Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Doktor Magda Szcześniak - kulturoznawczyni, wykładowczyni w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Bada polską transformację po 1989 roku, ze szczególnym uwzględnieniem przemian kultury wizualnej i sfery publicznej. Stypendystka Fundacji Fulbrighta oraz Narodowego Centrum Nauki. W 2015 roku wspólnie z dr. hab. Maciejem Gdulą oraz dr. Krzysztofem Świrkiem prowadziła program „Nie wierzę politykom" w TVP Info. Nakładem Fundacja Nowej Kultury "Bęc Zmiana" ukazała się jej książka "Normy widzialności. Tożsamość w czasach transformacji".

Arkadiusz Gruszczyński: PiS wiele mówi o suwerenie i woli ludu, ale nie zajmuje się, jak inne rządy III RP, klasą średnią. Dlaczego?

Polityka klasowa partii rządzącej wydaje się niespójna. Na poziomie retorycznym klasa średnia przestała być głównym punktem odniesienia, co jednak nie oznacza, że PiS zwraca się jedynie do klasy ludowej, do osób wykluczonych ekonomicznie i kulturowo. Powód? Żeby pozostać u władzy, niezbędne jest poparcie sporej części klasy średniej. Aby nie zrażać do siebie „średniaków” i odróżnić się od modernizacyjnej retoryki Platformy Obywatelskiej, PiS zmienił wektor dyskusji, przesuwając ją na tory rozmowy o wspólnocie narodowej, broniącej się przed takimi wyobrażonymi zagrożeniami jak muzułmańscy uchodźcy, stalinowscy sędziowie czy europejskie „homolobby”.

Inną kwestią jest to, na korzyść jakich grup społecznych realnie działa partia rządząca. Strona retoryczna to nie wszystko, niespójność można zauważyć też w praktycznych rozwiązaniach wprowadzanych przez rząd PiS, ale to już zostawiam ekonomistkom i politologom.

A co z nowymi członkami klasy średniej, tymi, którzy dzięki programowi „Rodzina 500+” stali się jej niższą warstwą? 

Nie znam badań, które potwierdzałyby, że 500+ pozwoliło znaczącej grupie awansować z klasy ludowej do niższej klasy średniej. Nawet jeśli pod względem kapitału ekonomicznego istnieje grupa, która rzeczywiście awansowała do klasy średniej, to nie oznacza to, że została w niej przyjęta z otwartymi ramionami. Reakcja klasy średniej na awans ekonomiczny części beneficjentów programu jest symptomatyczna i – jak mi się wydaje – również ma źródła w transformacji i jej lekcjach odrzucania osób, którym się nie udało.

Czyli?

Większość zarzutów ma charakter estetyczny – dzięki programowi 500+ klasa ludowa, a może już właśnie niższa klasa średnia, zaczęła jeździć na wakacje i tam bezczelnie demonstrować swoje istnienie, rzekomo zachowując się głośno, źle wyglądając, jedząc tłuste frytki zamiast kaszę quinoa z łososiem. Nawet więc jeśli rzeczywiście dokonuje się awans, nie znaczy to, że będziemy mieli do czynienia ze spójną klasą średnią, opartą na określonej wizji wspólnotowej tożsamości.

Rok temu opisałaś w swojej książce „Normy widzialności. Tożsamość w czasach transformacji” to, co w latach 90. uznawano za normalność. Zaczęło się od białych skarpetek. Były aż tak ważne? 

Dziś białe skarpetki, zwłaszcza noszone do wyjściowych butów, wydają nam się obciachowe. Ale nie zawsze tak było. Jeszcze na przełomie lat 80. i 90. stanowiły element wizerunku odnoszących sukces biznesmenów. Ich zdjęcia oglądamy choćby w piśmie „Sukces”, w rubryce o wdzięcznej nazwie „Komu się powiodło i dlaczego?”, w której wielu znanych do dziś polskich przedsiębiorców pozuje w białych skarpetkach na tle sprowadzanych przez siebie towarów.

I co te białe skarpetki mogą nam powiedzieć o tamtych czasach?

Przyjrzenie się historii czegoś tak błahego pozwala dostrzec zmiany wyobrażenia o „normalnych” przedstawicielach polskiej klasy średniej lat 90. Klasa średnia jest dominującą symbolicznie formacją polskiej transformacji, z którą politycy, socjologowie, publicyści wiążą wielkie nadzieje, ma ona bowiem pomóc w zbudowaniu stabilnego systemu wolnorynkowego, stać się gwarancją udanych reform. Wyobrażenia na jej temat są jednak mgliste. Nie wiadomo było do końca, kto miał do niej należeć i z jakich grup miała się wywodzić.

