Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Łukasz Pawłowski (1985) - dziennikarz, psycholog, doktor socjologii. Sekretarz redakcji i publicysta tygodnika internetowego „Kultura Liberalna”. 

„Brytyjski rząd nie rezygnuje z brexitu. Przyjmujemy tę decyzję z szacunkiem. Ale gdyby chciał ją zmienić, nasze drzwi byłyby otwarte” - powiedział niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble w wywiadzie dla serwisu „Bloomberg” 13 czerwca, kilka dni po brytyjskich wyborach parlamentarnych.

Pytany o tę wypowiedź prezydent Francji Emmanuel Macron podczas spotkania z premier Theresą May oświadczył, że „drzwi są otwarte do zakończenia negocjacji w sprawie brexitu”. Zaznaczył jednak, że po rozpoczęciu negocjacji „powrót będzie znacznie trudniejszy”. Także Schäuble przyznał, że zmiana stanowiska brytyjskiego rządu nie jest zbyt prawdopodobna.

22 czerwca podczas szczytu Unii w Brukseli Donald Tusk stwierdził, że zatrzymanie Wielkiej Brytanii w UE nie jest wykluczone, bo przecież sama Unia została zbudowana na wizji, która wydawała się niemożliwa do realizacji.

Możecie mnie nazwać marzycielem”, powiedział Tusk, cytując po angielsku fragment piosenki Johna Lennona, ale nie jestem sam.

Odrzucić warunki rozwodu

Czy to oznacza, że jeśli brytyjski rząd zmieni zdanie, to Wielka Brytania może się wycofać z decyzji o brexicie? A jeśli tak, to do kiedy? Czy można wyobrazić sobie sytuację, w której Brytyjczycy przez dwa lata negocjują z Brukselą, a następnie odrzucają zaproponowany układ i pozostają w Unii?

W minionej kampanii wyborczej dokładnie taką obietnicę złożyła swoim wyborcom partia Liberalnych Demokratów - argumentacja przedstawiona przez nich była prosta i na pierwszy rzut oka przekonująca. Podejmując decyzję o wyjściu z Unii Europejskiej, Brytyjczycy nie wiedzieli, jakie będą szczegóły rozstania. A zatem już po wynegocjowaniu konkretnego porozumienia powinni mieć prawo zdecydować, czy w tej formie owo rozstanie im odpowiada.

Argument ten jest jednak rozsądny tylko pozornie. Gdyby relacje Wielkiej Brytanii z UE porównać do małżeństwa, wygląda to mniej więcej tak, jakby jeden z małżonków wnosił o rozwód, ale jednocześnie chciał zachować prawo do zmiany decyzji, jeśli rozprawa o podział majątku zakończy się dla niego niepomyślnie.

Zadziwiające było więc to, że wszystkie brytyjskie media omawiały ten punkt programu partii liberalnej, ale właściwie nikt nie zadał pytania, czy jest on w ogóle możliwy do realizacji. Zadziwiające tym bardziej, że tak naprawdę nikt tego na pewno nie wie.

"Bardziej by się opłacało zbierać truskawki, niż robić doktorat. Teraz nie wiem, czy będę mieć pracę"

Co, komu i kiedy wolno

Słynny artykuł 50. traktatu lizbońskiego, który Wielka Brytania uruchomiła 29 marca 2017 r., mówi jedynie, że „Państwo Członkowskie, które podjęło decyzję o wystąpieniu, notyfikuje swój zamiar Radzie Europejskiej”. Następnie Rada określa wytyczne, w ramach których Unia „prowadzi negocjacje i zawiera z tym państwem umowę określającą warunki jego wystąpienia, uwzględniając ramy jego przyszłych stosunków z Unią”. Czas trwania tych negocjacji wynosi dwa lata od momentu złożenia notyfikacji, ale może zostać przedłużony, gdy Rada Europejska – a więc przedstawiciele wszystkich państw UE – „w porozumieniu z danym Państwem Członkowskim podejmie jednomyślnie” taką decyzję. Dalej mowa jest tylko o tym, że występujące z UE państwo – już po zakończeniu rozwodu – może się zwrócić o ponowne przyjęcie, a wówczas jego wniosek zostanie rozpatrzony jak każdy inny według obowiązujących procedur. O przerwaniu „wychodzenia” jeszcze w czasie trwania negocjacji nie ma ani słowa.

