Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dominika Sitnicka (1990) - absolwentka prawa i filozofii, publikowała m.in. w "Dwutygodniku", "Dzienniku Opinii, "Res Publice Nowej"

Od niedzieli jestem częstym gościem okolic Sejmu oraz Pałacu Prezydenckiego, ponieważ tak jak duża część (choć wciąż niewystarczająco duża) Polek i Polaków uważam siłą przepchnięte przez Sejm ustawy za niezgodne z konstytucją i naruszające podstawowe zasady demokratycznego ustroju.

Przymykam oczy i uszy na to, że protesty te wspomagają się autorytetami pokroju Leszka Balcerowicza, będącym dla wielu osób z mojego pokolenia symbolem neoliberalnych rządów, które ostatecznie wepchnęły wyborców w ręce PiS.

Staram się ignorować fakt, że na rzekomo oddolnym i obywatelskim ruchu KOD kapitał polityczny usiłują zbijać politycy PO i Nowoczesnej. Toleruję okrzyki „Lech Wałęsa”, choć w roku 2017 dla młodych ludzi są one już tylko sentymentalne i puste.

Uczestniczę w demonstracjach nie dlatego, że chcę powrotu do tego, co było, ale dlatego, że nie wyobrażam sobie, by dać ciche przyzwolenie na to, by było jeszcze gorzej

Potrzeba mobilizacji i alternatywy dla PiS

W tej dramatycznej sytuacji liczy się przede wszystkim to, jak wielu i wiele z nas zdecyduje się wyjść na ulicę. Przekonani i przekonane o tym, że ich prawa są zagrożone, już protestują, kluczowe teraz jest zmobilizowanie tych stojących z boku, biernie przyglądających się rozkładowi państwa prawa, z obojętnością przyjmujących skandaliczne postępowanie większości sejmowej.

Dlatego hasła wykrzykiwane w trakcie demonstracji, przemówienia na wiecach oraz w Sejmie powinny skupiać się na konkretach: z jednej strony pokazywać praktyczne konsekwencje zmian, jakie dla obywatela wprowadzają pisowskie „reformy sądownictwa”, z drugiej strony - i jest to zadanie opozycji parlamentarnej - przedstawić realną alternatywę dla rządowych projektów.

Przez te wszystkie dni nie słyszałam jeszcze takiego przemówienia polityka czy działacza KOD, w którym nie byłaby roztaczana wizja rozliczania się z „kaczystowskim reżimem”. Co chwila w Sejmie i pod Sejmem powraca jak echo grożenie więzieniem, stawianie przed Trybunałem Stanu, mówienie o zbrodniach, bandyterce rządzących. Nie ulega wątpliwości, że działania podejmowane przez polityków PiS są niezgodne z konstytucją, są przekraczaniem ich kompetencji oraz łamaniem praktyki legislacyjnej.

Młodzi stanęli przeciw PiS, bo przekroczono trzy fundamentalne granice: ściemy, rozumu i Europy

Protest przeciwko przejęciu Sądu Najwyższego przez PiS, ŁódźProtest przeciwko przejęciu Sądu Najwyższego przez PiS, Łódź Tomek Ogrodowczyk / Agencja Gazeta

W tym epatowaniu „dekaczyzacją” i „sadzaniem bandziorów” widzę następujące problemy:

To język, którego używa PiS

„Rozliczymy komunistycznych zbrodniarzy”, „aferzyści pójdą siedzieć”. Właśnie tego rodzaju retoryką PiS posługuje się, by uzasadnić wprowadzane ustawy. Witold Zembaczyński natomiast w takich słowach opisuje swoje wtorkowe starcie z Jarosławem Kaczyńskim: „Mówił do mnie o tym, że zasługuję na więzienie. Uważa słowo »więzienie« za panaceum na całe zło, które go spotkało. Do tego więzienia mieliby trafić przedstawiciele opozycji”.

Mówiąc językiem marketingu (co powinni doskonale rozumieć przedstawiciele biznesu, których w KOD i Nowoczesnej jest niemało) – produkt, by się sprzedać, powinien być wyróżnialny.

Pohukiwanie o karcerach jest znakiem rozpoznawczym PiS, więc w jaki sposób wahające się osoby mają przekonać, że opozycji chodzi o coś innego, skoro używają identycznych, w dodatku patologicznych środków wyrazu?

To wyraz słabości

Straszenie więzieniem jest łatwiejsze niż pokazanie, że rzeczywiście ma się pomysł, jak odsunąć ten rząd od władzy albo jak postawić tamę jego samowoli. W dniu, w którym Sejm przyjmuje wszystkie poprawki PiS do ustawy o Sądzie Najwyższym, Grzegorz Schetyna przedstawia projekt nowelizacji kodeksu karnego wymierzony w prezesa Kaczyńskiego. To zdarzenie uważam za symboliczne dla działań całej opozycji.