Równocześnie ta klasa przedstawiana jest jako coś oczywistego, o co nie należy nawet pytać. Jej wyłonienie uważane jest za naturalną kolej rzeczy. Klasa średnia staje się wręcz synonimem normalności. A jak wiadomo, normalność rozumie się sama przez się. Tymczasem historia białych skarpetek pokazuje, że wyobrażenia o normalności i klasie średniej ewoluowały.

Białe skarpetki wskazywały sukces, ale również marzenia o sukcesie.

Były dodatkiem pozwalającym zademonstrować wyższy status społeczny ich posiadacza. Choć oczywiście niekoniecznie „mówiły” prawdę. Z pewnością symbolizowały aspirację do klasy średniej lub wyższej. Co ciekawe, precyzyjne oddzielenie klasy wyższej od średniej nie jest zresztą wówczas oczywiste.

Dlaczego właśnie ta część ubrania była tak ważna?

Jak pisze Roland Barthes w "Systemach mody", detal często bywa „małym czymś, co wszystko zmienia”. Białe skarpetki były takim właśnie drobnym elementem, dość tanim, dostępnym, ale wywołującym pozytywne skojarzenia z wielkomiejskością, coraz modniejszymi sportami, jak tenis i golf. Nieskazitelnie białe skarpetki były też dowodem na to, że ich właściciel nie wykonuje pracy fizycznej. Ba! Najpewniej nie jeździ pogardzaną komunikacją miejską czy rowerem, tylko samochodem. 

I zakładano je do czarnych butów i garniturów!

Naprawdę ciekawa jest zmiana ich znaczenia. Przecież już w połowie lat 90. w prasie codziennej stały się symbolem zapóźnienia i obciachu. Nie były traktowane po prostu jak rzecz, która wyszła z mody, jak żakiet z bufkami czy dzwony. To wówczas pojawiły się dyscyplinujące artykuły, utrzymane w niezwykle poważnym tonie, przestrzegające przed zakładaniem białych skarpetek, wyjaśniające, że są one oznaką zacofania i niepoprawnego naśladowania Zachodu. Historia białych skarpetek to zatem historia wyłaniania się, przekształcania i wreszcie naturalizowania „norm widzialności”.

Na przełomie lat 80. i 90. transformacyjna narracja – rozpowszechniana w prasie głównego nurtu, magazynach ilustrowanych, telewizji, wspierana ekspercką opinią wielu socjologów – przekonuje, że klasa średnia jest otwarta dla wszystkich.

"Obozy to miejsce, w którym uchodźcy znienawidzą Europę" [WYWIAD]

To naiwne założenie?

Bardzo. Zgodnie z nim wystarczy dostatecznie się postarać i reprodukować konkretne wzory, by osiągnąć sukces. Ta rzekoma potencjalna wszechogarnialność i dostępność klasy średniej sprawia z kolei, że jest to jedyna grupa, o której mówi się przy użyciu kategorii klasy. Zauważ, że przestano zajmować się klasą robotniczą jako klasą istotną w nowej rzeczywistości, termin „klasa ludowa” właściwie nie funkcjonował.

Wykluczenie w sferze dyskursywnej wiąże się z pominięciem wielu grup – robotników, mieszkańców byłych PGR-ów – z projektu modernizacyjnego transformacji. Samą klasę średnią, zwłaszcza na początku lat 90., wyobrażano sobie jako dość jednolitą, potencjalnie wszechogarniającą grupę. Jak pokazuje przykład białych skarpetek, w toku transformacji klasa średnia zaczyna się wewnętrznie różnicować, część jej członków zostaje naznaczona jako obciachowa, źle naśladująca Zachód.

A skąd brały się obrazy, wyobrażenia Zachodu?

Jednym z najbardziej popularnych przykładów jest oczywiście amerykański serial „Dynastia”, który  pojawia się w Telewizji Polskiej dziesięć lat po amerykańskiej premierze, bijąc rekordy popularności i staje się ważnym obrazem w polskiej kulturze. Mimo że jest anachroniczny, oglądany z opóźnieniem, dla wielu odbiorców stanowi źródło wyobrażeń na temat tego, jak wygląda luksus, bogactwo, dobre życie. Takich obrazów jest jednak dużo więcej. Przywędrowują do Polski w latach 80. dzięki nowym technologiom: antenom satelitarnym i kasetom VHS, później w latach 90. Są zupełnie legalnie rozpowszechniane w telewizji oraz kinie, ale i na billboardach i w nowych magazynach ilustrowanych.

Na przykład?

Sposób funkcjonowania zachodnich sesji modowych i fotografii stockowych w polskich czasopismach ilustrowanych na początku lat 90. Fotografie stockowe to zdjęcia tworzone przez profesjonalne agencje fotograficzne do celów ilustracyjnych, obrazy, które mają być w pewnym sensie przezroczyste, nienachalnie ozdabiać tekst. Oczywiście swoją przezroczystość osiągają dzięki zgodności z dominującymi wyobrażeniami kulturowymi.

Wpisujemy hasło „rodzina” i…?

…i wyskakuje nam model 2+2, cztery białe osoby, pozujące przed zadbanym domkiem na amerykańskich przedmieściach. Dziś stocki, tworzone głównie poza Polską, funkcjonują w polskiej kulturze wizualnej tak jak na Zachodzie, czyli są przezroczyste. Jednak na przełomie lat 80. i 90. ten gatunek zyskuje wyjątkową widoczność. Zdjęcia stockowe zaczynają funkcjonować nie jako tapeta, tylko jako wzór do naśladowania, ilustrują artykuły instruktażowe skierowane do osób aspirujących do klasy średniej. Uczą, jak się ubierać, jak się czesać, jak wyglądać. Uczą też przedstawicieli klasy średniej rozpoznawania siebie nawzajem, a może przede wszystkim rozpoznawania i odrzucania tych, którzy nie potrafią dorosnąć do wymagań tej grupy. 

Jak więc identyfikowała się klasa średnia?

Pojawiają się szczegóły wizualne kojarzone z przesadą. Jednym słowem, pojawia się stereotyp nuworysza, ironicznie przedstawiony pod koniec pierwszej dekady transformacji w serialu „Tygrysy Europy” Jerzego Gruzy. Potrzeba odróżnienia prawomocnych od nieprawomocnych przedstawicieli klasy średniej wiąże się z rzeczywistymi przekształceniami w obrębie tej grupy. O ile na początku lat 90. była definiowana przez socjologów i publicystów jako grupa trudniąca się prywatną przedsiębiorczością, zazwyczaj handlem, o tyle w ciągu dekady ten wzór przesunął się w kierunku pracownika umysłowego, korporacji i przedstawiciela handlowego.

Czy klasie średniej udało się to przedsięwzięcie naśladowania Zachodu?

W pewnym sensie cała polska transformacja jest projektem naśladowczym – jej koniec jest z góry założony, mamy stać się dojrzałym, „normalnym” krajem na kształt wolnorynkowych demokracji liberalnych. Uczą nas tego zagraniczni doradcy pokroju Jeffrey Sachsa i prezesi zachodnich korporacji, otwierających siedziby w Polsce.

Z jednej strony w Polsce w latach 90. dominuje przekonanie, że nie ma innej drogi niż naśladowanie Zachodu, z drugiej jednak - w debacie publicznej często słychać obawy przed staniem się jedynie podróbką Zachodu. A przecież chcielibyśmy być oryginałem, krajem wyjątkowym

Jak twierdzą krytycy transformacji, zbudowana była ona na nierealistycznych przesłankach. Nieważne, jak żarliwie byśmy naśladowali, zachodnia droga modernizacji jest nie do powtórzenia, zwłaszcza w warunkach kryzysu globalnego kapitalizmu trwającego od lat 80.

Ale podróbka to nie tylko metafora. To również pewna praktyka konsumpcyjna, niezwykle popularna w latach 90. 

- Tak jak normalności, tak różnicy pomiędzy towarami markowymi a podrobionymi trzeba się było nauczyć. Na początku transformacji różnica pomiędzy oryginałem a podróbką wcale nie jest oczywista, a być może z punktu widzenia wielu osób w ogóle nie istnieje. Dla konsumentów ważniejsza jest sama obecność towaru na rynku, jego zachodni wygląd. Kupowane na bazarach podróbki były niezwykle popularne, z pewnością nie wszyscy kupujący mieli jednak świadomość tego, że kupują przedmioty nieoryginalne. To nie miało dla nich znaczenia. Negatywnie waloryzowane pojęcie podróbki trzeba było dopiero stworzyć. Z czasem, niestety dość szybko, bo już w 1992-93 roku, fałszywki stały się obiektem bardzo gwałtownej krytyki ze strony „ekspertów”: dziennikarzy, pracowników zachodnich korporacji.

Dlaczego nie ma "Projektu Gentleman"?

