Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Filip Konopczyński – (1987) prawnik i kulturoznawca, współzałożyciel Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w OKO.press, „Krytyce Politycznej”, „Kulturze Współczesnej”, „Res Publice”. 

W Opolu PiS zostało pokonane przez piosenkarzy. I choć ostatecznie festiwal ma się odbyć we wrześniu w Opolu, ta bitwa była dla PiS kosztowna, bo przeciwnikom politycznym łatwo było ją wpisać w matrycę narodowo-romantycznej narracji. 

Opolski amfiteatr stał się sceną, na której ukochani przez współczesnych wieszczowie-celebryci starli się z despotyczną władzą. Jacek Kurski może mieć pretensje tylko do siebie, bo sam obsadził się w roli cenzora, próbując z festiwalu w Opolu usunąć artystów, by w narodowej telewizji nikt nie upokorzył PiS (Kuba Sienkiewicz w zeszłym roku w Opolu śpiewał: „Polska w ruinie/ Siedzę na minie, kiedy to minie?/ Same zakręty, Kiler wyklęty/ Kiler skazany na dobre zmiany/ Czy to dla sportu, lepszego sortu...”) lub jego (przed rokiem Kurski został wygwizdany w Opolu).

W narracji przeciwników PiS skandal wokół opolskiego festiwalu stał się kolejnym - po stadninach koni arabskich, „czarnym proteście” i 27:1 w Brukseli - symbolem jednoczącym wszystkich, którzy chcą, aby władza PiS jak najszybciej dobiegła końca.

PiS i przyklejone do niego media próbowały zrobić z bojkotu artystów i wypowiedzenia telewizji umowy przez władze Opola przykład „antypaństwowego spisku elit” i zemsty za oderwanie od „koryta”. Z poważnymi minami prawicowcy opowiadali w TVP bajki o nienawidzących Polski i Polaków muzykach, tych zdrajcach od lutni, którzy za niskiej jakości muzykę faktury wystawiają w rublach, euro lub srebrnikach.

Polityczna wojna o Opole pokazała, jak ważna jest walka z zawłaszczaniem kultury. Tymczasem nikt nie reaguje, gdy TVP coraz chętniej sięga po disco polo. To jest konsekwentny projekt. Przebojem zimowej ramówki był sylwester prowadzony przez Marylę Rodowicz wspólnie z gwiazdorem gatunku Zenkiem Martyniukiem. Wiosną 2017 roku ruszył rozrywkowy program „Discopoland”, a pod koniec czerwca TVP z wielką pompą zorganizowała galę z okazji ćwierćwiecza istnienia gatunku, która była sukcesem artystycznym i biznesowym. Wystąpiły gwiazdy – Bayer Full, Shazza, Akcent, Boys – a program obejrzały 3 mln ludzi. "Trzeba skończyć z pruderią i hipokryzją" - mówił Jacek Kurski, ogłaszając decyzję o organizacji gali.

Oszust w Trybunale Konstytucyjnym? Kogo zaprzysiągł prezydent Andrzej Duda

„Ole! Olek!”

Kurski nie jest pierwszym politykiem, który dostrzegł w disco polo szansę na przymilanie się do społeczeństwa. W 1995 roku przebojem był utwór „Ole! Olek!” grupy Top One, w rytm którego Aleksander Kwaśniewski wygrał wybory prezydenckie z Lechem Wałęsą. 

Utwór kreował Kwaśniewskiego na przywódcę jednocześnie swojskiego i światowego, wywodzącego się z ludu, ale umiejącego obracać się na salonach. „Prezydent to taki ktoś jak ty” - śpiewał wokalista, a w kadrze pokazywano zbliżenie uśmiechniętego, tańczącego, czarnoskórego muzyka w koszulce z „Olkiem”. Przekaz był jasny - Polska nadaje się na „zachodnie salony” taka, jaka jest: naturalna, tradycyjna, przaśna, gościnna, ciekawa świata, uśmiechnięta.

Kwaśniewski swoją obietnicę spełnił tylko częściowo. W czasie jego prezydentury Polska weszła do Unii Europejskiej i NATO, ale społeczeństwo zapłaciło za to olbrzymią cenę – lata 90. wspominane są nie tylko na wsi jako dekada biedy, upokorzeń i lęku, gdy szybkiemu wzrostowi gospodarczemu towarzyszyło strukturalne bezrobocie, masowa emigracja do dużych miast i za granicę oraz rosnące rozwarstwienie społeczne.

 

„Ten kraj jest nasz i wasz”

Wtedy, gdy Polska wchodziła do Unii Europejskiej, w wielkiej polityce disco polo ujawniło swoją mroczniejszą stronę. Hymn Samoobrony Andrzeja Leppera, utwór „Ten kraj jest nasz i wasz”:

Już mówili, że to będzie w końcu raj./ Mlekiem, miodem będzie płynąć kraj/ Bo czerwone wybierało/ Europejskie nadciągało/ Ale skutków nie przewidział chyba nikt

Trzeba było odrobinę więcej wyobraźni, by w tym tekście sprzed dekady usłyszeć zapowiedź dzisiejszego populizmu PiS. Ta sama jest diagnoza społeczna - „mięso zjedli, rolnik dostał kość” - ten sam podział na pokrzywdzonych „nas” i europejskich sytych „was”, ta sama zapowiedź walki: „Nie damy bić się w twarz! Będziemy walczyć jak lwy i nie przeszkodzi nikt!”. 

