Dr Tatarkiewicz i prof. Turski: Podajemy efektowne hasło dla ekologów: pod samą Warszawą mamy 5,4 miliona ton uranu!
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chyba najpowszechniejszym tematem we wszystkich środkach masowego przekazu na całym świecie jest ochrona naturalnego środowiska człowieka. Prasa, radio i telewizja pełne są wystąpień ludzi, którzy z zaangażowaniem występują w obronie czystej wody, świeżego powietrza i zdrowej żywności. Sprawy są naprawdę poważne. Zagrożenie przyrody jest tuż za miedzą.

Nieprzypadkowo użyliśmy słowa „przyroda", a nie tak modnego określenia „naturalne środowisko człowieka". Pojęcie „naturalne" nie zostało bowiem zdefiniowane i dlatego jest puste. Od momentu, gdy nasz protoplasta stwierdził, że kamieniem świetnie można nie tylko rozbić orzech kokosowy, ale i głowę pobratymca, że ogień może służyć nie tylko do upieczenia mięsa, lecz także do spalenia siedziby wrogiego szczepu – odtąd życie przestało być naturalne. Człowiek ciągle zmieniał otaczające go środowisko. Wszyscy żyjemy od dawna w środowisku będącym dziełem rąk ludzkich.

Nie jest prawdą, że dzieło to jest całkowicie złe. Naturalne środowisko Paryża nie wydaje się najzdrowsze, ale jest o niebo lepsze niż podobne środowisko w połowie XVII wieku. Trzeba bowiem zdawać sobie sprawę ze szkodliwości naturalnej emisji amoniaku z odchodów końskich, by zrozumieć, że zanieczyszczenie powietrza w miastach przez środki lokomocji nie jest li tylko produktem dekadenckiej cywilizacji technologicznej końca naszej ery. O ile więc można dość precyzyjnie określić, o co nam chodzi, gdy mówimy o ochronie przyrody, to nie jest zupełnie jasne, co się rozumie pod pojęciem ochrony naturalnego środowiska.

Społeczeństwo – nie tylko nasze, co wynika z ogólnoświatowego uwiądu oświaty – jest autentycznie przerażone rozwojem nauki i technologii, których nie zna i nie rozumie. Próbuje więc stworzyć sobie jej arystotelesowski obraz: „Nic nie zmieniać, wszystko już, co nowe i do życia potrzebne, zostało odkryte".

Dziś, gdy poziom życia wszystkich praktycznie ludzi na świecie, włączając w to nędzarzy w Indiach i Afryce, jest wyższy niż kiedykolwiek, gdy świat doznaje jakościowej rewolucji technologicznej o niespotykanych w przeszłości rozmiarach, obserwujemy jednocześnie niesamowity rozwój pseudonauki i szalbierstwa naukowego. Tak wiec mamy „lekarstwo" z torfu, będące panaceum na nowotwory, pigułki dolomitowe, które poprawiają ogólny stan zdrowia społeczeństwa, kocioł parowy, który odwraca wzrost entropii, oraz genialne turbinki zwiększające sprawność archaicznych silników samochodowych. Złowróżbną rolę odgrywają środki masowego przekazu. Wyzbyte elementarnej uczciwości intelektualnej, gotowe są propagować i reklamować każdy bezsens i każdą brednię w imię złotego cielca.

Uważamy za obowiązek ludzi nauki publiczne zabieranie głosu w dyskusjach, jak ta o „kryzysie cywilizacyjnym". Społeczeństwu należy się bowiem od nas prawda, którą potem wykorzysta ono, jak zechce. Chcielibyśmy, by nasz głos wywołał poważną, nie zaś histeryczną, dyskusję nad problemami energetyki i kierunku jej rozwoju w Polsce.

Być może w wyniku takiej dyskusji dojdziemy do wniosku, że należy wrócić do spania w kożuchu na piecu. Być może jednak konkluzja będzie inna: można i trzeba dokonać daleko idących zmian naszego życia gospodarczego, technicznego i społecznego, by zimą zaś móc nie tylko spać pod jedną kołdrą, ale (o horrendum!) popływać w basenie z ciepłą wodą.

Zagrożenie otaczającej nas przyrody jest rzeczywistością. Nie jest ono jednak wynikiem niewłaściwego rozwoju technologii czy też nauki. Jest skutkiem od lat niewłaściwie prowadzonej polityki ekonomicznej w wielu państwach świata. Jest także rezultatem zbyt powolnego przekształcania ekonomii światowej z typowo XIX-wiecznej, opartej na przemyśle dziś zwanym ciężkim na tę nowoczesną, wykorzystującą ostatnie osiągnięcia nauki.

Każda produkcja energii prowadzi do śmierci ludzi

Chyba największe emocje i najwięcej cięgów zbiera od ekologów tradycyjny „chłopiec do bicia" – przemysł energetyczny, przede wszystkim ten wykorzystujący energię jądrową. Jest zupełnie przerażające, jak wiele bezsensu i często mówionej nieprawdy znaleźć można w wypowiedziach na temat energetyki jądrowej. Jakimi zaś nonsensami podszyte są zachwyty nad energetyką zastępczą, tą opartą na wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii!

Dyskusja o energii oraz jej dostępności jest dyskusją o dalszych losach naszego gatunku i naszej cywilizacji. Oczywiście istnieją inne pojęcia i definicje cywilizacji niż ta, którą mamy na myśli. Nie interesujemy się tu cywilizacją pitekantropów ani też cywilizacją człowieka z Cro-Magnon, lecz cywilizacją końca XX wieku. Moglibyśmy ją scharakteryzować, wymieniając pewne przedmioty. Są to: lodówka, pralka, telefon, książka, radio, telewizor, magnetofon, komputer i samochód. Kolejność nie jest przypadkowa. Lodówka jest kluczem do higienicznego żywienia, pralka do utrzymania czystości osobistej, książka, telefon, radio, telewizor, magnetofon i komputer to przedmioty niezbędne do rozwoju intelektualnego i do komunikacji międzyludzkiej. Samochód wymieniamy na ostatnim miejscu, choć nie uważamy go za „zło". Po prostu elektroniczne środki łączności bardzo szybko ograniczą rozwój krótkodystansowej komunikacji samochodowej związanej z wykonywaniem zawodu.

