Dzieci chodziły do przedszkola. Któregoś dnia nie zostały tam wpuszczone. Dawid ściemniał właścicielce, że dostaję alimenty, z których będzie opłacane przedszkole, a mnie mówił, że załatwił to z właścicielką
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Spisał Paweł Mączewski (1985), dziennikarz, redaktor „VICE Polska”, który stara się wierzyć, że świat jeszcze czekają lepsze czasy.

W 2006 roku przyjechałam z Wrocławia do Białegostoku na Wielkanoc. Spotkałam się z Dawidem. Zaczął się romans, relacja bez zobowiązań, bez planów na przyszłość. Żyliśmy chwilą. Już wcześniej zdiagnozowano u mnie zaburzenia hormonalne, musiałam odstawić tabletki antykoncepcyjne. Zabezpieczaliśmy się, ale prezerwatywa zawiodła. Wyniki wtedy miałam takie, że ginekolog określił mój poziom hormonów jako „stan przedmenopauzalny”. Okres się spóźniał, więc po jakimś czasie zrobiłam test, który nie wykazał ciąży. Wizyta u ginekologa – również.

Po co robimy magazyn „Osiem dziewięć"

Po dwóch tygodniach, kilku kolejnych testach i badaniach USG dostałam zastrzyk z dużą dawką progesteronu. Lekarz powiedział, że to maksymalna ilość hormonów, która ma wywołać miesiączkę. Pomogła się utrzymać bardzo wczesnej ciąży. Do dzisiaj to dla mnie zagadka.

Mieliśmy po 20 lat.

Bajka

Znaleźliśmy we Wrocławiu mieszkanie w starej kamienicy, z bardzo niskim czynszem, umową najmu na pięć lat lub dłużej i możliwością stałego meldunku. Za „jedyne” 10 tys. odstępnego. Pożyczyliśmy od rodziny. Dawid wyjechał pracować na Islandii, ja do siódmego miesiąca ciąży pracowałam w knajpie.

Wrócił dokładnie miesiąc przed porodem, Milena urodziła się na początku marca 2008 roku. Zwróciliśmy pożyczkę. Dawid szybko poszedł do pracy, pracował na wykończeniówce, a ja się zajmowałam dzieckiem i domem. Spełnialiśmy się w swoich rolach. On spędzał z Mileną mniej czasu niż ja, ale widać było, że ma ogromną radość z tej relacji. Była między nimi silna więź, co mnie niesamowicie cieszyło. Radziliśmy sobie świetnie! I to bez pomocy rodziny, nie mając we Wrocławiu nikogo.

Zaczęłam szyć, szycie stało się wyrazem mojej twórczej ekspresji oraz sposobem na biznes. Gdy Milena skończyła dwa lata, napisałam biznesplan i wystąpiłam o nisko oprocentowaną pożyczkę na założenie firmy.

Otworzyłam działalność, wzięłam udział w dużych branżowych targach w Warszawie, miałam zamówienia. Zatrudniłam szwaczkę, wydzierżawiłam lokal od miasta, urządziłam pracownię. Dawid przyjął propozycję pracy u szwagra sąsiadki. Praca była na zlecenie, ale dobrze płatna. Wyjeżdżał, potem miał kilka dni wolnego. Sąsiadka, z którą wymieniałyśmy się opieką nad dziećmi, zaczęła tworzyć żłobkoprzedszkole, w którym nasza córka miała mieć zapewnione miejsce.

Szło naprawdę dobrze. Wtedy pojawiła się we mnie potrzeba, by mieć drugie dziecko. Dawid się zgodził. Bardzo szybko zaszłam w ciążę. Cieszyliśmy się.

Z dnia na dzień

Najpierw odcięli prąd w pracowni. Wydzierżawiłam ją od miasta tuż przed urodzeniem Mileny i wiedząc, że nie będę z niej korzystać, udostępniłam ją bliskim znajomym. Mieli płacić 150 zł czynszu i rachunki za prąd, a ja od nich nie brałam ani grosza za wynajem. Nie kontrolowałam, czy regulują należności, bo im ufałam. Okazało się, że zadłużyli lokal na ponad 6 tys. zł. Wszystko na moje nazwisko, bo nie spisaliśmy żadnej umowy.

Zmienił się właściciel kamienicy, w której mieszkaliśmy. Nowy okazał się „czyścicielem” – zaczął od podniesienia czynszu o 150 proc. i uciążliwych, źle prowadzonych remontów. Zaczęliśmy walkę, ale ludzie rezygnowali, nie mieli siły.

Dawida nie było w domu, poza pracą pomagał sąsiadce w remoncie lokalu na przedszkole. W zamian mieliśmy być zwolnieni z czesnego. Dwa miesiące przed porodem Dawid złamał rękę. Okazało się, że pracodawca nie płacił za niego składek, choć miał mieć umowę na 1/8 etatu właśnie po to, by składki były niskie, a on więcej dostawał na rękę.

Z dnia na dzień, w siódmym miesiącu drugiej ciąży, zostałam jedynym żywicielem rodziny. Zapierdzielałam jak dziki osioł. Z wielkim brzuchem, w 30-stopniowym upale, z uciążliwym remontem za oknem siedziałam przy maszynie i dźwigałam wielkie bele tkanin. Do tego ogarnianie domu, pomaganie Dawidowi, walka z kamienicznikiem i jego świtą. Nie miałam siły myśleć. Nie miałam czasu zwariować. Musiałam pracować

Olaf urodził się na początku lipca 2011 roku. Po półtora miesiąca musiałam wrócić do pracy. Nie miałam zasiłku macierzyńskiego, bo sąsiadka, która jest księgową, posłużyła mi tak dobrą radą, że nie wystąpiłam o to świadczenie. Nie miałam siły tego sprawdzić, a ona twierdziła, że przy preferencyjnej stawce ZUS dostanę niewielką kwotę, a w tym czasie nie będę mogła pracować. Po roku dowiedziałam się, że to totalna bzdura.

Zaczęłam szyć, Milena poszła do przedszkola, a Dawid wrócił do firmy szwagra sąsiadki i dodatkowo pracował w przedszkolu sąsiadki jako złota rączka, choć ta praca nijak ma się do wysokości czesnego, a w firmie szwagra zlecenia były nieregularne i było ich okrutnie mało. Był taki miesiąc, kiedy zarobił 300 zł.

Sytuacja zaczęła mnie przerastać. Coraz częściej się kłóciliśmy. W końcu bańka pękła – miałam dość trwania w związku, który związkiem był tylko w teorii. Zaczęłam głośno wyrażać swoje potrzeby i uczucia. Poprosiłam, żeby Dawid bardziej zaangażował się w moją firmę i przestał pracować w przedszkolu. Spotkałam się z oburzeniem jego i sąsiadki, zostałam nazwana wariatką. Poprosiłam o rozpoczęcie terapii, chciałam, by to on poszukał terapeuty, żeby choć raz coś wyszło od niego.

Olał to. Nasz syn miał wtedy cztery miesiące.

Dwa miesiące później zwolnił się z pracy. Nagle, bez ostrzeżenia, bez uzgodnienia, bez innej pracy. Powiedział: „Przecież sama tego chciałaś”. Znowu miałam całe utrzymanie rodziny na swojej głowie. Gdy znalazł etat w teatrze, okazało się, że we mnie coś zgasło. Powiedziałam, że chcę się rozstać. Przyjął to spokojnie, bez pytań, szybko się wyprowadził.

Proszę o pięćset

Nasze rozliczenia kulały od początku. Chciałam dzielić koszty na pół, a opłaty za przedszkole miał ponosić on – bo dzień po naszym rozstaniu sąsiadka oznajmiła, że teraz musimy już płacić. I to za dwoje dzieci, bo Olaf, mając osiem miesięcy, zaczął tam spędzać sześć godzin trzy razy w tygodniu. Miałam bardzo dużo pracy, byłam rozbita emocjonalnie, a ponieważ ona i Dawid bardzo dobrze się ze sobą dogadywali, chciałam, żeby wziął to na siebie. Zgodził się.

Olaf miał uciążliwy katar. Polecono mi sprawdzony aspirator. Kosztował 60 zł, pozwalał naprawdę szybko i sprawnie pomóc dziecku. Poprosiłam o zwrot 30 zł. Usłyszałam, że to za drogo, że nie skonsultowałam z nim tego zakupu. Pieniędzy nie oddał.

Trzeba było kupić córce buty. Do sklepu poszliśmy razem. Dawid wybrał najtańsze, najbardziej liche. Powiedziałam, że warto dołożyć 20 lub 30 zł i mieć pewność, że buty nie rozlecą się po miesiącu. Nie zgadzał się. Sabotował wszystkie zakupy.

Wtedy poprosiłam, żebyśmy ustalili kwotę, którą jest w stanie zapłacić z góry. Chciałam 200-250 zł na dziecko. Usłyszałam, że chyba śnię, że to za dużo, że nigdy dzieci nie wymagały takich nakładów finansowych. Usłyszałam też, że on, nawet jak nie będzie płacił, wie, że ja sobie poradzę, bo zawsze daję sobie radę. Od kwietnia do sierpnia 2012 roku na dzieci przeznaczył 300 zł.

Bliskie mi osoby napisały za mnie pozew o alimenty z uwzględnieniem zabezpieczenia powództwa, czyli ustanowienia minimalnej kwoty, zanim zapadnie wyrok. Sąd ustalił tę kwotę na 700 zł, ale Dawid nie płacił.

Pod koniec listopada 2012 roku założyłam sprawę u komornika. Dawid zrezygnował z etatu w teatrze i wyjechał do Anglii. Ja nie byłam w stanie pogodzić opieki nad dziećmi z pracą, musiałam zawiesić działalność firmy z powodu wejścia w normalny, wysoki ZUS, na który nie miałam pieniędzy. W styczniu 2013 roku zamknęłam działalność. To był bardzo trudny czas.

W lutym dostałam od komornika zaświadczenie o niemożliwości ściągnięcia długu, dzięki któremu mogłam wystąpić z wnioskiem do miejskiego ośrodka pomocy społecznej. W marcu dostałam pierwsze świadczenie z Funduszu Alimentacyjnego – 700 zł z zabezpieczenia powództwa. Myślałam, że mogę trochę odetchnąć.

Dzieci nadal chodziły do przedszkola. Któregoś dnia nie zostały tam wpuszczone. Dawid ściemniał właścicielce, że dostaję alimenty, z których będzie opłacane przedszkole, a mnie mówił, że załatwił to z właścicielką i mam się nie wtrącać. Zażądano ode mnie zwrotu zaległego czesnego i choć po wielu godzinach zawiłych tłumaczeń zostało to umorzone, ja musiałam zacząć normalnie płacić pieniędzmi z Funduszu oraz z tego, co zarobiłam na czarno.

Magazyn 'Osiem dziewięć'
Magazyn 'Osiem dziewięć'  Karolina Skrzyniarz

Czterysta trzeba oddać

Sprawa alimentacyjna odbyła się w kwietniu 2013 r., ponieważ na wcześniejsze rozprawy Dawid się nie stawiał. Przyjechał wtedy pierwszy raz od wyjazdu, pracował w Anglii legalnie, przywiózł zaświadczenia o zarobkach. Kwota alimentów została ustalona w wysokości 1200 zł na dwoje dzieci. Dawid od początku niczego nie płacił. Fundusz Alimentacyjny wypłaca maksymalnie 500 zł na dziecko.

Podczas wizyty zostawił 400 zł. Zgłosiłam to komornikowi. Po dwóch miesiącach dostałam pismo z MOPS, że mam zwrócić 400 zł, ponieważ gdy dostaję zasiłek z Funduszu, nie mogę przyjmować pieniędzy bezpośrednio. Nie pomogły odwołania, tłumaczenie, że nie otrzymywałam od niego żadnych pieniędzy przez pół roku, nie mając wówczas nawet wsparcia z MOPS, że dostaję o 200 zł mniej, niż jest zasądzone.

Potrącono przy następnej wypłacie

Jednocześnie nie mogłam normalnie pracować, ponieważ osoby pobierające świadczenia z Funduszu Alimentacyjnego nie mogą przekroczyć dochodu 725 zł netto na osobę. W naszym przypadku oznaczało to, że aby nie stracić świadczenia z Funduszu, nie mogę legalnie zarobić więcej niż 2175 zł.

Wynika z tego również, że samotna matka z jednym dzieckiem, która ma najniższą dopuszczalną pensję w kraju, przekracza próg dochodowy uprawniający do świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego.

Straciłam mieszkanie. Walka z kamienicznikiem zakończyła się eksmisją, mogłam zostać w lokalu tylko do czasu otrzymania mieszkania socjalnego. Nie wytrzymałam.

Po jakimś czasie dostałam wezwanie do komendy w celu złożenia zeznań. Musiałam obcemu człowiekowi, policjantowi, w mało komfortowej atmosferze zdawać sprawozdanie z naszej relacji. Łącznie z informacją, jak nam się układało pożycie. Nie odpowiedziałam na wszystkie pytania. Wystarczyło, że zostały zadane, żebym wyszła stamtąd zupełnie rozbita.

Okazało się, że to przesłuchanie było na nic, bo tylko na mój wniosek policja może zacząć go ścigać. Nie chciałam tego, nie widziałam w tym sensu, nie wierzyłam, że takie metody skłonią go do zapłacenia alimentów. Sądziłam, że zacznie się jeszcze bardziej ukrywać, przestanie w ogóle odwiedzać dzieci.

Pomyślałam, że mogę przenieść się do Anglii, żeby dzieci miały blisko oboje rodziców. Dawid zaprotestował, powiedział, że moja obecność „zburzyłaby jego spokój”.

Rok temu poznałam adres pracodawcy Dawida oraz jego miejsce zamieszkania w Anglii. Zapytałam komornika, czy te dane w jakiś znaczący sposób mogą wpłynąć na ściągalność alimentów. Owszem, mogą, ale procedura wygląda tak, że musiałabym wycofać sprawę u komornika, wnieść kolejny pozew do sądu zajmującego się współpracą z Wielką Brytanią i czekać bez żadnego wsparcia ze strony państwa, bo wycofanie sprawy u komornika powoduje wstrzymanie wypłat z Funduszu.

Urzędnik proponuje homoseksualizm

Poznałam kogoś, zostałam we Wrocławiu. Znajomi pomogli mi znaleźć mieszkanie, córka poszła do szkoły, syn – do państwowego przedszkola. Nowy partner mnie wspierał. Pierwszy raz od dawna poczułam się bezpiecznie. Wtedy Dawid zaczął błagać o możliwość powrotu, szansę na naprawienie związku. Odmówiłam. W odpowiedzi ograniczył kontakty z dziećmi. Dzwonił coraz rzadziej, nie przyjechał na święta. Nie widział ich przez osiem miesięcy. Gdy się pojawiał, unikał mnie, jak mógł. Raz padła propozycja przekazania dzieci na stacji, podczas postoju pociągu, jakby to były bagaże.

W marcu 2015 r. znów się przeprowadziłam. Zamieszkałam z koleżanką, również samotną matką dziewczynki z autyzmem. Chciałyśmy sobie pomagać. Mieszkanie udało nam się znaleźć po dwóch miesiącach, bo problemem dla wynajmujących są dzieci. Nie od strony higieniczno-akustycznej – wszyscy boją się, że skorzystamy z ustawy o ochronie lokatorów i przestaniemy płacić, a oni nie będą mogli nas usunąć, dopóki nie zapewnią lokalu socjalnego. Tłumaczyłyśmy, że jesteśmy gotowe podpisać notarialnie zobowiązanie do najmu okazjonalnego, które zwalnia nas z tej ochrony. Nic z tego. Kolejnym wynajmującym nie powiedziałyśmy o dzieciach.

Chciałabym jednak mieć coś swojego, z niższym czynszem, więc udałam się do urzędu miasta sprawdzić, na którym jestem miejscu w kolejce oczekujących na mieszkanie socjalne. Przez dwa lata przeskoczyłam o dziesięć miejsc, na 46. pozycję. Jeszcze kilka lat czekania.

Urzędniczka, bardzo ciepła i wyrozumiała osoba, zaproponowała mi wpisanie na listę do lokali przeznaczonych na remont. Niestety, nie mogę tego zrobić – aby ubiegać się o takie mieszkanie, muszę wykazać dochód w wysokości co najmniej 844 zł na osobę. W ten sposób widełki progów dochodowych stawiają mnie przed wyborem – albo zarabiam sama i staram się o mieszkanie do remontu, albo nie przekraczam 725 złotych na osobę i otrzymuję co miesiąc 1 tys. zł z Funduszu Alimentacyjnego. Pierwsza decyzja oznacza również utratę kolejnych 500 zł, bo w programie 500+ próg dochodowy uprawniający do świadczenia na pierwsze dziecko to 800 zł na osobę.

Urzędniczka przyznała, że to wszystko jest bardzo nie w porządku. Powiedziała, że jedyne rozwiązanie, jakie widzi, to staranie się o mieszkanie do remontu wspólnie ze współlokatorką. Że mogłybyśmy udawać parę. Nie żartowała

Epilog

Kiedyś, gdy odebrałam kolejne zaświadczenie od komornika stwierdzające brak jakiejkolwiek wpłaty przez cały rok, zapytałam Dawida, gdzie leży problem. Przecież legalnie pracuje, deklaruje, że kocha dzieci, sam siebie uważa za świetnego ojca. Wyznał, trochę kpiąco, że to z nieudolności i złego zarządzania finansami. Dodał, że się czepiam i po co właściwie dopytuję, skoro dostaję kasę od państwa.

Dawid od jakiegoś czasu jest w związku. Zimą nie chciał przyjechać na święta. Domyśliłam się, o co chodzi. Spodziewa się trzeciego dziecka. Będzie miał kolejnego syna. Olaf to bardzo mocno przeżywa. Praktycznie nie miał ojca, a teraz te okruchy uwagi będzie musiał dzielić z braciszkiem.

Składam pozew o ograniczenie praw rodzicielskich, chcę zmienić dzieciom nazwisko. Cały czas są ze mną, a mamy inne nazwiska. To rodzi komplikacje, mogę mieć problemy w poruszaniu się z nimi za granicą. Na początku zaproponowałam Dawidowi dopisanie mojego. Nie zgodził się. Nie wiem, czym spowodowana jest jego postawa. Czy to zemsta? Chciałabym to usłyszeć.

Stan długu Dawida wobec państwa w sierpniu 2016 r. wynosił około 50 tys. zł. Wobec dzieci zalega ze spłatą około 10 tys. (to różnica 200 zł między zasądzoną kwotą alimentów a tą wypłacaną przez MOPS).

Wiem, że w Niemczech i wielu innych krajach zachodnich niemal od ręki dostalibyśmy mieszkanie o całkiem wysokim standardzie, mielibyśmy zapewnione wsparcie w zamian za chęć stałego pobytu, a kurs językowy również byłby za darmo. Coraz częściej rozważam tę opcję.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
brak slow na to wszystko, biedne matki, biedni ojcowie...
już oceniałe(a)ś
0
1