Program telewizyjny tworzący prawdziwych mężczyznProgram telewizyjny tworzący prawdziwych mężczyzn Lidia Sapińska

Bo pozwalają na weryfikację?

Podobnie jak białe skarpetki podróbki pozwalają dostrzec sposoby wewnętrznego różnicowania się klasy średniej poprzez wyrzucanie niektórych poza nawias. Noszenie podróbek staje się rzekomo oczywistym dowodem na niedorastanie do „zachodnich standardów”, czymś, co należy wyrugować. Eksperci stawiają sobie za cel udowodnienie, że istnieje fundamentalna różnica pomiędzy podróbkami a oryginałem. Używa się przy tym wybitnie dyscyplinującego języka, mającego na celu ośmieszenia osób handlujących podróbkami i ich klientów. Rzadko zadają sobie pytanie o to, czy naprawdę dres z czterema paskami musi być lepszy od tego z trzema, czy naprawdę trzeba za niego płacić kilkanaście razy więcej i czy wszystkich na to stać.

Piszesz, że bohaterem polskiej transformacji może być tylko „normalny” mężczyzna. Czyli jaki?

Oczywiście normalność jest zmienną kategorią, powinniśmy ją właściwie zawsze umieszczać w cudzysłowie. „Normalny” mężczyzna polskiej transformacji ma być samodzielny, zaradny, znakomicie odnajdować się w nowej rzeczywistości, wytrwale pomnażać kapitał, wyglądać tak jak jego zachodni odpowiednik. Zwłaszcza że z czasem podejrzane staje się nie tylko niedostawanie do normy, ale też eksces: symboliczne białe skarpetki, zbyt dużo złota, zbyt wiele kolorów.

Jednym z elementów „normalnej” tożsamości mężczyzny czasów transformacji jest jego uprzywilejowana pozycja względem kobiet oraz wszystkich „innych”. Kultura transformacyjna jest niezwykle mizoginistyczna. Wystarczy przypomnieć sobie polskie kino lat 90. czy przejrzeć kilka numerów nowych magazynów ilustrowanych, np. pisma „Sukces”, które przez kilkanaście miesięcy publikuje erotyczne rozkładówki, zatytułowane „Szansa na sukces”. Kobiety są tylko dodatkiem.

Ale drugą część książki „Norm widzialności” poświęcasz nie kobietom, lecz gejom. Dlaczego?

To rzeczywiście może wydawać się zaskakujące. Zwłaszcza że nienormatywność seksualna w latach 90. nie jest istotnym tematem definiującym polską tożsamość, ten temat rzadko pojawia się w debacie publicznej głównego nurtu.

Dlaczego?

W przeciwieństwie na przykład do rozwijającego się w latach 90. ruchu feministycznego mniejszości seksualne nie są postrzegane jako zagrożenie dla tożsamości „normalnego” mężczyzny. Co prawda pod koniec lat 80. warszawska grupa działaczy homoseksualnych stara się o zarejestrowanie pierwszego stowarzyszenia, a w roku 1990 powstaje Stowarzyszenie Grup Lambda, jednak starania społeczności nieheteronormatywnej nie są dostrzegane przez „mainstream”.

Polskim homoseksualistom nie udaje się jeszcze przebić do sfery publicznej, dlatego intensywnie zajmują się tworzeniem sfery przeciwpublicznej.

Co to takiego?

Sfera przeciwpubliczna, według takich teoretyków jak Nancy Fraser czy Michael Warner, to pojęcie opisujące sposoby tworzenia społeczności i wspólnego obiegu treści przez grupy mniejszościowe, marginalizowane przez większość. Opisuje ono takie praktyki jak zakładanie nieformalnych grup wsparcia, wydawanie magazynów, organizowanie bezpiecznych przestrzeni.

Grupy tworzące sfery przeciwpubliczne są świadome swojej marginalnej pozycji oraz wrogiego bądź protekcjonalnego stosunku, żywionego wobec nich przez wielu przedstawicieli większości

Polscy nienormatywnie seksualni mężczyźni zaczynają organizować się w ten sposób już w latach 80., na przykład w 1986 roku Ryszard Kisiel zakłada w Gdańsku zina „Filo”, który staje się ważnym narzędziem tworzenia wspólnoty. W „Filo” toczy się na przykład dyskusja o zachodnim słowie „gay”, o tym, czy powinno zostać spolszczone, pojawiają się w nim również teksty o epidemii AIDS, które było jednym z tematów tabu w polskich mediach w latach 80., ale i informacje na temat miejsc spotkań, plaż nudystycznych.

Festyn i nacjonalizm w puszkach. PiS to modelowy przykład "kultury kłamstwa"

Maryla Rodowicz i Zenek Martyniuk na Sylwestrze TVP2Maryla Rodowicz i Zenek Martyniuk na Sylwestrze TVP2 Fot. Marek Podmokly / Agencja Gazeta

A w latach 90.?

W latach 90. z kolei w opisywanej sferze przeciwpublicznej, na którą składa się już sporo czasopism i wydawnictw, toczy się ostry spór dotyczący kształtu projektu politycznego ruchu mniejszości seksualnych. Część środowiska opowiada się – w duchu transformacji – za strategią asymilacji, odwołuje się do wartości klasy średniej oraz chce naśladować zachodni ruch LGBT.

Tak zdefiniowany projekt polityczny wymaga od środowiska mniejszości seksualnych dostosowania się do większości, a więc i odrzucenia praktyk definiowanych jako przesadne: np. płciowych przebieranek, poszukiwania partnerów seksualnych w miejscach publicznych. Wiele osób nienormatywnych odrzuca taką wizję asymilacji, pragnie podtrzymać nienormatywne praktyki wytworzone przed rokiem 1989.

Takie osoby opisuje na przykład Michał Witkowski w "Lubiewie". Aktywnie wypowiadały się one również na łamach czasopism środowiskowych, takich jak „Filo”, „Okay”, „Inaczej” czy „MEN”. 

Wzdłuż jakich linii przebiega ten konflikt?

Częściowo ma on charakter pokoleniowy i klasowy. Wykluczane są osoby starsze, mające swoje przyzwyczajenia i sposób życia. Wykluczane są również często osoby niezamożne, niechcące bądź niepotrafiące przeistoczyć się w „nowoczesnego geja”, takiego jak Steven z serialu „Dynastia”, który staję się wzorem dla części środowiska. We wstępniaku pierwszego numeru pisma „Okay” bogaty, obyty i niemanifestujący nadmiernie – oczywiście jak na standardy telenoweli – swojej seksualności Steven jest stawiany za wzór czytelnikom, zwłaszcza tym, którzy zachowują się „hałaśliwie i prowokacyjnie”.

Podobnie jak w sferze transformacyjnej głównego nurtu także w opisywanej sferze przeciwpublicznej wykształca się pewien wzorzec normalności, rozumianej jako przezroczystość. Równocześnie jednak akurat tu pojawia się wobec niego bardzo silny opór. „Hurra, jestem pedałem” –  głosi tytuł artykułu opisującego konieczność utrzymania swoistości kultury nienormatywnych seksualnie mężczyzn, włącznie z opisywaniem swojej tożsamości właśnie za pomocą słowa „pedał”, a nie angielskiego słowa „gej”.

Po co zajmować się latami 90.?

Po pierwsze, przełamanie dominującej opowieści o transformacji ma potencjał polityczny. Powrót do lat 90. oznacza przede wszystkim podważanie praktyk i wartości, które wtedy zostały znaturalizowane, między innymi: ideologii indywidualizmu, odwrotu od wartości wspólnotowych, męskocentryczności, zapatrzenia w wyobrażenie Zachodu, wzorowanego raczej na Ameryce z „Dynastii” niż skandynawskim państwie opiekuńczym.

Ukazanie procesów wyłaniania się kultury zbudowanej na takich założeniach podważa jej oczywistość. Pozwala dostrzec niezliczone wykluczenia, na których jest zbudowana

Prowadzi zatem również do przywrócenia widzialności grupom czy postaciom, które zostały usunięte z pola widzenia, na przykład polskiej klasie robotniczej, która padła ofiarą ekspansywnej widzialności klasy średniej. Nieprzypadkowo powstające w ostatnim czasie lub zyskujące na znaczeniu nowe partie polityczne i ruchy społeczne, na przykład część ruchów miejskich, również formułują własne krytyki projektu transformacyjnego.

Chcesz podważać opowieść o szalonych biznesach, wielkich namiętnościach i wszechogarniającej wolności?

Chcę pokazać, że to nie jest opowieść uniwersalna. Wbrew nostalgizującym wyobrażeniom o „szalonych latach 90.” nie istniała jedna, spójna grupa, która poddała się transformacji, przeszła ją w taki sam sposób, i to w dodatku szczęśliwie.

Transformacja to epoka kryjąca w sobie wiele niejednoznaczności, urwanych ścieżek, zapoznanych konfliktów, pomysłów na inne drogi rozwoju i sposobów myślenia o tożsamości czy wspólnocie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.