Wszystkie te urządzenia wymagają znacznie więcej energii niż 2000 kcal na dzień, tj. tyle, ile zawiera pożywienie potrzebne normalnemu człowiekowi. Niestety, produkcja energii każdą ze znanych dziś metod przemysłowych prowadzi do powiększenia ryzyka śmierci lub chorób wszystkich ludzi. Dlatego też nasze rozważania zaczniemy od przedstawienia rachunku ryzyka, czyli od szacowania prawdopodobieństwa śmierci lub choroby na skutek różnych wydarzeń.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, pominąwszy wydarzenia i kryzysy natury politycznej, przeżyliśmy szereg katastrof: lawinę błotną (w Ameryce Południowej), największą w historii katastrofę elektrowni jądrowej (w Europie), gigantyczne zatrucie rzeki (również w Europie), naturalną erupcję gazów trujących (w Afryce), zatonięcie promu oraz rozbicie się samolotu pasażerskiego (Europa). Były to zarówno katastrofy naturalne, jak i będące dziełem człowieka. Każda z naturalnych pociągnęła o wiele więcej ofiar niż spowodowane przez człowieka, niemniej jednak środki przekazu i tzw. opinia publiczna zostały bardziej zbulwersowane Czarnobylem, niedawnym zatruciem Renu, wywróceniem się promu na kanale La Manche i spaleniem się samolotu PLL LOT niż tragediami w Kamerunie i Ekwadorze. W tabeli 1. podajemy wybrane przypadki największych katastrof naturalnych i będących skutkiem działalności człowieka. Aby nie epatować ostatnimi wydarzeniami, ograniczamy się do wypadków sprzed 1980 r.

Ryzyko śmierci? Sięgnijmy do rocznika statystycznego 

Lord Kelvin powiedział, że tylko wtedy można coś zrozumieć, gdy się to potrafi zmierzyć. Wydaje się więc celowe próbować przeprowadzić analizę ilościową takich zjawisk jak ryzyko działalności ludzkiej i korzyści z tej działalności płynące.

Wszelkie zagrożenia, jakie występują w naszym życiu, możemy podzielić na dwie klasy: te, nad którymi mamy pełną kontrolę, tj. godzimy się na nie dobrowolnie i z całą świadomością, oraz te, nad którymi kontroli nie mamy. Do tych ostatnich zaliczamy wszystkie w zasadzie zjawiska naturalne, jak huragany, wyładowania atmosferyczne itp. Trzeba jednak pamiętać, że linia oddziału nie jest ostra. Mieszkając w domu z porządnie wykonanym piorunochronem, zabezpieczamy się w dużej mierze przed piorunami. Typowym zjawiskiem ryzyka „dobrowolnego" jest tak powszechne w naszym kraju opilstwo wódczane. Zagrożeniem niedobrowolnym są zaś pijani motocykliści grasujący po polskich drogach w sobotnie popołudnie.

Aby przybliżyć pojęcie ryzyka i jego analizę ilościową, sięgnijmy do rocznika statystycznego z 1981 roku. Wydarzyło się wtedy w naszym kraju 27 015 wypadków śmiertelnych, przy liczbie ludności 35 578 000. Stąd prawdopodobieństwo poniesienia śmierci przez statystycznego Polaka w wyniku wypadków wynosiło 27 015 / 35 578 000 = 0,00076. Obliczoną wielkość nazwiemy ryzykiem indywidualnym. Tak więc z samego faktu mieszkania w Polsce mamy 8 szans [dokładniej 7,5 – 2022] na 10 tysięcy, że życie nasze zakończy się w ciągu roku wypadkiem.

Oczywiście możemy obliczyć też ryzyko indywidualne nie na rok, ale powiedzmy na godzinę. W roku jest 8760 godzin, stąd ryzyko indywidualne śmierci dla każdego Polaka w ciągu najbliższej godziny wynosi 0,00076 / 8760 = 0,000000087. Mamy więc jedną szansę na około 11 milionów [dokładniej 1 na 11,5 miliona – 2022], że stracimy życie w wypadku w ciągu najbliższej godziny.

Jest to ryzyko niewoluntaryjne – wynika z samego faktu, że żyjemy, i niewiele możemy zrobić, aby je zmienić. Można przenieść się na Mazury i mieszkać tam spokojnie. Zmaleje wtedy istotnie nasze ryzyko indywidualne katastrofy komunikacyjnej, za to zwiększy się ryzyko indywidualne, związane z tym, że możemy sobie uciąć nogę, rąbiąc drzewo, zaś pomoc lekarska nadejdzie z opóźnieniem. Musimy sobie zdawać sprawę, że każda sekunda naszego życia upływa przy zagrożeniu wynikającym z samego faktu życia! Prawdopodobieństwo śmierci każdego człowieka jest równe jeden.

Bardzo ważnym pojęciem jest tzw. ryzyko czasu życia. Otóż przyjmijmy, że żyjemy ok. 70 lat. Jeśli założyć (co jest oczywiście szalonym uproszczeniem), że prawdopodobieństwo wypadku jest takie samo w każdym roku naszego życia, to ryzyko, że zginiemy kiedyś w czasie całego naszego życia, wynosi 70 lat × (ryzyko indywidualne) = 0,053. Mamy więc jedną szansę na 20 [dokładniej 1 na 19 – 2022], że życie nasze zakończy się w wyniku wypadku. Pozostałe 19/20 to szanse śmierci z innych powodów.

Bardziej przemawiające do wyobraźni niż ryzyko czasu życia jest tzw. ryzyko względne, czyli średnia utrata czasu życia pomnożona przez ryzyko czasu życia. Otóż jeśli nadal przyjąć założenie, że w każdym roku życia prawdopodobieństwo wypadku jest takie samo, to średnio na skutek zajścia wypadku śmiertelnego tracimy (70 – 0) / 2 = 35 lat życia. Tak więc ryzyko względne dla wypadków w Polsce wynosi 35 × 0,053 = 1,86 roku [rok i dziewięć miesięcy, dokładniej rok i dziesięć – 2022]. O tyle średnio skracało się życie każdego Polaka anno Domini 1981 z powodu nieszczęśliwych wypadków.

Ryzyko względne na jeden papieros

Wprowadzone powyżej pojęcia zastosujemy do oceny ryzyka wywołanego powszechną i dobrowolną działalnością ludzką, jaką jest palenie papierosów. Oprzemy analizę na danych opublikowanych w informatorze Amerykańskiego Towarzystwa do Walki z Nowotworami (American Cancer Society) z końca lat 70., natomiast dane dotyczące Polski zaczerpniemy z materiałów Polskiego Towarzystwa Przeciwtytoniowego.

Według danych amerykańskich, około 10 proc. populacji pali. W Polsce zwyczaj ten jest bardziej powszechny: według danych PTP, w roku 1980 paliło nałogowo około 9 milionów rodaków (palacz nałogowy to osoba wypalająca około jednej paczki papierosów dziennie). Zgodnie z rocznikiem statystycznym z 1981 zanotowano 13 093 przypadki nowotworu układu oddechowego. Korzystając z danych ACS, szacujemy, że 3/4 tych przypadków związane jest z paleniem. Stąd 9820 przypadków nowotworu płuc jest pochodną palenia papierosów. Ryzyko indywidualne nowotworu płuc wynosi 9820 / 9 000 000 = 0,0011 szans na rok. Jest więc porównywalne z ryzykiem dla wypadków nagłych!

Załóżmy bardzo ostrożnie, że palacz zaczyna palić w wieku 18 lat. Ryzyko czasu życia związane z paleniem wynosi: (70 – 18) × 0,0011 = 0,057 szans [dokładniej 0,065 – 2022] w życiu. Ryzyko względne nowotworów układu oddechowego dla palaczy wynosi więc półtora roku [dokładniej rok i osiem miesięcy – 2022].

Nowotwory układu oddechowego nie są jedynym zagrożeniem wywołanym paleniem. Korzystając z danych PTP, szacujemy ryzyko względne zawału serca i chorób wieńcowych na około dwóch lat. Według danych ACS pełne papierosowe ryzyko względne wynosi 9 lat. W ciągu 52 lat dorosłego życia palacz wypala około 380 000 papierosów. Stąd ryzyko względne na jeden papieros wynosi około 15 minut [dokładniej 12,5 minuty – 2022]. Sądzimy, że w istocie ryzyko jest i tak niedoszacowane! Mamy propozycję: może by zmienić slogan na pudełkach papierosów i zamiast niego umieszczać napis: „Uwaga! Zawartość tego opakowania skraca życie o 5 godzin" [dokładniej o 4 godziny – 2022].

Statystyka ryzyka nie jest tak łatwą zabawą jak to, co przytoczyliśmy powyżej. Ryzyko można oceniać w kategoriach naukowych, nie jest to bowiem pojęcie ulotne lub nieprecyzyjne. To bardzo skomplikowana praca. Jako przykład przytaczamy wzór wyprowadzony przez Lave'a i Seskina (badaczy z uniwersytetu pittsburskiego), dotyczący ryzyka wywołanego przez zanieczyszczenie powietrza (konwencjonalna energetyka, hutnictwo i przemysł szklarski). We wzorze tym DR oznacza liczbę zgonów na 10 000 osób na rok, C jest stężeniem zanieczyszczeń pyłowych (w mikrogramach na metr sześcienny), S jest stężeniem tlenków siarki (również w mikrogramach na metr sześcienny), P jest liczbą ludzi na milę kwadratową, E jest procentem ludności korzystającej z Medicare (w naszej nomenklaturze: emeryci powyżej 65. roku życia), zaś NW to stosunek liczby ludności kolorowej do białej:

DR = 20 + 0,04C + 0,7S + 0,001P + 700E + 40NW

Byłoby ciekawe sprawdzenie, jakie parametry socjologiczne (np. procent ludności napływowej zamiast NW) należy uwzględnić w podobnej analizie, badając np. zagrożenie pyłowe na Śląsku.

89 rad w ciągu 40 lat 

Wbrew pewnym opiniom działalność ludzka nie tylko jest związana z narażeniem nas na nieszczęścia, przynosi także pewne korzyści. Przeprowadzając ocenę ilościową ryzyka związanego z jakąś działalnością, trzeba też badać ilościowe korzyści z działalności tej płynące. Prawdziwym bowiem kryterium oceny naszej działalności powinien być stosunek ryzyka do korzyści.

Musimy zastrzec, że analiza ryzyko – korzyść nie musi od razu prowadzić do odpowiedzi na pytanie, ile jest warte ludzkie życie. Każde indywidualne życie nie ma określonej wartości albo raczej: każdy ma prawo do oceny wartości własnego życia. Uważamy jednak, że można oceniać korzyści wynikające z każdej działalności ludzkiej, nawet tej, która prowadzi do zagrożenia życia.

Co więcej, znajomość odpowiednich wskaźników (jak ryzyko – korzyść), jest niezbędna dla zrozumienia zachodzących zjawisk i do podjęcia odpowiednich decyzji osobistych. Ich wypadkową powinny być świadomie podjęte przez społeczeństwo decyzje makroekonomiczne i makrospołeczne. Niezależnie od poglądów i przekonań musimy przyjąć do wiadomości, że istnieje maksymalna cena, jaką każde społeczeństwo może zapłacić za ratowanie jednostkowego lub zbiorowego życia.

Podobnie oszacować można ryzyko wynikające z niekontrolowanego rozprzestrzeniania się pierwiastków promieniotwórczych. W wielu publikacjach mówi się, że pluton jest najgorszą trucizną znaną ludzkości. Jakie zagrożenie indywidualne niesie „konsumpcja" plutonu generowanego w ciągu roku w elektrowni jądrowej o mocy 1 GW?

Paliwo jądrowe z takiej elektrowni zawiera ok. 60 000 mCi plutonu (uwaga: będziemy posługiwali się „nielegalnymi" jednostkami miar, ponieważ mają ludzki wymiar: jednostka układu SI bekerel, odpowiadająca 1 rozpadowi na sekundę, powoduje, że nawet drobne skażenia liczy się w potwornych liczbach – 1 milicurie (mCi) = 37 000 000 rozpadów / sekundę). Co się stanie, gdy zjemy 1 mCi plutonu? Dawka promieniowania, pochłonięta w wątrobie, wyniesie w ciągu 40 lat 89 rad. Dużo to czy mało?

Otóż nie musimy nikomu dawać plutonu do jedzenia, aby to sprawdzić! Od lat lekarze posługiwali się kontrastem, zawierającym ThO2. Własności radioaktywnego toru są podobne do plutonu, stąd wiemy, że spożycie 1 mCi plutonu daje ryzyko 0,038 nowotworów. Gdyby cały pluton generowany w ciągu roku w elektrowni o mocy 1 GW został spożyty przez ludzi, to mielibyśmy 2300 dodatkowych nowotworów. Liczba ta wskazuje, że znacznie większym zagrożeniem jest opanowanie przez terrorystów paliwa jądrowego i dosypywanie go do wody niż skonstruowanie przez nich prymitywnej bomby atomowej!

270 kg uranu pojawia się na powierzchni Warszawy

Przy okazji trzeba zwrócić uwagę, że volens nolens konsumujemy pierwiastki promieniotwórcze, znajdujące się w sposób naturalny w naszym środowisku. Wyobraźmy sobie powierzchnię centrum m.st. Warszawy (ok. 100 km kw.). Zastanówmy się, ile radioaktywnego uranu znajduje się w warstwie o głębokości do 1 km? Otóż 100 km³ ziemi waży 300 mld ton [pomyłka o jeden rząd wielkości, powinno być 3000 mld ton, zapewne spowodowana ograniczoną liczbą cyfr wyświetlanych przez kalkulator w 1986 roku]. Jedna tona ziemi zawiera średnio 4 g uranu [powinno być 0,18 g uranu na tonę ziemi, gdyż średnio jest 1,8 ppm] – średnio, tzn., że są miejsca, gdzie jest dużo więcej radioaktywności, jak np. przepiękne plaże w stanie Kerala w Indiach, pokryte grubą warstwą piasku torowego, czy też winonośne skały Frankonii. Podajemy teraz efektowne hasło dla ekologów: pod Warszawą mamy 1,2 miliona ton uranu [powinno być – 5,4 miliona ton uranu].

Nawet w warstwie o grubości 1 m jest jeszcze ciągle 1200 ton uranu [powinno być 5400 ton uranu]. Ziemia eroduje z szybkością ok. 0,05 mm/rok – oznacza to, że w ciągu roku tylko z powodu erozji około 60 kg uranu [powinno być 270 kg uranu] pojawia się na powierzchni Warszawy… Jest to zasadnicza składowa tzw. naturalnego tła promieniotwórczego.

Drugą jest promieniowanie kosmiczne. Dysponujemy tylko danymi zachodnioniemieckimi – dawki całkowite, otrzymywane w okresie 30 lat (średni czas między generacjami), wynoszą w zależności od miejsca zamieszkania od 2850 do 6310 mRem. Natomiast średnia dawka „naturalna" wynosi prawie 4 Rem (czyli 4000 mRem) w ciągu 30 lat.

Pozostawiamy Czytelnikom porównanie całkowitej dawki, którą może otrzymać człowiek mieszkający 3 km od elektrowni jądrowej w okresie 30 lat (niespełna 1,2 mRem), z rozrzutem dawek promieniowania „naturalnego" (2800-6300 mRem)! Można też inaczej spojrzeć na to porównanie. Przeniesienie się z okolic elektrowni atomowej gdzieś dalej zwiększy zwykle ryzyko utraty życia w wypadku drogowym (dojazdy do pracy i sklepów). Proste oszacowanie prowadzi do wniosku, że przeprowadzka o 600 metrów spowoduje większy wzrost ryzyka utraty życia w katastrofie drogowej niż spokojne mieszkanie w odległości 3 km od czynnej elektrowni.

Natomiast nie możemy nie skomentować faktu, iż dzięki dużej liczbie elektrowni jądrowych Republika Federalna Niemiec ma około 50-proc. nadwyżkę w produkcji energii elektrycznej – tej zimy nie notowano tam wyłączeń prądu z powodu braku zapasów węgla.

Ginie więcej kierowców ciężarówek niż górników

Ocena wielu dziedzin działalności ludzkiej nie jest prosta. Jak ocenić korzyści wynikające z podróży samolotowych, a tym samym ryzyko korzystania z komunikacji lotniczej? C. Starr, jeden z pionierów takich analiz, posługuje się zyskiem czasu wynikającym z podróży samolotem w stosunku do konwencjonalnego, lądowego przejazdu.

Starr przyjmuje, że wszelką działalność można podzielić na tolerowaną społecznie oraz nietolerowaną, zależnie od tego, czy jej ryzyko indywidualne jest mniejsze czy większe od ryzyka indywidualnego z powodu chorób naturalnych, oznaczonego na rysunku przerywaną linią poziomą. Naszkicowaliśmy przebieg krzywych Starra oceniających ryzyko względem korzyści (strat) dla różnych rodzajów działalności.

Wg Starra można opisać te zależności wzorem R = a·B³, gdzie B oznacza korzyści, R to ryzyko, zaś a jest pewną stałą.

Inną metodą porównywania „korzyści" z różnych rodzajów działalności człowieka jest oszacowanie niebezpieczeństwa wynikające z uprawiania pożytecznych zawodów. W tabeli 2. podajemy typowe zagrożenia śmiercią w tzw. bezpiecznych i niebezpiecznych zawodach. Energetyka jądrowa oraz inne zawody powodujące napromieniowanie ludzi mieszczą się świetnie w „średnim" zakresie zagrożeń. Natomiast praca w górnictwie jest bardzo niebezpieczna [w 2022 r. trzeba dodać równie bardzo niebezpieczny zawód kierowcy ciężarówek – w Polsce ginie średnio 5 razy więcej kierowców ciężarówek niż górników – biorąc pod uwagę, że górników jest ok. 5 razy mniej niż kierowców ciężarówek TIR, oznacza to podobne ryzyko śmierci w obu zawodach].

W kontekście przytoczonych zagrożeń naturalnych i niebezpieczeństw czyhających na człowieka wskutek jego własnej działalności główna teza przedstawia się następująco: każde z czterech ogólnie dostępnych konwencjonalnych źródeł energii (węgiel, ropa naftowa, gaz ziemny i energia wodna) jest niebezpieczniejsze niż energetyka jądrowa. Zilustrujmy tę tezę, przytaczając tabelę 3., szacującą liczbę zgonów przypadających na 1 GWrok produkowanej energii. Zwróćmy tylko uwagę, że 27 zgonów na GWrok oznacza trzy miliardowe [3/1 000 000 000 = 3·10-9 – 2022] zgonów na godzinę używania przeciętnego piecyka elektrycznego.

*Dane z raportu „Theoretical Possibilities and Consequences of Major Accidents in Large Nuclear Plants", US Atomic Energy Commission, 1957. Raport zakłada niekorzystne warunki meteorologiczne i jeden wypadek na 30 lat, prowadzący do 3000 zgonów. W br. [1987] podano, że awaria w Czarnobylu pociągnęła 31 bezpośrednich wypadków śmierci na skutek napromieniowania, oraz oszacowano, że wywoła ona 3000 przypadków nowotworów w ciągu następnych 25 lat [w 2022 szacuje się, że ofiar było pomiędzy 4000 a 150 tys.].

Analizując poszczególne sposoby wytwarzania energii, pominęliśmy całkowicie, budzący rozliczne emocje, problem odpadów związanych z produkcją energii. Zrobiliśmy to rozmyślnie. Każdy może zrobić niedzielną wycieczkę na wysypisko popiołów z elektrowni. Dobrze byłoby, aby wcześniej przypomniał sobie, że węgiel kopalny jest naturalnie radioaktywny [2022: C-14 podlega rozpadowi beta o średniej energii 156 keV i czasie półrozpadu 5730 lat – 1 na 10^12 atomów węgla jest w postaci tego izotopu] i że praktycznie cała radioaktywna część węgla pozostaje w pyłach zebranych na filtrach – reszta ulatuje przez komin. Hałdy stanowią poważne zagrożenie radiologiczne, że nie wspomnimy już o innych niebezpieczeństwach z nimi związanych (niedawno obchodziliśmy smutną rocznicę tragedii w Aberfan w Walii – w 1966 roku w katastrofie obsunięcia się hałdy zginęły tam 144 osoby).

Zagrożenie produktami radioaktywnymi w węglu kopalnym jest zapewne największym zagrożeniem radiologicznym, jakie znamy w tej chwili. Taki np. radioaktywny radon dostaje się do naszych mieszkań między innymi z elementów budowlanych wykonanych z pyłów zebranych w elektrowniach. Radioaktywne ściany są znane w wielu krajach świata, m.in. w Polsce.

Byłoby nieuczciwe pominięcie milczeniem problemu składowania i przeróbki odpadów z elektrowni jądrowych. W istocie to trudny problem. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że ilość tych odpadów (w m³) jest znikoma w porównaniu z ilością odpadów wytwarzanych w elektrowniach konwencjonalnych. Szacuje się, że gdyby całą energię elektryczną potrzebną w Wielkiej Brytanii aż do roku 2000 wytwarzać w reaktorach, to odpady z tychże elektrowni można by składować na jednym boisku do piłki nożnej. Istnieją metody składowania takich odpadów, m.in. w geologicznie stabilnych formacjach, np. soli. Sama natura dowiodła, że takie składowanie jest „bezpieczne": w Gabonie odkryto kilka lat temu (prawdopodobne) pozostałości po naturalnym reaktorze wytworzonym w bardzo bogatych złożach uranu. Reaktor ten „stopił" się, ale nie doprowadziło to do monstrualnych konsekwencji.

Skąd w megamiastach wziąć krowie łajno

Każdy może sam odpowiedzieć na pytanie, jakie rodzaje energetyki należy rozwijać, chcąc zapewnić społeczeństwu bezpieczeństwo. Oczywiście można wzruszyć ramionami: „Przecież ja nie pracuję w kopalni, nie przewożę ropy naftowej, ostrożnie obchodzę się z gazem i nie mieszkam pod zaporą". To prawda, ale ktoś musi fedrować, przewozić, wdychać, mieszkać. Kto zgodzi się być samobójcą w imię wygody innych?

„Ekolodzy" gorąco namawiają do korzystania z tzw. alternatywnych lub odnawialnych źródeł energii: wody, słońca, biogazu. Wyjaśniliśmy już, że energetyka wodna jest równie niebezpieczna jak jądrowa. Natomiast co do energetyki słonecznej, to obecnie przemysłowo produkowane baterie słoneczne z krzemu amorficznego – na świecie produkuje się rocznie takie baterie o łącznej mocy 10 MW [w 2020 r. wyprodukowano baterie o mocy 179 000 MW] – mają sprawność nie lepszą niż 8-9 proc. i trwałość do 10 lat, a cena 1 W mocy zainstalowanej w takich bateriach jest kilka razy wyższa niż cena tej samej mocy uzyskiwanej z innych źródeł energii i wynosi 5 dolarów [w 2022 roku to 3-4 dolary). Ocenia się, że 1 kW·h kosztowałby ok. 3 dolarów przy trwałości baterii 20 lat, lecz dodatkowe oprzyrządowanie (kable, akumulatory itp.) kosztowałoby około 50 dolarów/Wat. Szacuje się, że próg opłacalności mieści się w obszarze poniżej 1 dolara. Ale o tym tzw. ekolodzy nie wiedzą (lub nie chcą wiedzieć).

Znów posłużmy się przykładem RFN, kraju leżącego w podobnej strefie klimatycznej co Polska. Zaspokojenie całości zapotrzebowania energetycznego w roku 2000 wymagałoby pokrycia co najmniej 3 proc. powierzchni kraju bateriami słonecznymi, przy optymistycznym założeniu, że potrafimy produkować masowo baterie słoneczne o sprawności 12 proc. I że będziemy mieli wystarczająco dużo akumulatorów do wytworzonej w dzień energii. Nie wolno zapominać, że produkcja akumulatorów znanych rodzajów jest bardzo szkodliwa (ołów, kadm; produkcja kadmu na szeroką skalę doprowadzić musi do znacznego zwiększenia liczby zachorowań na nowotwór prostaty, co oczywiście jest mniej interesujące dla wojujących zielonych feministek). Budowa elektrowni szczytowo-pompowych pociągnęłaby za sobą podobne ryzyko jak przy energetyce wodnej.

Nie wspominaliśmy o energetyce wiatrowej, choć ma długą i ciekawą historię. Niestety, nawet stosowanie najnowszych technologii nie pozwala na pełną dyspozycyjność tego rodzaju elektrowni. W krajach takich jak Holandia można liczyć na stałe wiatry, ale już w Polsce elektrownie wiatrowe mogą być tylko uzupełnieniem innych rodzajów energii – może to być pompa wodna zasilająca zbiornik gospodarstwa rolnego w chwilach, gdy wieje wiatr. Trudno sobie jednak wyobrazić postawienie wiatraków w miastach. Koszt budowy linii przesyłowych praktycznie wyklucza stosowanie tego rodzaju energii daleko poza miejscem wytwarzania. Ze względów technicznych stawianie wiatraków na dachach wieżowców nie wydaje się rozwiązaniem praktycznym. Kolejna „alternatywa" okazuje się pozorem, w każdym razie w naszej rzeczywistości technicznej. Co innego w krajach, gdzie większość obywateli zamieszkuje domki jednorodzinne.

Fakt, że świat ciągle jeszcze 90 proc. energii uzyskuje z paliw kopalnych (ropa naftowa, gaz ziemny i węgiel), tylko 6 proc. z wody, 3 proc. z energii jądrowej, zaś 1 proc. z innych źródeł (to są właśnie te polecane źródła „alternatywne"!), najlepiej świadczy o tym, że tak naprawdę nie mamy żadnej alternatywy. [W 2022 r. całkowite zużycie energii na świecie miało następujące proporcje: 33,1 proc. ropa naftowa, 27 węgiel, 24,2 gaz ziemny – czyli 84,3 proc. z paliw kopalnych – 6,4 proc. energia wodna, 4,3 energia jądrowa, 2,2 energia wiatru, 1,1 energia słoneczna, 0,7 biopaliwa, 0,9 inne źródła odnawialne].

Gdy skończą się źródła kopalne, pozostanie energia wodna i jądrowa. Palenie krowim łajnem lub biogazem będzie dostępne tylko dla najbardziej zacofanych krajów świata (no bo skąd w megamiastach wziąć odpowiednią biomasę i gdzie ją trzymać). Dlatego też we Francji już prawie 50 proc. energii elektrycznej jest produkowane w elektrowniach jądrowych [2022 – ok. 70 proc.]. Inne kraje rozwinięte szybkimi krokami zbliżają się do tego wyniku.

Elektrownia nie dla Janusza biznesu

Kończąc rozważania o prawdziwych i urojonych zagrożeniach cywilizacyjnych, chcemy zauważyć, że nie zajmowaliśmy się analizą największego niebezpieczeństwa, jakim jest ludzka głupota, stopień jej jest bowiem trudny do oszacowania. Stąd katastrofy typu Czarnobyla zawsze będą się wydarzały. Nawet najlepsza technika nic nie pomoże. Natomiast pomóc może wychowanie społeczeństw w duchu rozumienia trudności wyborów oraz skutków, jakie wszelkie wybory niosą ze sobą.

Atomistyka nie jest niebezpieczniejsza niż inne rodzaje działalności ludzkiej prowadzące do wytworzenia energii elektrycznej. Tylko od obecnego pokolenia zależy, czy jako społeczeństwo dorośniemy do budowy elektrowni atomowych. Dotychczasowe doświadczenia z prac w Żarnowcu oraz dyskusje ekologiczne wskazywałyby raczej na kolejny słomiany ogień.

Wypowiadamy się tu jako zwolennicy energetyki jądrowej, ale nie jako zwolennicy bezkrytyczni. Zdajemy sobie sprawę z tego, że proponujemy zaangażowanie się naszego kraju w działalność wykraczającą poza wymiar jakichkolwiek operacji technologicznych przeprowadzanych kiedykolwiek w Polsce.

Technologie nuklearne wymagają bowiem zupełnie innych metod zarządzania, kontroli i wreszcie zwyczajnej pracy niż cała nienuklearna sfera produkcyjna. W przemyśle i technologii jądrowej nie ma miejsca dla pana Józia [2022 – Janusza biznesu], który świetnie wie, że śruby nie można dociągnąć, bo trzaśnie uszczelka zrobiona z tektury, gdyż na pobliskiej budowie domków jednorodzinnych właśnie zabrakło uszczelek do kranów. Prosimy pamiętać, że elektrownia jądrowa to gigantyczna konstrukcja hydrauliczna.

Od dawna obserwujemy podejmowane przez kolejne ekipy administracji państwowej próby unowocześnienia naszej technologicznej rzeczywistości. Takim elementem unowocześniającym miał być przemysł samochodowy. Dobrze wiadomo, co z tego wynikło, chyba dlatego, że nie zadbano o wykształcenie twórczej kadry przemysłu samochodowego, a także o to, by w przemyśle tym działały normalne reguły i prawa.

Aby budowa przemysłu nuklearnego nie była powtórzeniem procesu motoryzowania Polski, powinniśmy już dziś zadbać o kształcenie dlań kadry. Powinniśmy też zadbać o stworzenie sprawnego aparatu kontrolującego przemysł elektrowni jądrowych. Aparat taki, jak wykazała awaria w Czarnobylu, musi być na najwyższym poziomie naukowym, moralnym (aby mieć odwagę krytykować decydentów nie tylko najwyższych, gdy podejmować będą bezsensowne decyzje), no i być niezależnym od konstruktorów i użytkowników urządzeń jądrowych. Jest bowiem społecznie nie do przyjęcia, by ci sami ludzie budowali elektrownię w Żarnowcu, potem zaś podpisywali licencję na jej uruchamianie.

Jeżeli program budowy elektrowni jądrowych w Polsce ma być szansą na unowocześnienie naszej technologii, to już dziś powinniśmy zadbać o to, aby młodzi fizycy, inżynierowie, chemicy i biolodzy, a także lekarze wyjeżdżali do ośrodków jądrowych na całym świecie i kształcili się, kształcili i jeszcze raz kształcili!

Dr Jan Jakub Tatarkiewicz – adiunkt w Instytucie Fizyki PAN w Warszawie

Prof. dr hab. Łukasz A. Turski – pracuje w Zakładzie Fizyki Teoretycznej Pan w Warszawie, przewodniczący rady programowej Centrum Nauki Kopernik i jeden z jego pomysłodawców

Tekst ukazał się w 1987 r. w „Przeglądzie Tygodniowym" pod tytułem „Strachy na Lachy".

Niedokończona budowa głównego budynku Elektrowni Jądrowej Żarnowiec
Niedokończona budowa głównego budynku Elektrowni Jądrowej Żarnowiec  wikipedia / Michał Kotas

Czy dożyję polskiego atomu

Kilka tygodni temu przeglądałem album ze zdjęciami rodzinnymi. Jedna z fotografii podpisana była ręką mego nieżyjącego już ojca: „Ja z prof. Mauro Picone i rektorem Turskim, Pałac Staszyca, IX 1954, VIII Zjazd Matematyków Polskich". Tak się składa, że 33 lata później napisałem z Łukaszem Turskim, synem owego rektora, artykuł popularyzujący energetykę jądrową. Dzięki uprzejmości Jerzego Domańskiego, naczelnego „Przeglądu", który to tygodnik jest kontynuatorem „Przeglądu Tygodniowego", udało się pozyskać skany pożółkłych stron. Przepisałem tekst, którego wersja komputerowa dawno zaginęła w czasie licznych przeprowadzek i postanowiłem się nim podzielić, bo dziś nabrał nowej wymowy. Problem energii stał się obecnie dosłownie palący, nie tylko w Polsce, ale także w Niemczech.

Artykuł napisaliśmy w niecały rok po katastrofie w Czarnobylu w 1986 r., aby dać odpór pseudonaukowym głosom, które zdominowały dyskurs publiczny, i zachęcić społeczeństwo, a przede wszystkim władze, do budowania elektrowni jądrowych w Polsce.

Prace nad pierwszą taką elektrownią zaczęły się już w sierpniu 1971 r. – czyli niemal zaraz po objęciu władzy przez Gierka – od rządowej decyzji ekipy. Dziesięć lat później kolejna ekipa (stanu wojennego) podjęła uchwałę o budowie elektrowni w Żarnowcu. Tempo zaiście imponujące!

Po wyborach 1990 roku, po licznych protestach i dyskusjach publicznych, także w TVP (żenujące spektakle, w których przedstawiciele górniczych związków zawodowych niszczyli zwolenników energetyki jądrowej – jeszcze nie palili opon i nie rzucali mutrami, ale już głośno krzyczeli), rząd Tadeusza Mazowieckiego 17 grudnia 1990 podjął decyzję o postawieniu Elektrowni Jądrowej Żarnowiec w Budowie w stan likwidacji.

Przez następne kilkanaście lat tematu nie było, Polska węglem stała i stać miała na wieki. Katastrofa, bynajmniej nie jądrowa, w Fukushimie w marcu 2011 r. odnowiła zainteresowanie tematem. Choć opinia publiczna w głosowaniu telefonicznym uznała 2/3 głosów, że elektrownie jądrowe należy budować, dziś w Polsce ciągle nie ma ani jednej. Co prawda Zieloni nieco przycichli, bo wykończenie przemysłu energetyki jądrowej w Niemczech dziwnie pachnie sabotażem sponsorowanym wiadomo przez kogo.

Mam nadzieję, że lektura artykułu sprzed 35 lat sprowokuje dyskusję o tym, czego naprawdę Polacy boją się w roku 2022.

Jakub Tatarkiewicz

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Roman Imielski poleca
Czytaj teraz

Przydatne linki

Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Wspomina się pod koniec artykułu protesty (także uliczne) przeciwko budowie elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Do dzisiaj pamiętam taką scenkę: reporter/ka TV pyta jednego z protestujących młodzieńców (dredy, widzę to jeszcze, naprawdę) dlaczego protestuje? I odpowiedź - bo miałem iluminację, która przekonała mnie, że to jest samo zło!
    A kilka lat temu na Nowym Świecie w proteście przeciwko GMO brała udział Doda. Zapytana dlaczego protestuje odpowiedziała szczerze, że nie wie co to jest to GMO, ale jest przeciwna.
    No i świeża sprawa, protesty antyszczepionkowców.

    Przypomina mi to powiedzenie Churchilla (zwolennika demokracji, żeby nie było wątpliwości), że wystarczy 5 minut rozmowy z przeciętnym wyborcą by stracić wiarę w demokrację.
    Gdzie upatrywać optymizmu w rozwiązywaniu problemów społecznych i politycznych?
    @rjbb
    W rzetelnym informowaniu i kształceniu społeczeństwa zamiast propagowania "nauki kościoła" i innych podobnych rojeń.
    już oceniałe(a)ś
    10
    0
    @WJW
    problem w tym, ze ogol polskiego spoleczenstwa nauke i ksztalcenie traktuje jak zlo konieczne, opresje ze strony rodzicow i systemu, ogol spoleczenstwa najchetniej siedzi przed tv lub grilluje, a nie uczy sie i pracuje

    ci co chca sie rzetelnie uczyc i uczciwie pracowac to mniejszosc, wiekszosci sie wszystko nalezy za samo istnienie, ewentualnie za dobre checi - a nie za prace przy nauce lub pozniej w zawodzie

    sugeruje kilka przejazdow komunikacja miejska w godzinach, gdzie jezdzi "przyszlosc narodu" - czyli młodzież szkół srednich i wyzszych - sluchajac ich wypowiedzi to strach sie bac jak mowil klasyk...

    a efekty edukacji i poziom maturzystów pieknie widac w YT serii "matura to bzdura" gdzie zadaja trywialne w wiekszosci pytania maturzystom z danego roku - poziom odpowiedzi budzi groze...
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Zaskakująco aktualny.
    już oceniałe(a)ś
    51
    4
    wszystko prawda, tylko te ekofeministki niepotrzebne... jestem feministka, zrobilam studia podyplomowe zrozwoju zrównowazonego i zajmowalam sie sprawami bezpieczenstwa (SAR) w elektroni jadrowej!
    @szwedzkim-okiem
    Przepraszam, tekst napisaliśmy 35 lat temu...
    już oceniałe(a)ś
    19
    0
    @szwedzkim-okiem
    Maturę z fizyki oczywiście pani posiada? Jeśli nie, to była pani w tej elektrowni kwiatkiem do kożucha. Dyplom z kierunku, którego nazwa może mówić wszystko nie jest wart zbyt dużo.
    już oceniałe(a)ś
    6
    23
    @devin
    Naprawde? Widac, ze wedlug ciebie kazdy w elektrowni atomowej musi miec techniczne wyksztalcenie. Otoz nie. Pracowalem w 4 elektrowniach atomowych przez 41 lat (jestem na emeryturze prawie 2 lata). Matura z fizyki, to tak wazna jak obserwacja matki, ktora piecze chleb ... by zostac piekarzem. Skonczylem studia techniczne w Polsce i pracujac w swoim zawodzie radzilem sobie doskonale. W zaleznosci w jakim wydziale pracujesz, na pewnych pozycjach zawodowych zwiazanych z operacja reaktora, trzeba przejsc bardzo intensywny kurs 1-2 lat, w ktory wchodzi fizyka jadrowa, praca reaktora, znajomosc wszystkich systemow w elektrowni: od reaktora do chlodzenia skraplacza pary wychodzacej z turbiny. Jestem pewny, ze powyzsza pani pracujac np. w kontroli jakosci zapewniajac by jakiekolwiek zmiany fizyczne w elektrowni byly wedlug przepisow lub wymagan technicznych posiadala odpowiednie kursy by taka prace wykonywac. Nie wiem jaka prace wykonywala, ale z praktyki znam sie na tych sprawach dosc dobrze.
    już oceniałe(a)ś
    19
    1
    @pismobeach1989
    Napisałem coś o technicznym wykształceniu? No nie. Napisałem o maturze z fizyki. Jeśli ktoś pisze o podyplomówce pod tytułem "zrównoważony rozwój" to prawie bankowo wcześniej skończył jakąś politologię. Nikt z mocnymi papierami po politechnice czy ścisłym kierunku uniwersyteckim nie bawi się strata czasu na takie coś, ewentualnie robi dodatkowe specjalizacje w swoim kierunku.
    już oceniałe(a)ś
    6
    15
    @devin
    Twoj komentarz mial charakter ponizajacy. Co chcialem powiedziec to to, ze mozna miec rozne wyksztalcenia i pracowac w elektrowni atomowej. Znam wielu, ktorzy pracowali na odpowiedzialnych stanowiskach i mieli dyplomy od ekonomii do psychologii. Dlaczego? Bo tylko pozycje scisle techniczne wymagaja odpowiedniego dyplomu, a rozne inne pozycje - nie. Scisle technicznych pozycji jest tylko ze 150 a reszta (okolo 1350 w mojej elektrowni) to ludzie pracujacy w rozych wydzialach: od kontroli jakosci do zakupu czesci). Ja mialem mature z fizyki i matematyki ale dopiero po letnim kursie na operatora reaktora, dowiedzialem sie jak malo znalem sie na fizyce jadrowej.
    już oceniałe(a)ś
    14
    2
    @szwedzkim-okiem
    W Ringhals czy Forsmark?
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @pismobeach1989
    Pani w kadrach tej elektrowni nie musi mieć wykształcenia technicznego, fakt. Ale ta pani nie ma większego pojęcia o energetyce jądrowej. Tak samo pan, który jest tam stróżem nocnym. Jeśli w Polsce będzie problem z kadrą do takiej elektrowni to nie będzie to problem z wyżej wymienionymi.
    już oceniałe(a)ś
    2
    10
    @pismobeach1989
    Witaj. Zapomniałeś napisać, że wykształcono cię w PRL-u i nie miałeś z zachodnią technologią żadnych problemów. Jest nas wielu, na emeryturze też i z podziwem czytamy o wiedzy współczesnych Polaków, choć przyznać należy że Polska obecnie jest naprawdę piękna.
    już oceniałe(a)ś
    4
    3
    @pismobeach1989
    Wyjaśnij nam jak na przykład socjolog ma kontrolować jakość procesów w jakiejkolwiek elektrowni.
    już oceniałe(a)ś
    3
    7
    @devin
    pracowalem na jadrowce, zapewniam cie ze nie mam matury z fizyki i jakos byli zadowoleni
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @devin
    Mam jedno pytanie fiutku - do mężczyzny też byś się tak dopie...ł? Jakoś wątpię. Jakie są twoje kompetencje w tym zakresie, skoro palisz tylko kaloszami w kozie?
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    Minister nauki w pisPolsce mysli glownie o seksie a w przerwach zaleca studiowanie dziel PanaJawla......
    już oceniałe(a)ś
    31
    0
    Sama prawda, doskonale pamiętam dyskusję w tamtych lat i idiotyczną decyzję rządu Mazowieckiego. No, cóż. Ja już tej elektrowni jądrowej w Polsce nie dożyję... :-(
    już oceniałe(a)ś
    26
    2
    Momencik.
    1. Metabolizm kontrastu nie musi być wcale taki sam, jak metabolizm np. paliwa jądrowego. Nie jest wcale powiedziane, że cząsteczki substancji radioaktywnej zakumulują się w wątrobie. Mogą sobie dość swobodnie wędrować po organiźmie, jak np. ołów. Tor z resztą osadza się głównie w śledzionie, nie wątrobie, ale też mózgu, kościach i płucach.
    2. Maksymlana bezpieczna dawka roczna dla pracowników przemysłu jądrowego to 25mSv rocznie (czyli właśnie ze 2 rad), ale "na całe ciało", względnie tylko na skórę całego ciała. Przyjęcie takiej dawki na znacznie mniejszą wątrobę - lub na nerkę, fragment kości etc - drastycznie podnosi ekwiwalent biloogiczny (50-100 razy?) i przesuwa nas w kierunku znacznie większego prawdopodobieństwa nowotworu (oczywiście nie liniowo, a o ile, to bardzo ciężko stwierdzić).
    3. Chciałbym też zrozumieć, na jakie badania powołują się autorzy artykułu, bo np. badana kontrastu Thorotrast (Y Ishikawa 1, I Wada, M Fukumoto, 2001) wskazują na znacznie wyższe prawdopodobieństwo wystąpienia nowotworu wątroby na skutek opóźnionych mutacji - do 20% pacjentów, którym wstrzyknięto Thororast rozwinęło nowotwory wątroby i śledziony. I z tego powodu nie używa się kontrastu opartego na torze co najmniej od połowy lat '50.
    4. Aktywność zużytego paliwa jądrowego po jednym roku z reaktora o mocy 3000 MW (termalnej) to nie jest 60 000 mCi, tylko 300 000 000 Ci... (sześć rzędów wielkości więcej). Aktywności rzędu tysięcy mCi to mają surowe rudy uranowe, a nie paliwo jądrowe...

    Żeby nie było - jestem gorącym entuzjastą energetyki jądrowej. Ale brak precyzji w tej kwestii jest bardzo niebezpieczny dla dyskusji. Obawiam się, że autorzy niestety "podłożyli się"...
    @zawrat99
    No, dobra, jak wyszedłem ze wstępnego osłupienia, to czytałem dalej i doszedłem do informacji, że artykuł jest z wczesnych lat osiemdziesiątych.
    Ale, Redakcjo, to powinno być opatrzone komentarzem, bo względem dzisiejszego poziomu wiedzy tu są spore błędy. Ogólny przekaz jest oczywiście wartościowy, ale przydałby się "współczesny" komentarz lub jakieś skróty.
    już oceniałe(a)ś
    23
    1
    @zawrat99
    Ad 4 - w artykule napisaliśmy: "Paliwo jądrowe z takiej elektrowni zawiera ok. 60 000 mCi plutonu", czyli nie odnosiliśmy się do aktywności całego zużytego paliwa, a tylko do aktywności plutonu, bo dalej rozważaliśmy trujące własności tego pierwiastka...
    już oceniałe(a)ś
    8
    0
    @qttrkwcz
    w temacie mC plutonu zgoda, w temacie analizy zagrożenia OK,
    ale cały artykuł średnio z minusem (szkoda).
    już oceniałe(a)ś
    1
    3
    @qttrkwcz
    Tak zrozumiałem, ale z punktu widzenia analizy potencjalnego wpływu paliwa jądrowego na środowisko taki przykład prowadzi na manowce. Tak znikoma aktywność z masy rdzenia prowadzi do wniosku, że raczej mówimy o paliwie opartym na uranie - plutonu jest w takim paliwie jak na lekarstwo. Równie dobrze można by analizować, dajmy na to, zawartość kadmu w węglu kamiennym i tym samym dowodzić, że masowe spalanie węgla jest całkowicie bezpieczne dla ludzi.
    już oceniałe(a)ś
    4
    0
    Myślę, że dzisiejsi niewstający z kolan liderzy naszego tekturowego mocarstwa, są na takim intelektualnym dnie, że nie byliby w stanie przyswoić sobie treści tego wyśmienitego tekstu.
    @Arcybisklop
    Tekst jest rzeczywiście ciekawy, ale jest tendencyjny. Co ani nie dziwi, ani nie jest jego szczególną wadą. Prezentuje poprostu punkt widzenia fizyków zaprezentowany bardzo profesjonalnie.
    już oceniałe(a)ś
    6
    6
    @Arcybisklop
    W rzeczy samej, niestety.
    już oceniałe(a)ś
    3
    2
    dziadekzbielan: Do zwykłego matoła protestującego przeciwko elektrowniom jądrowym to nie dotrze.
    @babciazbielan
    Dyskusja merytoryczna w ogóle nie ma sensu. Ludźmi kierują emocje. Każda agitka, każda kampania wyborcza to 100% emocji i 0% merytoryki. Dlaczego tak jest. Bo do dyskusji merytorycznej trzeba mieć wiedzę. A emocje mamy wszyscy od chwili narodzin. Smutne, ale prawdziwe.
    już oceniałe(a)ś
    11
    0