Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kamil Fejfer - dziennikarz. Pisze do „Krytyki Politycznej”, OKO.press, "VICE”, "F5”. Twórca facebookowego „Magazynu Porażka”, członek kolektywu The Failcores tworzącego grę wideo o nierównościach społecznych. 27 września ukaże się jego książka „Zawód” będąca zbiorem reportaży z polskiego rynku pracy.

„Kiedy więc teraz w «Gazecie Wyborczej» ukazują się dramatyczne wstępniaki o upadku w Polsce demokracji i zawróceniu kraju z drogi, którą kroczył przez 27 lat, to może redaktor powinien się zastanowić, zanim udostępni łamy młodym doktrynerom na kolejne wywody o «umowach śmieciowych», niedolach prekariatu, pazerności banksterów, zbyt niskich (zawsze są zbyt niskie) płacach, niesprawiedliwych (bo zbyt niskich) podatkach, biednych lokatorach (cudzych domów) i wrednych liberałach, którzy to wszystko firmują i aprobują” - pisze Janusz A. Majcherek w najnowszej Polityce.

Panie Januszu, muszę Pana zmartwić. „Gazeta Wyborcza” po raz kolejny udostępnia łamy młodemu doktrynerowi na wywody o umowach śmieciowych i niedoli prekariatu.

Mam 31 lat, na umowie o pracę przepracowałem w życiu niecałe półtora roku. W swojej teczce zawodowej mam ponad 70 umów o dzieło i umów-zleceń. Znaczna część z nich powinna być po prostu umowami o pracę – z takimi neobolszewickimi przywilejami jak płatny urlop czy okres wypowiedzenia. Kiedy zwalniano mnie z jednej z moich śmieciowych prac, gdzie zarabiałem 2 tys. zł na rękę na umowie o dzieło, przełożona powiedziała, że wywalczyła mi dwutygodniowy okres wypowiedzenia.

Neoliberał składa samokrytykę, czyli jak Wojciech Maziarski chciał zadrwić z młodej lewicy, a skrytykował samego siebie

Obchody 20-lecia ogłoszenia 'planu Balcerowicza' w grudniu 2009 roku. Od lewej, w pierwszym rzędzie: Bronisław Komorowski (wówczas marszałek Sejmu, później Prezydent RP), Leszek Balcerowicz i Jacek Rostowski (minister finansów w rządzie Platformy Obywatelskiej.Obchody 20-lecia ogłoszenia 'planu Balcerowicza' w grudniu 2009 roku. Od lewej, w pierwszym rzędzie: Bronisław Komorowski (wówczas marszałek Sejmu, później Prezydent RP), Leszek Balcerowicz i Jacek Rostowski (minister finansów w rządzie Platformy Obywatelskiej. fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

Żeby innych bolało tak jak mnie

Według Głównego Urzędu Statystycznego średni czas poszukiwania pracy w Polsce to 10 miesięcy. Jak mnie wyrzucili w 2015 roku, wynosił on 13 miesięcy. Nie miałem oszczędności, bo wbrew temu, co swego czasu mówiła „Gazecie Wyborczej” Henryka Bochniarz, nie da się odkładać z 1,6 tys. zł. Z 2 tys. też nie. Znaczy próbować warto; rezygnacja z życia na poziomie psa i zejście do poziomu sytego szczura dla 50 zł miesięcznie odłożonych zaskórniaków brzmi naprawdę kusząco. Nie skorzystałem, może byłem głupi.

Nie dostałem też zasiłku dla bezrobotnych, bo dla państwa nie byłem pracownikiem. Dołączyłem do ok. 85 proc. bezrobotnych, którzy według Głównego Urzędu Statystycznego nie mają prawa do świadczeń pieniężnych. Tak, w Polsce praktycznie nie ma zasiłków dla bezrobotnych.

A wie Pan, co miałem ochotę robić po ośmiu miesiącach bezskutecznego poszukiwania pracy, utrzymywany przez dziewczynę, rodziców, łapiąc kredyty na życie? Miałem ochotę walić na oślep. Żeby innych bolało tak jak mnie. Mam wrażenie, że to nie jest jednostkowe doświadczenie. To jest bardzo łatwy do wyzyskania kapitał polityczny. Na przykład do wysadzenia w powietrze sądów. To, że zamknie Pan oczy, zatka nos, a redaktorzy tej czy innej gazety stwierdzą, że dla wyższego dobra nie warto pisać o tym, jak wygląda Polska niżej klasy średniej, nie oznacza, że to wszystko nagle zniknie.

Pisząc książkę „Zawód” o polskim rynku pracy, rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy mają wszystkie powody, żeby się wkurzać.

Z ratownikiem medycznym, który w czasie swojej kariery uratuje 10 tys. osób, a system wycenia jego pracę na 18 zł za godzinę.

Z doktorką psychologii, potrójną laureatką konkursu Studencki Nobel, autorką kilkudziesięciu publikacji naukowych, która od pięciu lat nie może znaleźć pracy w zawodzie, bo wszystkie miejsca są obsadzone znajomymi.

Z doświadczoną dziennikarką z wieloletnim stażem, która od ponad dekady jedzie na śmieciówkach, a pod koniec miesiąca czasami zastanawia się, jak ugotować dla swoich dzieciaków obiad za 6 zł ze składników z Biedronki.

Rozmawiałem w końcu z dziewczyną, która po wielu latach pracy w callcenter i w barach została prostytutką, aby – jak sama twierdzi – przestać się w Polsce czuć jak dziwka.

Tym ludziom żaden neobolszewicki doktryner, żaden intelektualista, który przyznał, że „byliście głupi”, żadna partia tęskniąca za państwem opiekuńczym nie musi mówić, że żyje im się, bardzo przepraszam za słowo – chujowo. Oni naprawdę to wiedzą.

"Listy do młodego kontestatora". W dobie protestów to lektura obowiązkowa

'Łańcuch światła' - protesty pod Sejmem'Łańcuch światła' - protesty pod Sejmem Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

Kupić sobie normalne życie

Pisze Pan, że żyjemy „w okresie bezprzykładnego rozwoju, który sprawił, że Polska znalazła się geopolitycznie, cywilizacyjnie, kulturowo i ekonomicznie tak blisko najwyżej rozwiniętych krajów Zachodu, jak bodaj nigdy w historii”. I zapewne ma Pan rację. Ale z rozwoju ekonomicznego trudno jest ugotować obiad, za geopolityczną bliskość do Zachodu nie pojedzie się na wakacje, za cywilizacyjny rozkwit nie kupi się antybiotyków, kiedy zmorze choroba.

W 2014 roku według GUS 63 proc. gospodarstw domowych w Polsce nie mogło sobie pozwolić na tygodniowy urlop. Ludzie nie zawsze patrzą na wzrost PKB, patrzą na własne doświadczenie i porównują je z tym, co słyszą od swoich dzieci i znajomych, którzy wyjechali z Polski do lepszego świata, żeby za zarobione tam pieniądze kupić sobie normalne życie.

Wiadomo, że nie od razu Kraków zbudowano, a tym bardziej Polskę. Ale istnieją różne sposoby budowania Krakowów i państw. Nie wierzę w historyczne konieczności, wierzę w polityczną wolę i mądre polityki publiczne. Można było stworzyć taki system, który nie tylko na wykresach wyglądałby wspaniale. Mało tego, do jego opisu można było używać innych wykresów i innych wskaźników, bardziej szczegółowych niż PKB czy „cywilizacyjny postęp”. Chociaż oczywiście i one są ważne.

Nie ma co walczyć z faktami. Poprawia się nam wszystkim. Średnia pensja ciągnie w górę. Te ponad 4 tys. brutto zarabia jednak nie więcej niż 30 proc. Polaków. Rośnie również mediana, która w 2014 roku (nie ma świeższych danych) wynosiła 2350 zł na rękę. Ale te wskaźniki ekonomiczne są naprawdę małym pocieszeniem, kiedy kolejny rok z rzędu musi Pan odmówić dziecku kupna modnych butów, jakie mają jego koledzy z klasy. Wskaźniki makroekonomiczne to ładny widok z daleka.

Prekariat, populizm

Pan się usadowił na elitarnej pozycji znanego publicysty. Dostaje pan za niezbyt rozważny, niepoparty żadnymi danymi, napisany w dwie godzinki tekst równowartość połowy, a może całej średniej krajowej. Łatwo wtedy przeoczyć, że istnieje coś więcej niż tendencje i trendy, że za liczbami (a nie rosnącymi wykresami) stoją ludzie i ich problemy. A problemy mogą być paliwem politycznym. Szkoda, że wciąż i wciąż trzeba to tłumaczyć.

To nie jest tak, że marudzenie niszczy polską demokrację. Demokrację niszczy system stworzony tak, że osoby na śmieciówkach, ten - he, he, he – prekariat, nie ma poczucia, że naprawdę jest czego bronić.

Słabością polskiej demokracji nie jest to, że „Wyborcza” daje głos ludziom mówiącym o rozwarstwieniu, o problemach społecznych, o doli prekariatu. Słabością demokracji jest to, że stworzyła podglebie pod populizmy - które rosło wtedy, kiedy Pan był zapatrzony w zielone strzałki.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.