Od miesięcy wiadomo było, że PiS szykuje skok na sądownictwo. Nie trzeba było być politykiem, by zobaczyć, jak przygotowywany jest pod to grunt. Wystarczyło włączyć TVP i obejrzeć ze dwa reportaże o skradzionej kiełbasie.

Dziś słyszymy, że projekty PiS są złe i trzeba się im przeciwstawić. Więc gdzie są projekty ustaw autorstwa PO i Nowoczesnej? Teza, że sądownictwo wymaga reformy, jest nie do obalenia, przyznają to przecież same środowiska prawnicze. By jednak skutecznie stawiać opór reformom złym, należy samemu przedstawić w zamian konkrety. Bez tego dla przeciętnego Polaka i Polki każdy ruch opozycji będzie świadectwem reakcyjności i obrony statusu quo.

Nietrudno dostrzec, czym w istocie jest ten spisany na kolanie i z góry skazany na porażkę projekt nowelizacji kodeksu karnego. W najlepszym wypadku - psychologiczną kompensacją dla polityków PO, którzy niczym Wilk machają w stronę Zająca „Ja ci pokażę”.  W najgorszym zaś – chęcią zemsty

W końcu czy to rzeczywiście chwalebna praktyka legislacyjna, by wprowadzać zmiany w prawie „pod” lub „przeciwko” konkretnym osobom? Na pewno nie w państwie prawa.

To błąd, bo niekoniecznie „Jak podpiszesz – będziesz siedział”

Hasło to w niedzielę wybrzmiewało niemal równie często co „Precz z Kaczorem – dyktatorem”. We wtorek po południu nieco ucichło, ale wybuchło jeszcze silniej, gdy protestujący policzyli, że prezydenckie ultimatum jest po pierwsze, mało wiarygodne, a po drugie - i to z całą pewnością - niekonstytucyjne.

Czy Andrzej Duda może się przestraszyć? Zaryzykowałabym tezę, że zdecydowanie bardziej boi się gniewu Jarosława Kaczyńskiego. Co więcej – posłuszne podpisanie ustawy o Sądzie Najwyższym może sprawić, że przed Trybunałem Stanu Duda nie stanie nigdy, a nawet jeśli, to przed przychylnym mu składem orzekającym, włos mu z głowy nie spadnie.

Kalkulacja ryzyka wypada więc na niekorzyść suwerena okupującego Krakowskie Przedmieście.

Nie jesteśmy "kanaliami", panie prezesie Kaczyński. Nie pójdziemy "won", kiedy nam pan tak powie

20 lipca PiS podpaliło Sejm głosowaniem nad ustawą o Sądzie Najwyższym20 lipca PiS podpaliło Sejm głosowaniem nad ustawą o Sądzie Najwyższym Karolina Skrzyniarz

...a prezydent może przez to nie dostrzec szansy

Suweren powinien, pomimo przeciwności i beznadziejnie wyglądającej sytuacji, jasno artykułować swoją wolę. „Chcemy weta” jest konkretnym i jasnym postulatem, który ma doniosłość polityczną i nie jest tragikomicznym straszakiem.

Andrzej Duda jest w tej chwili najpopularniejszym politykiem w Polsce, wskazują na to wszystkie sondaże zaufania, w których osiąga wyniki nawet rzędu 60 proc., podczas gdy poparcie dla PiS nie przekracza 40 proc.

Co będzie, gdy prezydent uwierzy wreszcie, że ma mandat do sprawowania samodzielnej polityki? Co by było, gdyby ten polityk, który z pewnością lubi, gdy jest miło, lubi się uśmiechać i lubi być lubiany, przekonałby się, że wetując te ustawy, stałby się bohaterem dla setek tysięcy Polaków?

Być może to naiwne myślenie. Mam nieodparte wrażenie, że zmiana języka i optyki jest ważna nie tylko ze względu na potrzebę jasnego formułowania postulatów opozycji oraz protestujących, bo bez tego nie sposób dotrzeć do szerszego grona Polek i Polaków. Dyskurs trzeba zmienić, by nie budować polityki na resentymencie. To właśnie w ten sposób hartowała się polityczna wizja Jarosława Kaczyńskiego.

Tę potrzebę zmiany pięknie ujęła przemawiająca w niedzielę pod Sejmem żołnierka Powstania Warszawskiego pani Wanda Traczyk-Stawska: „Prosimy was, bądźcie mądrzy, bądźcie bogaci w dobroć. Nie ma nienawiści, nie ma zemsty, jest działanie, które jest mądre, które pozwoli całemu narodowi czuć swoją godność”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.