Niestety, zamiast rozumienia była pogarda. Lepper stał się wieśniakiem idącym z widłami na Warszawę i w niepokojący sposób zgodnie z czasem, w którym rozjechały się podstawy egzystencji dużych miast i prowincji, disco polo przestało budzić rozbawienie, a zaczęło – agresję. Zostało wypchnięte na margines – nawet PSL do wyborów w 2011 roku szedł bez disco polo. W ten sposób cała „cywilizowana Polska”, której wcieleniem byli „wykształceni, z wielkich miast”, zaczęła używać disco polo jako synonimu „wiochy” – już nie naszej, lecz obcej. 

Paradoksalnie wszystkie stacje telewizyjne i radiowe grały wówczas muzykę disco z całego świata. Elity tańczyły „Macarenę”, bujały się do „Coco Jambo”, „It's my life” i „Beautiful life”. Disco polo było obciachem, te piosenki włączano na imprezach, gdy wszyscy byli już zupełnie pijani.

 

Miasto ucieka przed meblościanką

Węgierski socjolog Iván Szelényi, opisując transformację ustrojową w demoludach, ukuł pojęcie „kapitalizm bez kapitału”. Według niego po upadku gospodarek centralnie planowanych społeczeństwa zaczęły myśleć i żyć w sposób podobny do ich nowych sąsiadów z Zachodu, jednak ponieważ nie można było strukturyzować społeczeństwa na podstawie kapitału ekonomicznego – status materialny, dochody, których po prostu nie było – procesy podziału dokonywane były na podstawie innych wartości.

W Polsce „dobrą walutą” okazały się kapitały symboliczny i społeczny - to, co się wie, gdzie się bywa, z kim trzyma, a kogo unika. „Kapitalizm bez kapitału” wymagał ofiar, a na te słuchacze disco polo nadawali się idealnie – skoro osoby z mniejszych miejscowości, o niższych zarobkach i niższym poziomie wykształcenia słuchają disco polo, więc kto nie słucha disco polo, ten może czuć się bogatszym, lepiej wykształconym i bardziej wielkomiejskim.

W świetle teorii Szelényiego odraza do disco polo była odrazą do własnego pochodzenia, znanej sobie przed chwilą biedy, próbą zdystansowania się wobec grup, które ta muzyka symbolizuje – choć na takiej samej meblościance z PRL stały takie same zestawy stereo, to brak nagrań disco polo stał się sposobem przeniesienia na „cywilizowany” Zachód.

Zamów Uberka. Otwierasz apkę, a tam całe zdziczenie współczesnego kapitalizmu

Kultura musi być odpowiednia

Wspiera to państwo, bo choć Polki i Polacy wydają około 8 proc. swoich dochodów na kulturę i rozrywkę – ten wskaźnik rośnie – to na poziomie centralnym i samorządowym na kulturę wydaje się i wydawało mało, a struktura tych wydatków utwierdza dyskryminację tych, których można w uproszczeniu nazwać słuchaczami disco polo. 

Dopiero w 2016 r. wydatki państwa na kulturę osiągnęły poziom 1 proc. PKB, ale nadal połowa wydawana jest na muzea, archiwa, pomniki i rekonstrukcje historyczne, które nie odpowiadają na potrzeby bieżące. Drugą połowę budżetu kulturalnego państwa pochłania miłość władz do tradycyjnego mieszczańskiego teatru, opery, muzyki klasycznej, uroczystości wojskowych, kościelnych i – ostatecznie – sportowych. Niewielki ułamek trafia – wciąż, nawet pod rządami PiS – do twórców kultury awangardowej, społecznie zaangażowanej, eksperymentalnej. Kultura „ludowa” finansowana jest tylko wówczas, gdy przyjmie formę skansenu.

Natomiast kultura popludowa przez lata była pozostawiona samej sobie – albo zapomniana, albo skazana na bezwzględność „wolnego rynku”, którego działanie wzmacnia segmentację odbiorców i pogłębianie podziałów społecznych. Po blisko trzech dekadach widać skutki tego procesu: umiejętności umożliwiające konsumpcję dóbr kultury subsydiowanej przez państwo skoncentrowały się w dużych miastach, a „wieś” nie tylko nie ma dostępu do kultury innej niż „niegodna”, lecz po latach zaniedbań nawet nie ma na nią ochoty.

Tak koło się zamyka. Według badania Narodowego Centrum Kultury z 2016 r. w teatrze przynajmniej raz było 19 proc. Polek i Polaków. Do teatru mogą teraz trafić każde pieniądze, ale pozostanie on sztuką marginalną.

Miejsce geja jest w szafie. Wolny rynek sumienia według Zbigniewa Ziobry

Zatańcz dla nich

Jednocześnie disco polo było i jest masowe. Liczby nie kłamią - piosenka Zenka Martyniuka „Oczy zielone” ma 106 mln wyświetleń na YouTubie. Dla porównania: „My Słowianie” Cleo i Donatana - 64 mln, a „Sorry, Polsko” Marii Peszek – 1,8 mln odsłon.

To właśnie - głupie, okrutne stygmatyzowanie przez 'mieszczuchów' olbrzymiej masy ludzi, którzy słuchają disco polo - dostrzegło i chce wykorzystać PiS, zapraszając disco polo do TVP

Dobrze byłoby, gdyby wszyscy strażnicy kulturowych kanonów niechęć do polskiego disco łączyli z chęcią wspierania instytucji kultury w miejscach, gdzie dziś ich nie ma: w wielkich blokowiskach w metropoliach, peryferyjnych miasteczkach czy oddalonych od stolic województw wsiach.

Czas przerwać tę grę o status - wystarczy mentalnie się wyluzować i przyjąć do wiadomości, że człowiek może słuchać tego, na co ma ochotę. I to jest w demokracji OK.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.