W notatce na temat całej procedury przygotowanej przez Komisję Europejską i zawierającej wyjaśnienia najważniejszych kwestii dotyczących brexitu odpowiedź na pytanie: „Czy po uruchomieniu artykuł 50. może zostać wycofany?”, jest jednoznaczna: „To Zjednoczone Królestwo uruchamia artykuł 50. Jednak po uruchomieniu nie można się z niego jednostronnie wycofać. Od złożonej notyfikacji nie ma odwrotu. Artykuł ten nie przewiduje jednostronnego wycofania notyfikacji”.

Farbowana feministka Ivanka Trump

JOE RAEDLE

John Kerr się nie zgadza

Co ciekawe, z taką interpretacją nie zgadza się... autor artykułu 50., notabene brytyjski dyplomata John Kerr, który przekonuje, że jego uruchomienie nie jest „nieodwołalne”. W rozmowie z BBC przekonywał, że wnioskodawca może zmienić zdanie, „gdy proces jeszcze się toczy”. Kerr uważa, że „w tym okresie, gdyby dane państwo zdecydowało, że koniec końców nie chce opuszczać Unii, wszyscy byliby poirytowani ze względu na stratę czasu” i „mogliby żądać zapłacenia ceny politycznej, ale nie mieliby prawnych środków do tego, by zmusić państwo do wyjścia” z UE. Brytyjski sekretarz ds. brexitu David Davis pytany w grudniu 2016 r. przez brytyjskich parlamentarzystów, czy wniosek o uruchomienie artykułu 50. można po prostu wycofać już po jego złożeniu, odpowiedział... „Nie wiem”.

Z jednej strony faktycznie w artykule 50. – bardzo krótkim i ogólnym – nie ma nic na temat braku możliwości jego wycofania. Z drugiej, jak przekonuje cytowany przez magazyn "Quartz" brytyjski prawnik i dziennikarz David Allan Green, możliwość wycofania wniosku w dowolnym momencie podważa sens działania samego artykułu, w tym m.in. dwuletniego okresu przewidzianego na negocjacje rozwodowe. Wprowadzenie tak ścisłego terminu byłoby wówczas bezsensowne, ponieważ kraj, który niebezpiecznie zbliżałby się do końca terminu, mógłby po prostu wycofać wniosek, a następnie znów go przedłożyć, zyskując tym samym kolejne dwa lata.

Czy to oznacza, że Schäuble, Macron i Tusk, nie mówiąc już o brytyjskich Liberalnych Demokratach, mylą, się dając brytyjskim euroentuzjastom nadzieję na pozostanie w Unii? Nie, choć taki proces byłby znacznie bardziej skomplikowany. Zgodnie z rezolucją Parlamentu Europejskiego „cofnięcie notyfikacji musi być podporządkowane warunkom narzuconym przez wszystkie 27 państw członkowskich” i przez wszystkie te państwa zaakceptowane. Chodzi oczywiście o to, by artykuł 50. nie był nadużywany lub stosowany jako narzędzie szantażu mające poprawić warunki członkostwa tego lub innego państwa, w tym wypadku Wielkiej Brytanii.

W tym miejscu pojawia się pytanie, czy państwa członkowskie zgodziłyby się spełnić ewentualną prośbę Londynu i pozwolić Brytyjczykom na pozostanie w UE? Rację ma prezydent Macron, kiedy mówi, że to zadanie tym trudniejsze, im dłużej będą się toczyć negocjacje, ale z pewnością nie niemożliwe. Prawdę mówiąc, o wiele mniej prawdopodobne niż to, że prośba Londynu zostałaby przez Europejczyków spełniona, jest to, by ktokolwiek z brytyjskich polityków był dziś gotowy z taką prośbą się zwrócić.

