Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tadeusz Bara-Słupski (1990) - absolwent Uniwersytetu Birmingham i London School of Economics. Były ekonomista banku HSBC w Londynie i doradca minister cyfryzacji Anny Streżyńskiej. Mieszka w Stanach Zjednoczonych, pracuje dla Laboratorium EE.

W liście profesora Jacka Wachowskiego (“Czy czeka nas kryterium uliczne”, 14 czerwca) najbardziej poruszył mnie bijący z jego treści brak empatii dla tych, którzy nie mieli szczęścia korzystać z rozwoju gospodarczego ostatniego ćwierćwiecza.

Natomiast naukowcowi nie można wybaczyć tego, że cały swój wywód oparł na jednym zdaniu o “wzrastającym dobrobycie obywateli mierzonym za pomocą optymistycznych statystyk, świadczących o rosnącej zamożności gospodarstw domowych”. Te statystyki bowiem ukrywają rzeczywistość, w której żyje większość obywateli Polski. Struktura zarobków opublikowana przez GUS w 2014 roku jest tu adekwatnym punktem odniesienia. Na chwilę przed porażką Platformy Obywatelskiej:

  • 10% pracujących zarabiało poniżej płacy minimalnej (1680 zł brutto),
  • 2/3 pracujących zarabiało poniżej średniego wynagrodzenia w gospodarce, wynoszącego wówczas 4100 zł brutto,
  • za tą nieźle brzmiącą średnią kryły się smutniejsza mediana (3291 zł brutto) i jeszcze smutniejsza dominanta (2469 zł brutto).

Masz się bać, bardzo bać. Strach udający rozum tworzy wiernego wyborcę

PiS produkuje strach, który przekuwa w kapitał politycznyPiS produkuje strach, który przekuwa w kapitał polityczny Karolina Skrzyniarz

Lizanie lodów przez szybę

Gdyby profesor Wachowski chciał zrozumieć przyczyny, dla których nastąpiło wszystko to, co opisał w swoim tekście, to zamiast iść na łatwiznę i pisać, że do Polek i Polaków „dobrobyt nie przybliżał się (...) w takim tempie, w jakim by sobie tego życzyli”, co wywołało „zniecierpliwienie, [które] w połączeniu z brakiem edukacji ekonomicznej i narodową skłonnością do narzekania stało się znakomitą pożywką dla idei populistycznych, intelektualnie miałkich, a nawet szalonych”, pochyliłby się nad następującymi danymi:

  • Udział płac w PKB w Polsce między 1995 a 2014 rokiem spadł o ponad 10 pkt proc. (raport Fundacji Kaleckiego), choć w tym samym czasie nastąpił olbrzymi wzrost wydajności pracy.
  • Najgłośniejsze inwestycje infrastrukturalne nie mają pozytywnego wpływu na życie większości obywateli. Jak to wygląda, można zrozumieć, gdy zajrzy się do rozkładu jazdy kolei: przejazd Pendolino z Warszawy do Gdańska i z powrotem kosztuje 300 zł, a PKP konsekwentnie wycina tańsze połączenia z oferty - na omawianej trasie obecnie 5 na 20 połączeń to pociągi Tanich Linii Kolejowych. Dwa z nich wyruszają z Warszawy przed 7 rano, jeden dociera do Trójmiasta po północy. Ci, którzy mają na bilet kilkaset złotych, mogą wsiąść do luksusowego pociągu co godzinę.

Wniosek, który ciśnie się na usta, jest taki, że „dobrobyt nie przybliżał się w takim tempie, jakby sobie życzyli” obywatele, ale większość Polaków miała poczucie, że to “doganianie Europy” to propozycja lizania lodów przez szybę.

Decyzja o emigracji dziś nie jest ani naganna, ani chwalebna, ani polityczna

Oddalanie się od Europy

I to, że Polki i Polacy dostawali szału, słysząc na przykład Bronisława Komorowskiego, mówiącego o polskim „złotym wieku”, widać również w statystykach. Pokazują one, że Polska wcale nie goniła Europy, ale się od niej oddalała. W latach 1990-94 31 proc. badanych uważało, że większość rodaków jest godna zaufania, a 60 proc., że w stosunku do większości ludzi należy zachować ostrożność. Po dwudziestoleciu tego „gonienia Europy” badanie powtórzono: 22 proc. badanych uważało, że “większości ludzi można ufać”, a trzy czwarte uważało, że należy być ostrożnym.

Przestrzeni dla prawicowego populizmu nie stworzyła „narodowa skłonność do narzekania” ani antyelitaryzm, ale propaganda sukcesu i protekcjonalne traktowanie większości obywateli i obywatelek przez te elity, które firmowały tłumaczenie opinii publicznej, że im szybciej nieskrępowany kapitalizm zaprowadzi swoje porządki, tym lepiej dla nas wszystkich.

Za katastrofą Theresy May stoi grupa 1,5 mln wyborców i wyborczyń poniżej 35. roku życia

Nagość transformacji

Nagi jest system, który stworzyliśmy w Polsce. Nagie są liberalne elity, które nie dostrzegły w Andrzeju Lepperze i pierwszych rządach PiS skutków rosnącej nierówności społecznej i nie umiały temu przeciwdziałać. PiS nie jest przyczyną problemów, lecz ich skutkiem, manifestacją tej samej porażki co Donald Trump w Stanach Zjednoczonych i brexit w Wielkiej Brytanii.

Zamiast rozpaczać, że skutkiem „braku edukacji ekonomicznej” jest to, że naród powołał do władzy „prymitywnego, ksenofobicznego, ultrakatolicko-narodowego mutanta”, zacznijmy wyciągać wnioski.

To liberalne elity nawarzyły tego piwa. To one muszą poradzić sobie teraz jednocześnie z wyzwaniami: stawienia oporu autorytarnym zapędom obecnej władzy, odbudowy solidarności społecznej i obaleniu podziałów na bogatszych i biedniejszych, bardziej wykształconych i mniej, starszych i młodszych, z dużych miast i z prowincji. PiS będzie w tym oczywiście przeszkadzało, bo żyje z wynikających z tych podziałów frustracji

Bez szacunku dla współobywateli, którzy nie mieli dostępu do owoców przemian ustrojowych, bez chęci głębszego zrozumienia faktów stojących za ostatnimi decyzjami podjętymi przez Polaków w wyniku demokratycznych wyborów Polska nigdy nie pozbędzie się widma faszyzmu. W tym profesor Wachowski zawiódł. Jego list jest najlepszym przykładem tego, co tak żarliwie krytykuje: „braku edukacji ekonomicznej” i „narodowej skłonności do narzekania”.

Można jeszcze dodać: przykładem braku empatii charakterystycznym dla politycznego dyskursu w zachodnich gospodarkach od lat 70. W tym Polsce rzeczywiście Zachód udało się dogonić.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.