Koalicja PO-PiS powstała w 2005 roku i trwa do dziś. Zamiast tek wicepremiera i kilku ministerstw w tej koalicji słabszy partner otrzymuje tytuł wroga publicznego numer jeden - czyli pełną gwarancję pozostania w grze. Dlatego PiS i Platforma Obywatelska powinny być przez media traktowane jako koalicja rządząca nieprzerwanie od dwunastu lat, a obecnie mająca 370 na 460 mandatów w Sejmie i 97 na 100 mandatów w Senacie
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Stanisław Skarżyński - ur. w 1984 r., socjolog, redaktor prowadzący serwis „Osiem Dziewięć” w „Gazecie Wyborczej". Na Twitterze jako @stskarzynski .

Kierowca jadący gorszym samochodem dla głupiej rozrywki zajeżdża drogę próbującej go wyprzedzić nowoczesnej limuzynie. Jej kierowca, gdy udaje mu się zrównać ze złośliwcem, pokazuje mu środkowy palec i rzuca kilka pospolitych przekleństw. Ot, zwykła drogowa wymiana nieuprzejmości.

Piętnastominutowa etiuda z filmu „Dzikie historie” kończy się tak, że policjanci znajdują ciała obu kierowców, którzy spłonęli żywcem. Leżą w samochodzie, spleceni w uścisku, jeden obok drugiego, wypalone do gołej kości czaszki spoglądają pustymi oczodołami w niebo.

Siłą tej etiudy jest to, że nie da się powiedzieć, w którym momencie przekroczono granicę. Wojna rozwija się niepostrzeżenie, krok po kroku. Jedna głupia, choć uzasadniona emocjami akcja wywołuje również głupią, ale zrozumiałą dla widza reakcję. W dziesięciu, może piętnastu krokach twórcy etiudy przeprowadzili swoich bohaterów od drobnego świństwa na drodze do wspólnej śmierci w katuszach. 

Polska polityka ostatniej dekady to – pozornie – taka właśnie „dzika historia”. Pozornie, bo zaglądając do wnętrza jej struktury, można dostrzec, że wojna PiS z PO umożliwia obu partiom trwanie, którego skutkiem jest lawinowe tempo degradacji życia publicznego, pustynnienie polskiego społeczeństwa i zapadanie się wszystkich jego instytucji.

PO-PiS racjonalnie rozpoczyna wojnę

Idąc do wyborów w 2005 roku, Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość były sobie bardzo bliskie. Donald Tusk był liberałem, Jarosław Kaczyński konserwatystą, obaj za główny cel uważali odsunięcie od władzy skompromitowanego SLD. Wszystko było dogadane – po wyborach miała powstać koalicja PO-PiS, na czele rządu miał stanąć premier z Krakowa Jan Maria Rokita. Wspólnie wykończyli jedynego możliwego kandydata lewicy Włodzimierza Cimoszewicza, wspólnie też ignorowali procesy gnilne przy warszawskiej reprywatyzacji.

Nie da się rozstrzygnąć, na ile świadome były decyzje kierownictw obu partii, żeby z szorstkiej przyjaźni zrezygnować i sojusz zamienić w narastający konflikt oraz czy ta wojna wymknęła się im spod kontroli, czy od początku prowadzona jest świadomie i cynicznie.

Nie zmienia to jednak tego, że decyzja o rozwaleniu koalicji PO-PiS była politycznie racjonalna, co najlepiej pokazuje teoria gier, w której gracze dążą do maksymalizacji indywidualnych korzyści, wchodząc w sojusze z dostępnymi partnerami. 

W 2005 roku zawieranie sojuszu nie ma sensu, bo nie ma równego przeciwnika (tym przed wyborami byli prezydent Aleksander Kwaśniewski i upadające SLD). Tworząc koalicję, PO i PiS zaprosiłyby do pola gry o władzę innych uczestników – kontynuując narrację o walce z postkomuną, pomogłyby się odbudować SLD, a ustanawiając linię sporu między sobą a populistami z Samoobrony i LPR, utworzyłyby z nich nowy podmiot.

Najkorzystniejszym rozwiązaniem było zakończenie sojuszu i rozpoczęcie wojny – to układ maksymalizujący korzyści obu stron przede wszystkim dlatego, że niemal do zera ogranicza niebezpieczeństwo pojawienia się nowego gracza.

W tym sensie koalicja PO-PiS w 2005 roku powstała i nienaruszona trwa do dziś. Głęboka współpraca oparta jest na wzajemnym zwalczaniu się. Zamiast tek wicepremiera i kilku ministerstw w tej koalicji słabszy partner otrzymuje tytuł wroga publicznego numer jeden – czyli pełną gwarancję pozostania w grze.

Gdyby naprawdę chcieli się pozabijać

Wojna między PiS a Platformą Obywatelską nie jest wojną na śmierć i życie. Gdyby PiS w latach 2005-07 chciało rzeczywiście zniszczyć Platformę Obywatelską, posunęłoby się dużo dalej niż do marnej prowokacji agenta Tomka w stosunku do posłanki Beaty Sawickiej.

Jeszcze lepiej ten niesojusz było widać po zmianie władzy – Platforma Obywatelska właściwie nie kiwnęła palcem, żeby rozliczyć Prawo i Sprawiedliwość za dwuletnie rządy. Tusk opowiadał o polityce miłości, dzięki niestawiennictwu posłów Platformy upadł w głosowaniu wniosek o postawienie Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu, a wniosku w sprawie Jarosława Kaczyńskiego nigdy nie poddano pod głosowanie. PiS spokojnie doiło sobie SKOK-i rozwijało sieć mediów, spółek, fundacji i stowarzyszeń (co opisała ostatnio „Wyborcza”), a Platforma Obywatelska prawie w ogóle im nie przeszkadzała.

Pozorność walki nie zmieniła się ani po katastrofie smoleńskiej, ani po dojściu PiS do władzy w 2015 roku – szumnie zapowiadany audyt rządów PO skończył się na niczym, „tsunami niegospodarności” nie przyszło, prowadzona przez Małgorzatę Wassermann komisja śledcza ds. Amber Gold to żart porównywalny do prowadzonej przez Patryka Jakiego komisji ds. reprywatyzacji w Warszawie. Pełną wyrozumiałości postawę prezentuje również prokuratura Zbigniewa Ziobry, która leniwie wzywając kolejnych polityków Platformy na przesłuchania, zrobiła lwią część pracy w procesie odbudowywania wiarygodności Platformy Obywatelskiej.

Efekt jest taki, jaki jest: już po roku tego prania wyborcy zapomnieli grzechy Platformy Obywatelskiej, a jej sondaże wróciły do poziomu umożliwiającego konkurencję o władzę. I PO powinna za to być wdzięczna właśnie PiS.

Gnicie

To, co funkcjonalne dla partii politycznych i mediów, ma tragiczne konsekwencje społeczne i polityczne. Przykłady można mnożyć – państwo jest drenowane z kapitału ludzkiego, jego instytucje działają albo słabo, albo nie działają w ogóle, frekwencje wyborcze Polska ma jedne z najniższych w cywilizowanym świecie, a o przyszłości nie mówi się w ogóle.

Szkoda sobie strzępić język – wszystko to powiedział Rafał Matyja w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim : „Ocean czasu zmarnowaliśmy przez ten konflikt, bo najpierw były chaotyczne rządy PiS-Samoobrona-LPR, które niewiele po sobie zostawiły. Potem osiem lat rządów PO, która miała strumień pieniędzy europejskich, ale też niewiele robiła, bo przecież wystarczy, że blokujemy powrót PiS do władzy, więc nie zawracajcie nam głowy. Teraz wrócił PiS z tym całym chaosem i dość łatwo mogę przewidzieć, jak będzie wyglądał następny etap (...). Poczekają na kompromitację PiS i wejdą w te same buty. Ponownie będziemy mieli rządy pod hasłem normalności. Przywróciliśmy normalność. (...) A ważne sprawy będą leżeć odłogiem. Bo cały czas Kaczyński jest groźny i nie możecie od nas za wiele wymagać” – mówi autor koncepcji IV RP.

W tym Matyja ma rację, choć do tego prawdziwego wniosku doszedł na podstawie nieco wątpliwej przesłanki. Mówi mianowicie, że to „logika wojny pchnęła [Tuska i Kaczyńskiego] do tego, żeby mieć scentralizowane partie, które są karne, można nimi zarządzać przekazami dnia”. Nie rozwinął tej myśli, więc ta jego „wojna” brzmi jak coś rzeczywistego i prawdziwego – podczas gdy ja uważam ją za pozór, wynik racjonalnego wyboru liderów partyjnych, którzy stworzyli koalicję monopolizującą konflikt polityczny.

Potem jednak Matyja się – na szczęście – myli. Dokładnie wtedy, kiedy oskarża media o to, że robią pieniądze na tym konflikcie politycznym i będą robić to tak długo, jak długo „komuś się nie uda tego zakwestionować”. Powiada Matyja tak: „Dziennikarze są jeszcze bardziej agresywni niż politycy, bo wyrazistość się opłaca. Jakby 'Newsweek' zrobił manewr otwierający łamy na różne głosy i zaczął niuansować, toby przestał istnieć w ciągu kilku miesięcy. I tak samo po prawicowej stronie. Gdyby zaczęli dzielić włos na czworo, toby zdechli”.

Zamów Uberka. Otwierasz apkę, a tam całe zdziczenie współczesnego kapitalizmu

Matyja nie powinien pozwalać sobie na tak daleko idące uproszczenie, bo w rzeczywistości to podporządkowane polityce mediów ma dużo większe zróżnicowanie: „Newsweek” rzeczywiście ładuje w Kaczyńskiego i PiS, jakby to była perkusja, ale już „Gazeta Wyborcza”, która politycznie go potępia w czambuł (Jarosław Kurski), jednocześnie bardzo stara się doktrynalnie nie zamykać na socjalne aspekty polityki PiS i zrozumieć przyczyny porażki w 2015 roku (Sroczyński), czym doprowadza niektórych swoich publicystów do rozpaczy (Gadomski). „Rzeczpospolita” odwrotnie – polityczna produkcja PiS jakoś do nich trafia, ale warstwa socjalna i ekonomiczna polityki Kaczyńskiego wprowadza ją w drgawki. Z powodu strukturalnego związania z PiS media tzw. drugiej strony są mniej zróżnicowane – wszystkie nienawidzą Platformy Obywatelskiej i widzą Tuska w więzieniu, choć stronnictwo braci Karnowskich („wSieci”) jest bardziej racjonalne niż zupełnie zwariowana drużyna Tomasza Sakiewicza („Gazeta Polska”).

Uproszczenie Matyi wynika z oglądania mediów przez pryzmat polityki, podczas gdy przyczyny podporządkowania mediów polityce w ostatniej dekadzie są bardziej złożone.

Model zamiast świata

Dla mediów początek XXI wieku był momentem krytycznym – cała branża przechodziła olbrzymie trudności ekonomiczne, technologiczne i kadrowe, więc wielowymiarowość i złożoność świata zastąpiły jego modelem – w Polsce wybrały ten, którego biegunami są Donald Tusk i Jarosław Kaczyński.

I tu nie ma wyjątku – media, które z definicji muszą być odbiciem części pasma spektrum ideowego, nadal to robiły, ale tylko w mikroskali odniesienia do sporu Platformy Obywatelskiej z PiS. Pozwoliło to bardzo ograniczyć koszty działalności w czasie, gdy spadkowi dochodów (kryzys ekonomiczny, rozwój internetu) towarzyszyła konieczność wyłożenia w krótkim czasie bambilionów na dostosowanie się do wymogów rzeczywistości cyfrowej i mediów społecznościowych.

I spór PO-PiS pozwolił im to w Polsce zrobić, bo przez dekadę media eksperymentowały i uczyły się nowej rzeczywistości na tanim w eksploatacji, uproszczonym modelu rzeczywistości. Jednak skutkiem było dramatyczne rozbestwienie polityków, którzy wyczuli, że media nie mają siły sprawczej i można im narzucić narrację.

Ogon macha psem

Grzegorz Sroczyński uważa, że największe skandale polskiego dziennikarstwa ostatnich lat to przegapienie afery reprywatyzacyjnej i patologii rynku pracy . „Rzetelne media – nie tylko w Polsce, ale też na całym Zachodzie – powinny się zastanowić, czy milcząc o doświadczeniach życiowych całych grup obywateli, na ten brak zaufania sobie nie zasłużyły” – stwierdził.

Błędy w tekście słusznie wytknął mu Michał Wybieralski , bo Sroczyński wyraził się mało precyzyjnie – dość wyraźnie ma żal do mediów nie o to, że nie pisały, ale o to, że pisaniem nie były w stanie wymóc na politykach zajęcia się ich pracą. I w tym kształcie argument Sroczyńskiego jest słuszny, a uwagi Wybieralskiego tylko podnoszą jego wartość – bo co za różnica, czy się pisało, czy nie pisało, skoro nie umie się tym pisaniem wywołać żadnej reakcji?

To, co Sroczyński nazwał pominięciem reprywatyzacji i patologii rynku pracy, nie jest przypadkiem, bo wynika właśnie z instytucjonalnego podporządkowania mediów polityce – przez ponad dekadę media były bezsilne, w remoncie, zdolne tylko opowiadać świat przez pryzmat konfliktu PiS i Platformy Obywatelskiej, który konfliktem jest tylko na pozór. Wszystko, co media znalazły, było wrzucane między PiS a PO – a tam nie było woli zajęcia się patologiami rynku pracy, bo obie partie czerpią z neoliberalnej ekonomii, a w warszawskiej reprywatyzacji umoczone są mniej więcej po równo.

Bić i patrzeć, czy równo puchnie

Nazwałem błąd Rafała Matyi „szczęśliwym”, bo to starcie Grzegorza Sroczyńskiego z Michałem Wybieralskim doskonale pokazuje, że media powoli wychodzą z kryzysu i starają się szukać sposobów, żeby zapędzić polityków do pracy.

Nie uda się to od razu, bo politycy przyzwyczaili się do tego, że minęły czasy, gdy „polityk był jak mucha, bo można go zabić gazetą”, i będą się starać bronić przed odpowiedzialnością. Platforma Obywatelska i PiS mają tu równie dużo za uszami – czekanie miesiącami, aż Donald Tusk zdymisjonuje Bogdana Klicha po katastrofie smoleńskiej, dziś PiS powtarza w formie udawania, że nie widzą konieczności dymisji Mariusza Błaszczaka i Jarosława Zielińskiego za oszukiwanie opinii publicznej i zamiatanie pod dywan zakatowania Igora Stachowiaka przez policjantów. To jest naprawdę świństwo i bezczelność.

O potrzebie takiej wojny najlepiej świadczy sukces finansowy OKO.press, które PiS własnymi ustami wykarmiło, kłamiąc codziennie, od rana do nocy, w każdej sprawie – zachowując obiektywizm, „OKO” wpisało się w binarną opozycję jako medium „antypisowskie”, ale słusznie ma to w nosie i robi swoje. Jedynym lekarstwem na koalicję PO-PiS jest bezwzględność mediów – to na nich spoczywa odpowiedzialność za urządzanie politykom regularnego piekła na ziemi, wyciągnięcie wszystkich patologii, opisywanie dzień po dniu „doświadczeń życiowych całych grup obywateli” i pytanie, raz za razem: "A tej sprawie co zrobiliście? A w tej? A w tej?".

Jedna możliwość jest taka, że bezwzględnie grillowani sami sobie pójdą, żeby zająć się czymś przyjemniejszym. Druga – że wezmą się w końcu do roboty i pokłócą naprawdę, bo ich do tego zmuszą partyjne doły niechcące stracić dostępu do spółek, rad nadzorczych, zarządów i ministerialnych sekretariatów. Trzecia – że katowanie PiS i Platformy po równo ujawni pozorność ich konfliktu, otwierając drogę nowym siłom politycznym.

Innymi słowy, pod rozwagę chciałbym poddać tezę, że PiS i Platforma Obywatelska powinny być przez media traktowane jako partyjna koalicja rządząca od 12 lat, a obecnie mająca 370 na 460 mandatów w Sejmie i 97 na 100 mandatów w Senacie. 

Oraz jako całość rozliczana z osiągnięć tych 12 lat - bez oglądania się na to, co oni tam między sobą rozgrywają, bo to już tak długo prowadzi do niczego, a szkodzi krajowi, że głupio się na to dalej nabierać.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem