Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiele, wiele lat temu z Warszawy na Białystok jechało się strategiczną, dwupasmową (plus pobocza) drogą ekspresową. Strategiczność polegała na spowalnianiu ruchu aut i ewentualnych wojsk na wszelkie sposoby, od dziur po objazdy, zaś jej ekspresowość to żarcik taki był. Ciekawe, że zawsze szybciej jechało się do Warszawy z Białegostoku niż na odwrót. Nie idzie mi o czas wymierzony ze stoperem w dłoni, lecz o dystans pokonywany w głowie. Po prostu na Zachód bliżej i łatwiej niż na Wschód, skądinąd historia daje wiele na to przykładów. Ile razy Niemcy zdobyli Moskwę? Zero. A Rosjanie Berlin? Raz.

Zatem szmat czasu i kilometrów temu, za Białymstokiem, gdzieś między Waliłami, Słuczanką a Gródkiem, mój wuj Leon Tarasewicz opowiedział taki dowcip:

Jaśniepan skazał białoruskiego chłopa na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano. Minął pierwszy dzień, chłop wisi i żyje. Minął drugi dzień, nadal wisi i nadal żyje. Minął trzeci i nic się nie zmieniło. Jaśniepan zechciał zaspokoić własną ciekawość i zapytał wisielca: „Jak to możliwe, że trzeci dzień wisisz z pętlą na szyi i nie konasz?". „Ja prywyk". Przywykł.

Dowcip rozumieją Białorusini i te nacje, które walec dziejowy młócił i młóci. Rozumieją również Polacy, jedni na gorzko, inni na opak. Na opak to brzmi tak: śmieszne, że głupi chłop białoruski nawet śmierć musiał spierdolić. W takim odczuwaniu pomaga na pewno wielowiekowa pogarda do mniejszych narodów po naszej wschodniej stronie granicy oraz strach przed tym wielkim i złym Wańką z Atomówką.

Pamiętajmy przy tym, że do jednego wora wrzucaliśmy zwykle wszystkich użytkowników cyrylicy – bez wyjątku byli ruskimi. Ponieważ tego prawdziwego, źródłowego ruskiego nie sposób upokorzyć, przywalało się temu słabszemu. I tak rusek dostał, na co zasłużył, a że nie ten? A kto ich tam odróżni, wsiarawno.

Kły mojej katechetki

Pamiętam z lat szkolnych – przypadło to na czas wprowadzania religii do szkół – że „gorszość" prawosławnych (czytaj: ruskich) miała się świetnie w moim przetrąconym wojną mieście Białystok. Na religię prawosławną chodziłem przez pół roku po tym, gdy mnie wyrzucono z katolickiej. Na katolicką trzeba było dojść do parafii św. Rocha (część cegieł ze zburzonego soboru, o czym za chwilę). Poszedłem z prawie całą klasą. Okazało się, po szybkim wywiadzie przeprowadzonym przez mężczyznę w czarnej szacie, że się nie kwalifikuję. Coś nie tak z obrzędami w papierach. Rodzice mogliby temu zaradzić, gdyby podjęli stosowne kroki (zapytałem, nie chcieli). A póki ich nie podjęli – nie dla mnie kolorowe obrazki z Jezuskiem, rodziną świętą i kompanią świętych bez rodziny. Trudno, postanowiłem wycinać analogiczne obrazki z „Bravo Girl!".

I wtedy w moim życiu pojawiła się prawosławna katechetka. Gadało się, że w połowie jest wilkołakiem. Zrozumiałem, gdy na pierwszych zajęciach otworzyła usta: dolny i górny kieł po jednej stronie. Bardzo wystawały, acz mówiła po ludzku. Niektórzy plotkowali, że podczas pełni brała chorobowe.

Z dzisiejszej perspektywy ciekawe mogą wydawać się reakcje moich współwięźniów z klasy. A klasy były wtedy raczej liczne, około trzydzieściorga małych dusz, z czego zaledwie cztery czy pięć przypadło półwilkołaczycy.

Oczywiście półwilkołaczyca była znacznie bardziej interesująca niż mężczyzna w sukience. Moda na drag queen jeszcze nie dotarła na prowincję, chociaż z dzisiejszej wielkomiejskiej perspektywy nasze stroje już były hipsterskie (nie wyrzucajcie tureckich swetrów i kreszowych dresów!).

Pani katechetka półwilkołaczyca okazała się niezwykle miła, niczego nie wymagała, jej Bóg chciał od nas tyle, co nic. Żebyśmy nie byli paskudami. W ogóle w odróżnieniu od Boga moich katolickich przyjaciół nie wywoływał silnego poczucia winy i wstydu, nie interesował się masturbacją ani seksem, nie wymieniał grzechów na dziesięć zdrowasiek. Prawosławny Bóg, jak chyba każdy Bóg mniejszości, musiał wykazać się sporą dozą sprytu i pobłażania, inaczej jego wierni przepadliby w katolicko-polskim etnosie.

Równocześnie tenże Bóg doświadczał swoich wyznawców za pomocą biedy, wojen i perspektyw zamkniętych w granicach wsi. Ciasna, złocona, dobroduszna na pozór, okrutna w głębi Bozia.

Dopiero kiedy ta cerkiewna Bozia stawała się hegemonem – na przykład na Ukrainie czy w Grecji – paskudniała i obracała się ku dobrom doczesnym niczym u nas Bozia katolicka.

Gdy współwięźniowie pytali nas, jak przebiega prawosławna katecheza, opowiadaliśmy niestworzone rzeczy. O maszynce do wykrywania żydowskich niemowlaków, o specjalnych modlitwach przeciwko niekomunistom, o obrzędach przejścia, zakopanych skarbach i że prosfora leczy z anginy, a w cerkwi jemy kartofle. Podobało się i nie byliśmy bici. Ba! Wręcz nam zazdroszczono, rzecz jasna równocześnie trochę nami pogardzając.

Ta dziwaczna akceptacja została instytucjonalnie wymuszona przez wprowadzenie religii do szkół. Wtedy okazywało się, że klasa dzieli się na podklasy. Mniejszość prawosławna z panią półwilkołak zdołała uniknąć bezpośrednich szykan, w dużej mierze dlatego, że wykorzystaliśmy i podkręcaliśmy stereotyp „ciemnego, prawosławnego". Czuliśmy, że zależy nam na przejściu przez szkolną codzienność bez dodatkowych siniaków. I tak byliśmy „inni". Równocześnie swoi i obcy.

Powtarzam plotkę

Właściwie nie dałoby się mówić o bezpośredniej dyskryminacji. Większość – nagle wyraziście wytworzona wskutek wprowadzenia religii do szkół – nie gnębiła mniejszości. Mniejszość miała w rękawie półwilkołaczycę. Po stronie mniejszości była też kadra wychowana na komunistycznych czytankach. Czy Ala miała kota, nie wiadomo. Wiadomo, że nauczycielom nie mieściło się wtedy w głowie, aby coś takiego jak religia mogło wpłynąć na dynamikę wewnątrzklasową.

Ale  – uwaga! – kluły się już arcypolskie kukły w ciele pedagogicznym, niedługo miały pęknąć im jaja, a z nich – wychynąć tasiemce polskości.

Powtarzam plotkę.

Pewna dyrektorka ulubiła sobie pewnego proboszcza bardziej niż syna, małżonka i Jezusa. Po prostu lubiła go jak róża rosę. Proboszcza zesłano popod Białystok. Dyrektorka wychodziła w popodbiałostockiej kurii zgodę na uczynienie proboszcza duszpasterzem młodzieży. W efekcie młodzież zapieprzała autobusami na popodbiałostockie msze święte w ich, młodzieży, intencji. W sumie można to złożyć na karb lokalnego kolorytu.

To, co złe i stygmatyzujące, przesączało się przez dzieci od ich własnych rodziców, z tych zasłyszanych rozmów w domu i poczucia wyższości, ale nie przez szkołę, czyli inaczej niż teraz. Rodzice, zwłaszcza po uwolnieniu gospodarki, wiedzieli najlepiej, kto zasłużył na lepsze miejsca, a te lepsze miejsca zwolniły się wraz z odejściem komunizmu.

Po pierwsze, należało wyznaczyć kanon „godnych". Byli to bez wyjątku Polacy katolicy. Nawet jeśli prywatnie wierzyli w Belzebuba i przemoc domową, dopóki publicznie preferowali niepokalanie poczętego Chrystusa i żegnali się w odpowiednim kierunku (prawosławni złośliwie jakby w lustrze), uchodziło im na sucho.

Po drugie, ochłapy należało rzucać konkurencji. Pozornie dowartościowano białoruskość: szkoły z językiem białoruskim, rozmaita drobnica aktywności kulturalnej, prasa i koncerty, i tak dalej – plankton wielokulturowości i grantów.

Spychało się mniejszości na wykrojone dla nich miejsce. Często ogrzane i opłacone – a bywało, że tutejszym gorzej się wisiało.

Co psychopata zrobiłby z dżdżownicy

W czasie spisu powszechnego z 1931 roku niecały milion mieszkańców II RP zadeklarował język białoruski jako ojczysty. Natomiast na Polesiu siedemset tysięcy mieszkańców wskazało jako ojczysty – język „tutejszy".

Czyli jaki?

To na równi z polskim pierwszy język w moim życiu. Po polsku rozmawiali ze mną rodzice oraz ich białostoccy (czytaj: miastowi) znajomi. Z dziadkami, ciotkami i większością mieszkańców wsi rozmawiałem po tutejszemu.

Wiedziało się, że tutejszy to nie jest ruski (co umykało polskojęzycznej większości). Nie polski też. Czyli coś pomiędzy, co przetrwało stulecia w starciu wysoko cywilizowanych żywiołów (polskiego i rosyjskiego), między innymi dlatego, że okazało się niezwykle odporne. Pomagało z pewnością, że etniczni użytkownicy tutejszego nie mieli do zaoferowania nic cennego do rabunku, ani władzy, ani prestiżu. Zwyczajowo kradło się im plony, zwierzynę, popaliło wioski, poubijało tych, co w las nie uciekli. Coś tam się nałapało do armii na mięso armatnie. I front przechodził. I znowu, i znowu.

To marne uposażenie „tutejszych" oraz ich marginalizacja zadecydowały o przetrwaniu. Dżdżownice nikomu nie zagrażają ani nie przeszkadzają, gdy potrzeba – zawsze zbierze się trochę na przynętę, ponadto świetnie spulchniają glebę. Jedynie psychopata uczyniłby z dżdżownicy wroga.

Skąd przywiązanie tutejszych do ziemi i miejsca, do tutejszości?

Nie idzie tu o żaden regionalny mikronacjonalizm. Po prostu poza wioską i jej okolicami świat nie istniał dla nich w sposób dostępny, tedy pilnowali tego świata, który był. Świat zewnętrzny przynosił wojny, przesiedlenia, głód i śmierć. Nie warto i niebezpiecznie tam się wybierać, gdy nadejdzie czas, świat sam wpadnie i coś naniszczy.

I pamiętajmy o niepiśmienności tutejszych. Przed wojną analfabetów wśród ludności białoruskiej było 77,6 proc., inteligencji – 0,17 proc. (jak podaje spis powszechny z 1931 roku).

A historia mówiona nie sięgała daleko w przeszłość, co najwyżej cztery-trzy pokolenia plus odległe echa. Wyobrażenie o przyszłości przypominało to wyrażane przez gramatykę niektórych języków afrykańskich, a w nich dla oddania czasu przyszłego używa się czasu przeszłego. Nie zdarzy się tedy nic, czego wcześniej nie było. Determinizm dla biednych, predestynacja dla bogatszych.

Nawet zdobycze cywilizacyjne – poza antybiotykami, traktorem i już w latach 80. prądem – nie do końca się tu przyjęły. Walka z analfabetyzmem za PRL-u też nie została w nieprzemocowy sposób wygrana, stosowano, szczególnie na wsiach, rozmaite metody przymusu. Podam na podstawie ukochanej babci – kampania deanalfabetyzacji polegała na nauce czytania i pisania. Jasne, że po polsku, żadne tam dziaderskie cyrylice, niech ich poduczy pop, kiedy mus.

Zatem babcię przymuszono do nauki po polsku na obowiązkowych kursach w wiejskich świetlicach. Skończyło się to, po pierwsze, wielkim stresem, jaki później u babci wywoływał sam widok pisma. Po drugie, babcia w rezultacie nauki umiała napisać „Nina Karpowicz", choć z czasem rzadko pisane nazwisko zatarło się w jej pamięci. „Nina" nie była dla niej słowem z czterech liter, lecz obrazkiem, który nauczyła się przemalowywać.

Takiego stresu nie wywoływał widok cyfr. Nie były obce. Car Piotr I zastąpił system liczbowy cyrylicy systemem arabskim na początku XVIII wieku.

Cyfry były w sklepach, w dowodach osobistych. Chociaż najlepsze i tak wyliczało się liczydłem: krążki na drucikach, wspaniała sprawa, trochę jak piłkarzyki bez piłkarzyków. I nikt, grając w liczydło, nie przegrywał. Albo inaczej: nikt nie mógł wygrać. Obok warcabów i bierek to właśnie liczydło było moją ulubioną zabawką.

Co zrobiliśmy Białorusinom

Białorusini w powszechnej świadomości kojarzą się z takim „gorszym" państwem bez prawdziwej historii i podmiotowości, z terenem do kolonizowania. Kolonizowali Polacy, po nich Rosjanie, dziś idzie czas na Chiny.

Więc przypomnę: Białorusini znaleźli się w miejscu, w którym są teraz, przez obroty koła historii, odpornego na ludzkie intencje i działania. Spotkał ich geopolityczny pech.

W sumie ludzie dobrzy, po prostu państwo się nie udawało.

Od czasów unii lubelskiej – 1569 rok – tereny białoruskie wraz z Litwą wchodziły w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, tworząc z Koroną Polską –  Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

W konsekwencji rozbiorów przeszły pod władzę Imperium Rosyjskiego. Nie żyło się najlepiej pod carami – konfiskowano majątki szlacheckie, rugowano język, starając się wymazać oznaki odrębności. Przypomnę, że język białoruski (czy też ruski lub starobiałoruski) do końca XVII wieku pozostawał urzędowym Wielkiego Księstwa Litewskiego i był zapisywany alfabetem łacińskim.

Gdzieś na przełomie XIX i XX wieku pojawia się wśród elit kulturalno-politycznych idea odrodzenia państwowości białoruskiej. I wojna światowa to okupacja przez Niemcy oraz – pod tą okupacją – ogłoszenie niepodległości. 25 marca 1918 powstała niezależna Białoruska Republika Ludowa. Nie trwała długo, ledwie kilka miesięcy. Po kapitulacji Niemiec weszli Sowieci i powstała (po raz pierwszy) Białoruska Socjalistyczna Republika Radziecka.

Po wojnie polsko-bolszewickiej tereny Białorusi podzielono między Polskę i Związek Radziecki. Sowieci utworzyli (po raz drugi) BSRR i uskuteczniali „probiałoruską" – oczywiście w ramach systemu – politykę. Polacy postawili na unifikację i polonizację.

Latem 1938 r., gdy Europa już się gotowała do upuszczania krwi, zburzono, głównie na Chełmszczyźnie, 127 cerkwi, w tym także nieukończoną cerkiew na Placu Wolności w Białymstoku (to z niej użyto cegieł do budowy św. Rocha). Władze uznały je za „zbędne".

Rok później wojewoda podlaski stwierdził: „Element polski nie potrafił dotychczas nie tylko porwać za sobą, ale nawet związać wsi białoruskiej przez wciągnięcie jej do wspólnych organizacji społecznych, politycznych czy gospodarczych. Żądaliśmy jedynie, aby mniejszość ta myślała po polsku, nic w zamian nie dając".

W osiemdziesiątą rocznicę zburzenia soboru w Białymstoku rozpoczęto budowę pomnika upamiętniającego nieistniejącą świątynię. Ostatecznie stała się nim nowa cerkiew na osiedlu Leśna Dolina. Rzadki przykład transsubstancjacji (i relokacji): przemienienia niebytu w materialny obiekt.

Zresztą uderzano nie tylko w religię, także w język. Metodycznie likwidowano szkolnictwo białoruskie. W 1918 roku istniało 346 szkół białoruskich, w 1937 roku pozostało pięć, polsko-białoruskich.

Nic dziwnego, że Białorusini 17 września 1939 roku powitali wojska radzieckie z otwartymi ramionami. Dla nich ten dzień był dniem zjednoczenia wschodniej i zachodniej Białorusi. Podobno w miastach zdarzają się ulice im. 17 września.

Narracją o trwałej „wschodniości", niesamodzielności, ustrojowej niedojrzałości naszych sąsiadów kompensujemy własne wielowiekowe zaniedbania, kolonizacyjne praktyki i wyrządzone krzywdy.

Introwertycy na ulicach

Po kolapsie ZSRR, powołaniu w grudniu 1991 roku Wspólnoty Niepodległych Państw (Rosja, Ukraina, Białoruś), kłótniach wewnętrznych, załamaniu gospodarki, rosnącym niezadowoleniu społecznym wybory prezydenckie w 1994 roku wygrał Alaksandr Łukaszenka – i wygrywa je po dziś dzień, tak jak wygrywają dyktatorzy. Praktycznie od 2006 roku po każdej kolejnej wygranej (zwykle zdobywa około 80 proc. głosów przy frekwencji rzędu 90 proc.) dochodzi do demonstracji.

Naród białoruski nie jest niemy. Wiele się zmieniło od lata 2020 roku. Po wyborach, w których wolno było głosować na Łukaszenkę albo Łukaszenkę, lud wyległ masowo na ulice. Akt nieposłuszeństwa zaskoczył nie tylko władze, ale samych Białorusinów. A transparenty (czasem po rosyjsku) przemawiały: „Nie dawaj dziadowi więcej alko!", „Jest tak źle, że nawet introwertycy wyszli na ulice", „Prostytutki z narodem!", „Ćpuny też!".

Te dwa ostatnie hasła nawiązują do języka oficjalnej propagandy, jakoby głównie narkomani i prostytutki wychodzili na ulice. Oczywiście głupota, oni akurat nie wychodzą na darmo, chcą coś kupić albo sprzedać.

Władza Baćki od dawna się chwieje. Putin chętnie by się dziada pozbył, ale lepszy taki niż niepewny, nie daj, Gospodi wybrany demokratycznie, inny. Poza tym kryzys graniczny podoba się Kremlowi – dobrze, gdy zachodnie rubieże płoną, kłopoty NATO i UE to wspaniały prezent dla Rosjan.

Rosja od dawna chce przejąć Białoruś, lecz jedną z przeszkód jest sam Łukaszenka. Wie, że jeśli spełni żądania jeszcze ściślejszej integracji w ramach Związku Białorusi i Rosji, nie będzie potrzebny. Dlatego z jednej strony odwraca uwagę od sytuacji w kraju, z drugiej zmusza do reakcji państwa zachodnie, licząc, że choć odrobinę poprawi to jego pozycję względem Putina.

Dziesiątki samolotów z Bliskiego Wschodu przywożą „turystów", wojskowe ciężarówki podrzucają ich na granicę. Daje to pewną schizofrenię. Uchodźców najpierw przylatywano, teraz się ich odlatuje. Iraqui Airways ponoć już wywiozły prawie dwa tysiące repatriantów.

Łukaszence mogą skończyć się dostępni uchodźcy, gdyż nie będzie czym ich dostarczać. Belavia, narodowy przewoźnik, może zostać zmuszona do zwrócenia połowy swoich samolotów leasingodawcom. Podobne ostrzeżenie dotyczy także innych linii uczestniczących w dowożeniu „turystów". Sama groźba sankcji podziałała: już teraz na pokłady białoruskich samolotów w rejsach z Dubaju do Mińska nie są przyjmowani obywatele Iraku, Afganistanu, Jemenu i Syrii. Podobnie postąpiły Turkish Airlines, wykonujące połączenia ze Stambułu do stolicy Białorusi.

Kebab nie daje się zarejestrować

Dyktatura potrafiła przebrać Mińsk.

Kilkanaście lat temu zostałem zaproszony na festiwal literacki. Zakwaterowano mnie w hotelu w stylu polskich komunistycznych Orbisów. Akurat moja wizyta zbiegła się z ociepleniem stosunków na linii Białoruś – NATO, więc hotel wypełnił się natowskimi żołnierzami. Oraz – przy barze – eleganckimi kobietami.

Opowiedziałem o tym białoruskiej przyjaciółce. Zapytała, czy uważam, że to były prostytutki. Podchwytliwe pytanie, łatwe osądy są do bani. Milczałem. Powiedziała: „Prostytutki wyrzucili. Zostały agentki KGB. One też są na manewrach". Piękne i niedługie zbliżenie z NATO.

Cztery lata temu wyszła po białorusku „Sońka" (dostała na okładce stempel: dozwolone od lat 18), więc znowu nadarzyła się na Mińsk okazja. Moja tłumaczka urodziła i bała się, czy dziecko waży należycie. Państwo wymagało od niej regularnych wizyt kontrolnych. Państwo miało tabele, w tabelach był wiek dziecka i oczekiwana waga. Podobno niektóre zalęknione matki dociążały pociechy w pieluchach. Troska władz jest wszechprzenikająca.

A tymczasem nowy Mińsk wyrósł z beżowo-szarego mauzoleum w normalne europejskie miasto z ładnymi kamienicami oraz całym syfem kolorowych galerii handlowych, sieciówek i całej reszty.

Przyjaciółka zabrała mnie do nowego Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Jak widać, polityka historyczna nie tylko Polakom jest bliska. W Białorusi dochodzi do swoistej oscylacji, zależnie, skąd wiatr wieje. Podkreślać bohaterski udział Białorusinów czy raczej wspólny wysiłek wojenny Armii Czerwonej?

Co ciekawe, zorganizowano tu również dość egzotyczną ekspozycję o Azjatach uczestniczących w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej w białoruskich oddziałach. Ścianka ze zdjęciami z dokumentów osób, nie zawsze wyglądających na przodków aktualnych składaczy iPhone’ów. Podobno Chińczycy dołożyli się do muzeum.

Nowy imponujący gmach, przykryty szklaną kopułą, światowa klasa, dyktatorzy takie muzea uwielbiają. Ekspozycja imponująca, prawdziwe czołgi, działa, samoloty, mundury, zdjęcia, dioramy z woskowymi figurami partyzantów, nawet ziemianka.

Liczy się wszak jedno – zawsze opuszczasz muzeum przez Salę Zwycięstwa, zapłaciwszy za bilet tyle, co tutejsi (wcześniej Białorusini płacili za bilet dużo mniej niż „dewizowi"). Moja tłumaczka stwierdziła, że teraz czuje się jak obywatelka świata. Pozwolono jej zapłacić tyle, co mnie. Postęp.

I właśnie ten nowy, kolorowy i „zachodni" Mińsk się zbuntował wraz z resztą kraju. Mińsk, w którym po latach walki z biurokracją przyjaciel mojej tłumaczki zarejestrował pierwszy w Białorusi kebab! (Kebab nie dawał się rejestrować ani oferować klientom z racji niewystępowania tego słowa w białoruskim języku, logiczne; sushi też cienko przędło, mówiliśmy na nie: walonki z ryżem).

Zdarzają się drobne koncesje władzy na rzecz obywateli.

Szanujmy wyparcia naszych rodziców

Przed wojną Białystok nie był „miastem wielu kultur", tylko wielokulturowością rzeczywistą, czyli taką, w której, owszem, się ubogacamy, ale częściej nie lubimy. Na przykład w 1921 roku Żydzi stanowili dominującą etnicznie grupę (48,7 proc.), następnie Polacy (46,6), Niemcy (1,9), Rosjanie (1,8) i Białorusini (0,8) – podawał „Miesięcznik Statystyczny GUS" z 1922 roku.

Przed wojną ludność miasta przekroczyła 100 tys. mieszkańców, po wojnie została z nich połowa. I tę połowę należało zapełnić.

Wioski dostarczały ludzi, ludzie korzystali z okazji do awansu społecznego. Kiedy pojawia się możliwość dołączenia do „lepszej", silniejszej grupy, często mniejszości się w niej rozpływają. Też pragną uznania, nie chcą być „gorsi".

Wiejskość szybko zastąpiła miejskość. Białoruskość – polskość. Prawosławie – katolicyzm. A jak udało się do tego doprowadzić? Ano odcinając kłopotliwe korzenie.

Wystarczy stać się bardziej polskimi, katolickimi i miejskimi niż oryginalni Polacy, katolicy, mieszczanie. Gdyby pogrzebać, w wielu rodzinach znalazłoby się białoruskich przodków.

Jasne, że upraszczam. Jasne, szanujmy decyzje i wyparcia naszych rodziców. Nie chcemy u nas Białorusinów, bowiem wielu obywateli relatywnie niedawno zerwało z białoruskością, spolonizowało się.

Białorusini jakby samą swoją obecnością podważali naszą polskość. Po babci został prawosławny złoty krzyżyk, lecz prawdopodobnie przez niedopatrzenie albo LGBT podrzucił jakiś złośliwie, krew płynie biało-czerwona, dzieci w domu wciągają narodowe schabowe, a z filmów to nic ruskiego.

Gdzieś podskórnie maskujemy naszą wyższość protekcjonalnym tonem. Przecież to nasi żołnierze marzną na granicy, nie tamci bliskowschodni bojówkarze i przestępcy, i wcale nie prawdziwi Białorusini. My po tej stronie ogrodzenia dobrzy, oni po tamtej źli. Sami sobie winni.

Przeczytałem, że co czwarty zatrzymany w Polsce podczas granicznego kryzysu miał związki ze środowiskami terrorystycznymi, przestępczymi, pedofilskimi i zoofilskimi. Jak nasze służby do tego doszły? Może w ankiecie umieszczono pytanie: czy pan ma psa/kota? A jeśli odpowiedź padła twierdząca, no to wiadomo.

Białoruś jest krajem, który nigdy nie należał do swoich obywateli. Czy potrafimy sobie wyobrazić, co to znaczy?

Jeśli nawet ceną za pomoc prawdziwie potrzebującym byłoby pomaganie szujom – trudno. Zdaje się, że i tak warto.

Warto też przytoczyć wiecznotrwałe słowa Marka Edelmana: „Najważniejszą rzeczą jest życie, a potem dopiero jest wygoda".

Ignacy Karpowicz – pisarz, autor powieści „Niehalo" (nominowana do Paszportów „Polityki"), „Cud", „Gesty" (finał Nike), „Balladyny i romanse" (finał Nike, Paszport „Polityki"), „Ości" (Nike Czytelników), „Sońka" (finał Nike), „Miłość" i „Cicho, cichuteńko. Jego powieści zostały przetłumaczone na kilkanaście języków, w tym angielski, hiszpański, francuski i niemiecki.

Cicho, cichutkoCicho, cichutko Fot. materiały prasowe

Ostatnia powieść Ignacego Karpowicza, „Cicho, cichuteńko", ukazuje się jako audiobook – interpretują Dawid Ogrodnik, Maja Ostaszewska, Adam Woronowicz, Danuta Stenka, Roma Gąsiorowska i Michał Czernecki

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.