcie (właśnie tak!) nam pomocą i radą, ale nie wstrzymujcie biegu rzeczy. Czego dotąd nie zrobiliście, już nie zrobicie.

Myślcie o godnym i mądrym przekazaniu atomowych guzików, mównic i haseł do partyjnych kont, o smooth transition między jednym pokoleniem a drugim. Pan, Schetyna, Wałęsa, Kaczyński, Gronkiewicz-Waltz – mieliście swój czas. Zapisaliście się w historii, ale jak – nie Wam sądzić. Nie dziś i nie w swojej sprawie.

Nie taka Platforma Obywatelska straszna, jak ją Skarżyński maluje

Grzegorz Schetyna Przewodniczący Platformy ObywatelskiejGrzegorz Schetyna Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Oh, what’ll you do now, my blue-eyed son?

Nastał dzień próby. Pchnęliście rowerek odrobinę za mocno, a że akurat było z górki, świat przyspieszył.

Stało się, trudno. Chcecie czy nie – jedziemy sami. Trzymajcie kciuki, krzyczcie rady, dodawajcie otuchy (i rad i otuchy bardzo potrzebujemy), ale pamiętajcie:  jedziemy sami ku przyszłości, w której będziecie mile widzianymi gośćmi, ale już nie gospodarzami.

Jeśli dobrze nas wychowaliście (przez przykład lub antyprzykład), podołamy i wszystko ułoży się raczej dobrze niż źle. Jeśli nie sprostaliście, cóż, być może i tak odnajdziemy właściwą drogę, jak te dzieciaki z Chicago, wiele z nich osieroconych lub niechcianych, a przecież niezwykłych.

A jeśli w nas zwątpicie, przypomnijcie sobie swoich rodziców i ich zwątpienie, kiedy szliście protestować pod sztandarem "Solidarności". Bali się? Nie wierzyli w was? Czuli, że ich zawiedliście? Co im wtedy mówiliście i czy aby nie: "Tato, mamo, nie macie racji. Zrobimy to lepiej"? I zrobiliście. Teraz pora na nas.

*Śródtytuły (poza ostatnim z "A Hard Rain's a-gonna Fall) pochodzą z "The Times They Are a-Changing" Boba Dylana

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.