Brexit twardy, miękki, brudny czy fałszywy?

Większość chce drugiego referendum

Wola wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii została potwierdzona nie tylko w referendum, ale także większością głosów w obu izbach parlamentu. Także wśród brytyjskiego społeczeństwa nie widać chęci odwrócenia wyniku referendum. W sondażu przeprowadzonym przez serwis YouGov w dniach 12-13 czerwca za brexitem opowiedziało się niemal... 70 proc. badanych. 44 proc. ankietowanych to tzw. twardzi brexitowcy, czyli osoby, które głosowały za wyjściem z UE i podtrzymują swoje stanowisko, a 26 proc. to ci, którzy za brexitem nie głosowali, ale uznają podjętą w referendum decyzję za wiążącą.

Co ciekawe, jednocześnie większość Brytyjczyków domaga się... drugiego referendum, już po wynegocjowaniu warunków wyjścia z Unii Europejskiej. Według agencji Survation za takim rozwiązaniem w czerwcu było 53 proc. ankietowanych, a 47 przeciw. Jednocześnie tylko 35 proc. pytanych zgodziło się z powtarzanym do znudzenia przez Theresę May sloganem, że „brak ugody [z UE] jest lepszy niż zła ugoda”. W połączeniu z wynikami niedawnych wyborów to znak, że większość Brytyjczyków preferuje raczej łagodny rozwód z Unią niż trzaskanie papierami w stół. Czy Theresa May dostosuje się do tych nastrojów?

Po pierwsze, nie wiadomo, jak długo jeszcze poturbowana pani premier będzie zajmowała lokal przy Downing Street 10. Już po wyborach były kanclerz skarbu z Partii Konserwatywnej, George Osborne, nazwał ją „dead woman walking”, chodzącym politycznym trupem, a brytyjskie gazety co rusz piszą o trwającym za plecami May „ostrzeniu sztyletów”. Jej pozycji nie poprawiają też kolejne, powyborcze kryzysy, przede wszystkim pożar bloku mieszkalnego Grenfell Tower, na który szefowa rządu nie potrafiła szybko i sprawnie zareagować. Dość powiedzieć, że odmówiła spotkania z ofiarami, tłumacząc się „względami bezpieczeństwa”, a zdanie zmieniła dopiero, gdy wśród ofiar pojawił się nie tylko Jeremy Corbyn z Partii Pracy, ale i sama królowa.

W normalnych politycznych warunkach May już musiałaby się zmierzyć z wewnętrzną opozycją. Czasy nie są jednak normalne. Zmiana na stanowisku lidera torysów, a co za tym idzie, szefa rządu znów zaburzyłaby układ sił pomiędzy zwolennikami „twardego” i „miękkiego” brexitu, a tym samym doprowadziła do wybuchu walk wewnątrz partii. Ponadto nowy lider musiałby się zmierzyć z dokładnie tym samym problemem co May, czyli brakiem demokratycznej legitymizacji, a co za tym idzie, z pokusą zorganizowania kolejnych wyborów. Ich wynik trudno przewidzieć, bo w sondażach dwie główne partie idą łeb w łeb.

Terroryzm, nasz wspólny wróg

Brexit odbiera torysom głosy

Partia Konserwatywna znalazła się w arcytrudnej sytuacji. Jak wyliczył tygodnik „The Economist”, dzięki twardej retoryce brexitowej około 60 proc. wyborców, którzy w 2015 roku głosowali na antyunijną Partię Zjednoczonego Królestwa [UKiP] Nigela Farage'a, w tym roku przeszło na stronę konserwatystów, a sami torysi najlepiej radzili sobie w okręgach, w których ponad 60 proc. mieszkańców w referendum opowiedziało się za wyjściem z UE. Z drugiej jednak strony, zdaniem tygodnika zbyt twardy stosunek do brexitu odpowiada za mniej więcej połowę z 28 miejsc w parlamencie, które torysi stracili na rzecz Partii Pracy.

To nie wszystko. Brytyjski system wyborczy oparty na jednomandatowych okręgach wyborczych sprawia, że nawet niewielkie wahnięcia popularności w odpowiednich okręgach mogą całkowicie zmienić rozkład miejsc w parlamencie. W ostatnich wyborach konserwatyści uzyskali zaledwie 2,5 proc. głosów więcej niż Partia Pracy, ale parlamentarzystów mają aż o 55 więcej. Jak wylicza wspomniany „The Economist”, dodatkowe 2,5 proc. głosów „podebranych” Labour dałoby May przewagę 51 parlamentarzystów, a tym samym katastrofa wyborcza zamieniłaby się we wspaniały triumf.

Ze względu na te wszystkie czynniki nie sposób dziś przewidzieć, jak długo premier May utrzyma się na stanowisku, czy jeśli je straci, dojdzie do kolejnych wyborów, a jeśli do nich dojdzie, kto je wygra, z jaką przewagą, a w związku z tym, jak przełoży się to na brytyjski projekt brexitu.

"Z końcem czerwca opuszczam mój łez padół, Polskę, na stałe"

Autostrada WolnościAutostrada Wolności Dagna Wrażeń

Nie da się zjeść i mieć

W niepewnej rzeczywistości co najmniej dwa wnioski są jednak uprawnione. Po pierwsze, niezależnie od wszelkich perturbacji prawdopodobieństwo wycofania przez Londyn notyfikacji uruchamiającej artykuł 50. jest dziś bliskie zera. Rozpoczęte 19 czerwca negocjacje będą się więc toczyć, a – zgodnie ze słowami Emmanuela Macrona – im dłużej potrwają, tym mniejsze szanse na zatrzymanie brexitu. Po drugie, rozedrganie na brytyjskiej scenie politycznej, słabość szefowej rządu i konflikty wewnątrz Partii Konserwatywnej osłabiają pozycję Londynu w negocjacjach z Brukselą, a tym samym będą skłaniały Brytyjczyków do temperowania żądań oraz do ustępstw na rzecz strony unijnej.

Już po pierwszym spotkaniu Davida Davisa i Michela Berniera wydaje się, że Brytyjczycy zrezygnowali z jednego ze swoich najważniejszych postulatów, by negocjacje dotyczyły jednocześnie rozwodu i ustanowienia nowych relacji między oboma podmiotami. Jak informuje portal Politico, zgodnie z postulatami UE kwestie rozwodowe – w tym m.in. prawa obywateli UE w Europie oraz sprawa płatności Londynu do unijnego budżetu – zostaną omówione w pierwszej kolejności, przed przejściem do ustanawiania nowych umów handlowych. Trudno sobie wyobrazić, by osłabiona premier May i jej zespół byli w stanie zrealizować najtwardsze brexitowe postulaty, a jednocześnie uzyskać ustępstwa na rzecz Londynu.

Jeszcze we wrześniu 2016 Borys Johnson w rozmowie z tabloidem „The Sun” powiedział, że strategia Wielkiej Brytanii w rozmowach z UE będzie polegała na tym, żeby „zjeść ciastko i mieć ciastko”. Na słowa szefa brytyjskiego MSZ tak odpowiedział wówczas Donald Tusk: „Wszystkim, którzy w to wierzą, proponuję przeprowadzenie prostego eksperymentu. Kupcie ciastko, zjedzcie i zobaczcie, czy wciąż macie je na talerzu”. Tusk dodał również, że w negocjacjach o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE nikt nie dostanie ciastek, a co najwyżej „sól i ocet”. Jeśli brytyjscy politycy będą podstawiać samym sobie nogi tak skutecznie jak do tej pory, to i tego przysmaku może dla nich zabraknąć.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.