Ujawnione przez "Wyborczą" nagrania policjantów śledzących Obywateli RP i posła Ryszarda Petru to kolejny krzyżyk na karierze ministra Mariusza Błaszczaka. W momencie, gdy PiS przeżywa największy kryzys od początku swoich rządów, dymisja dwukrotnie już obronionego ministra byłaby przyznaniem się do słabości przez Jarosława Kaczyńskiego.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Opozycja już kilkukrotnie próbowała Błaszczaka odwołać – raz za skandal wokół komendanta głównego policji, bo na to stanowisko minister mianował policjanta, którym zajmowała się prokuratura. Po raz drugi - gdy politycy z policjantami próbowali tuszować zabójstwo Igora Stachowiaka na komendzie. Po drodze były mniejsze i większe lapsusy. W obu przypadkach PiS obroniło Błaszczaka, ale opozycja powinna teraz podjąć kolejną próbę. Choćby była nieudana, dokuczy radykalnemu skrzydłu PiS – bo Błaszczak jako szef MSWiA jest dla Kaczyńskiego dziś zbyt cenny, żeby go poświęcić.

Coraz wyraźniej widać biegnący przez partię podział na frakcję radykalną, która naprawdę chce zaprowadzić w Polsce dyktaturę prezesa Kaczyńskiego, oraz umiarkowaną, która z coraz większym przerażeniem patrzy na poczynania obozu władzy. A teraz z nadzieją spogląda w stronę Pałacu Prezydenckiego.

"Poznałam kilku uchodźców. Są kulturalni, ręce trzymają przy sobie. Z jednym spędziłam nawet noc na plaży"

Orędzia grozy

Najlepiej było to widać podczas wojny na orędzia. W poniedziałek o 20.00 TVP wyemitowała (kierując się logiką partyjną, nie państwową) orędzie premier Beaty Szydło, a TVN – orędzie prezydenta Andrzeja Dudy.

To precedens – nigdy w naszej historii nie było sytuacji, by głowa państwa i głowa rządu przemawiały w tym samym czasie. Ostatnio taka wojna była „o krzesło” w Brukseli – ale między premierem Tuskiem a prezydentem Kaczyńskim.

Gdy prezydent w TVN tłumaczył, dlaczego nie mógł zaakceptować proponowanych przez Prawo i Sprawiedliwość reform, w TVP premier przekonywała, że decyzja Dudy jest niezrozumiała. Kiedy on mówił o potrzebie budowania sprawiedliwego państwa, do którego Polacy mają zaufanie, bo traktuje ich równo, ona mówiła: „Winniśmy być jednością, nie możemy ulegać naciskom ulicy i zagranicy, musimy zrezygnować ze swoich osobistych i politycznych ambicji, a skupić się na tym, czego Polacy od nas oczekują”.

Wraz z dwoma orędziami jedność obozu „dobrej zmiany” przechodzi do historii. Duda jest najważniejszym, ale nie jedynym politykiem, który w tej kadencji wyrwał smycz z rąk Jarosława Kaczyńskiego. Kazimierz Ujazdowski wyłamał się z PiS podczas wojny z Trybunałem Konstytucyjnym, dołączając do długiego szeregu byłych współpracowników prezesa, którzy jako „pisolodzy” zaludniają studia TVN.

Drugą stronę stanowi betonowe zaplecze Jarosława Kaczyńskiego rozesłane po resortach siłowych – to nadzorujący służby specjalne Mariusz Kamiński, nadprokurator Zbigniew Ziobro oraz właśnie Mariusz Błaszczak, któremu podporządkowana jest policja.

"Śmierdź wrogom ojczyzny!". Noce z demokracją są jeszcze piękniejsze niż dni

Blokada pod Sejmem
Blokada pod Sejmem  Adam Banaszek

Trzeba obciąć drugą głowę

Logika dyktatury jest prosta – może budować poparcie społeczne, tylko jeśli istnieje główny ośrodek sterowania. Po buncie Andrzeja Dudy „dobra zmiana” ma dwie głowy, wobec czego nie ma możliwości dalszych prób budowy zaufania w drodze demonstrowania siły i politycznego Blitzkriegu.

Robienie autorytarnej polityki – ten dziki pęd kolejnych projektów poselskich, nocnych głosowań, ignorowania konsultacji i protestów, nocne składanie podpisów i zaprzysięganie sędziów TK – było możliwe tylko pod warunkiem, że Jarosław Kaczyński pociągał za wszystkie sznurki i miał w garści wszystkich aktorów.

PiS się sypie i to widać – akurat gdy Jerzy Targalski w „Republice” opowiadał, że „bezpieka” rozpracowała ego Andrzeja Dudy serialem „Ucho Prezesa” w TVP ogłaszano, że „Uliczna rewolta [jest] sposobem na sprowadzenie do Polski islamskich imigrantów”. Szef NSZZ „Solidarność” pogroził, że robotnicy policzą się z protestującymi na ulicy, ale na gadaniu się skończyło, a „Gazeta Polska” zapowiedziała marsz poparcia dla rządu, po czym go odwołała. Teraz media PiS podzielą się na te, które przyznają, że policja łażąca za Obywatelami RP i Ryszardem Petru to powód do dymisji szefa MSWiA, oraz takie, które będą za policją powtarzać, że chodziło o… bezpieczeństwo demonstracji.

Nie wiemy, jak to się skończy. Ale wiemy, że po dwóch latach Jarosław Kaczyński przekroczył granice wytrzymałości nie tylko swojego elektoratu, ale i aparatu partyjnego PiS. Przegiął, nadepnął za mocno i popsuł zabawkę, którą Polacy – niechcący – dali mu do rąk dwa lata temu.

Teraz, zamiast bujać się na drewnianym koniku nadziei podsyconej przez 500 plus, patrzą na źle namalowaną, przerażającą maskę klauna.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Mikołaj Chrzan poleca
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem