Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Filip Konopczyński – (ur. w 1987 r.) prawnik i kulturoznawca, współzałożyciel Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w OKO.press, „Krytyce Politycznej”, „Kulturze Współczesnej”, „Res Publice”.

Prezentuje się jako zwiastun przyszłości – nowatorska aplikacja mobilna, która pozwala każdemu właścicielowi samochodu zarabiać, a każdemu mieszkańcowi miasta szybko i wygodnie dojechać we wskazane miejsce. Nazywa się przykładem sharing economy (ekonomii dzielenia), w której każdy może być jednego dnia klientem, a innego usługodawcą.

Wszystko to dzięki innowacyjnej technologii Ubera – aplikacji mobilnej, która łączy kierowców z klientami, ograniczając do minimum koszty pośrednie. Tylko krok od tego do gig economy (ekonomii wykonu) – wizji świata, w której nie ma już pracy, pracodawców i pracowników, bo miejsce hierarchicznych struktur władzy i organizacji korporacyjnych zajmuje sieć, w której każdy oferuje swoje usługi, kiedy chce i za tyle, ile oferuje rynek.

Podstawą opowieści Ubera jest wolność. Dzięki Uberowi wolności jest więcej niż kiedykolwiek. Kierowcy są wolni od barier wejścia na rynek przewozu osób i pracują tylko tyle, ile mają ochotę. Klient nie musi mieć portfela, gotówki, znać języka – wystarczy, że w aplikacji wpisze adres i ustali na mapie miejsce, w które przyjedzie po niego samochód. Trasa jest wyznaczona na mapie Google’a, rozliczenie odbywa się automatycznie, online – nie ma niebezpieczeństwa przekręcania taksometrów, nabijania ceny przejazdu przez jechanie naokoło. Czysto, szybko, nowocześnie.

Wszystko to utrzymane jest duchu libertariańskiej filozofii Ayn Rand – ulubionej autorki założyciela Ubera Travisa Kalaniacka. Kilkuletnia historia Ubera rzuca na tę filozofię ekonomiczną coraz dłuższe i ciemniejsze cienie.

Facebook, nasz ulubiony dyktator. Mark Zuckerberg zarabia na danych o użytkownikach

Bańka spekulacyjna i monopol jako model biznesowy

Tylko w pierwszym kwartale 2017 r. Uber wygenerował stratę na poziomie 700 milionów dolarów. 2016 rok firma zamknęła z wynikiem minus 2,8 miliarda dolarów. Uber może co prawda przynosić zyski akcjonariuszom – ale dopiero wtedy, gdy wykończy konkurencję i jako monopolista zdecydowanie podniesie ceny przejazdów.

Konsekwentnie do tego dążąc, Uber sprytnie wykorzystuje inną cechę współczesnego kapitalizmu: akumulację ogromnych środków w rękach niewielkiej grupy instytucjonalnych graczy poszukujących sposobu na pomnożenie posiadanych funduszy. Uber ze swoją opowieścią o wolności i przyszłości jest po prostu genialnym sposobem na wyciągnięcie wielkich pieniędzy – obecnie wartość firmy to ok. 70 miliardów dolarów – od inwestorów oraz lubiących ryzyko spekulantów giełdowych.

W rzeczywistości przyszłość firmy jest wątpliwa, bo plany szybkiego podboju kolejnych miast napotykają coraz lepiej zorganizowany opór. Nie można prowadzić poważnej działalności, gdy w niemal każdym miejscu trwają procesy sądowe lub legislacyjne, które mogą ją uniemożliwić. Łatwo wyobrazić sobie dzień, w którym po kolejnym niekorzystnym dla Ubera wyroku lub decyzji sądu bańka pęka i następuje lawinowa wyprzedaż akcji.

Świat się wścieka

Szybko przybywa państw, które przestają akceptować retorykę Ubera. Firma przegrywa starcia prawne w Europie (Niemcy, Włochy, Wielka Brytania, Dania, Francja, Belgia) oraz w Ameryce (m.in. w Kalifornii, Calgary oraz Toronto). Najostrzej z Uberem postąpiły władze Chińskiej Republiki Ludowej – do biur firmy wysłano niezapowiedziane kontrole policji, a firmie kazano się wynieść z kraju.

Kolejny cios firma otrzymała 11 maja, gdy Europejski Trybunał Sprawiedliwości w piśmie sądowym uznał Ubera za firmę przewozową, a nie dostarczyciela usług. To istotna decyzja, bo może dać państwom i samorządom podstawy do tego, aby skutecznie regulować działalność firmy tak samo jak regulowane są inne firmy transportowe – dla firmy oznacza wzrost kosztów działalności, a więc jeszcze większe globalne straty.

Opowieści o wolności i przyszłości nie pomaga to, że w przeszłości Uber wycofywał się z tych rynków, na których władze nakładały na firmę wymogi dotyczące płacy minimalnej dla kierowców, płacenia adekwatnych podatków lub ubezpieczania pasażerów.

Rekrutując kierowców, Uber unika słowa „pracownicy” – i tak opowieść o aplikacji „łączącej ludzi” odsłania drugie oblicze: eksploatacji, unikania podatków i wymykania się kontrolom.

Uber unika podatków

Obrońcy Ubera nazywają zwalczających firmę taksówkarzy „luddystami”. To słowo pochodzi od Neda Ludda, fikcyjnego przywódcy zrewoltowanych angielskich tkaczy, którzy w XVIII wieku rzeczywiście niszczyli maszyny tkackie w proteście przeciwko warunkom pracy. Narracja o „niszczycielach maszyn” ustawia dyskurs – tradycyjnych taksówek bronią tylko ci i te, którzy boją się postępu i nienawidzą technologii.

Taksówkarze widzą to jednak zupełnie inaczej. Dla nich Uber to nie innowacyjność, ale kolejna forma nieuczciwej konkurencji, następne wcielenie przekleństwa „przewozu osób”. I mają argumenty: firma tak organizuje działalność, aby unikać opodatkowania lub minimalizować ich wysokość. W samochodach Ubera nie ma kas fiskalnych, kierowcy nie wydają paragonów. Skutkiem jest bezradność urzędów skarbowych, i to nie tylko w Polsce – w Wielkiej Brytanii Uber zapłacił 411 tys. funtów podatków za całą swoją działalność w 2015 roku.

UberUber fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta

Tu taksówkarze mają rację – ich aplikacje wykorzystują geolokalizację i umożliwiają płatności online. Różnice leżą nie w technologii, ale w prawie – jako przedsiębiorcy obciążeni są większymi kosztami, muszą mieć odpowiednią licencję, a irytujące drobiazgi, które Uber wyeliminował (wydanie paragonu fiskalnego), to nie ich widzimisię, ale obowiązek wynikający z prawa.

W przeciwieństwie do Ubera ponoszą ich jednak emocje – zamiast podkreślać różnice prawne i ich konsekwencje ekonomiczne, taksówkarze często wpadają w znane binarne opozycje i zaczynają się skarżyć, że klientów odbierają im obcokrajowcy wspierani przez międzynarodowy biznes.

Znajomo brzmi to wyrzekanie taksówkarzy na obcych (najczęściej Ukraińców) jeżdżących za niskie stawki, za którymi stoi potężna zagraniczna korporacja, która ma w nosie uczciwych polskich przedsiębiorców.

Za katastrofą Theresy May stoi 1,5 miliona młodych ludzi

Farmy przejazdów

W rzeczywistości Uber działa na zasadzie sieci czerpiącej prowizję z pracy setek tysięcy pracowników działających bezpośrednio. Konrad Szczygieł i Patryk Szczepaniak w OKO.press i tygodniku „Polityka” opisali współpracę z Uberem – 21 lat, prawo jazdy, zaświadczenie o niekaralności i samochód młodszy niż 10 lat wystarczą, by zostać „niezależnym dostawcą usług transportowych”.

Według umów z kierowcami Uber zarabia nie na przejazdach, ale na licencji za używanie aplikacji – z tego tytułu „zarejestrowana w Amsterdamie spółka Rasier Operations B.V. pobiera 20-25 proc. prowizji od każdego przejazdu”.

Jednak dopiero „inwestor” pokazuje ciemną stronę kapitalizmu Ubera. Prywatni inwestorzy z dostępem do gotówki lub kredytu biorą w leasing kilka lub kilkanaście samochodów o odpowiednim standardzie i taką samą liczbę smartfonów. Zatrudniają imigrantów, bo do prowadzenia Ubera nie potrzeba znajomości języka ani topografii miasta, a Ukraińcy są pod dużą presją ekonomiczną, nie są zrzeszeni w żadnych organizacjach pracowniczych i boją się urzędników.

Taki „inwestor” otwiera farmę przejazdów – kierowcom płaci stawki godzinowe, a sam czerpie zyski z przejechanych przez nich kilometrów. Im więcej wyjeżdżonych godzin (niektóre urządzenia są zalogowane przez 100 godzin bez przerwy), tym większy zysk inwestora, któremu pieniądze wypłaca nieliczący się ze stratami, prący do monopolizacji rynku Uber.

Tak kapitalizm pokazuje w Uberze całą swoją logikę, a spór o Ubera okazuje się sporem ekonomicznym o to, czy międzynarodowe firmy muszą przestrzegać lokalnego prawa.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.